Book: Życie we śnie



Donner F.

Życie we śnie


Dla wszystkich, którzy śnią sny czarowników I dla tych niewielu, którzy śnili je ze mną

Słowo od autorki

Mój pierwszy kontakt ze światem czarowników nie był czymś, co zaplanowałam, czy czego szukałam Było to raczej zdarzenie przypadkowe W lipcu 1970 roku w północnym Meksyku poznałam grupę ludzi, którzy okazali się surowo przestrzegającymi zasad spadkobiercami wiedzy czarowników Indian prekolumbijskiego Meksyku

To pierwsze spotkanie wywarło na mnie długotrwały, niezatarty wpływ Wprowadziło mnie w inny świat, który współistnieje z naszym Przez ponad dwadzieścia lat życia związana byłam z tym światem Oto relacja z tego, jak rozpoczęło się moje zaangażowanie i w jaki sposób pokierowali mm szamani odpowiedzialni za moje istnienie w tym świecie

Najważniejszą z nich była kobieta o nazwisku Florinda Matus Była moim mentorem i przewodnikiem To również ona nadała mi swoje imię, Florinda, jako dar miłości i mocy

Nazywanie ich czarownikami nie jest moim wyborem Brujo albo bruja, co oznacza szamana lub czarownicę, to hiszpańskie pojęcia, których używano na określenie mężczyzny lub kobiety praktykujących magię Zawsze oburzały mnie negatywne konotacje tych słów. Jednakże sami czarownicy uspokoili mnie raz na zawsze tłumacząc, ze znaczenie słowa “magia" jest całkowitą abstrakcją to umiejętność, którą rozwijaj ą w sobie niektórzy ludzie, umiejętność przekraczania granic normalnej percepcji Tak więc abstrakcyjna wymowa tego słowa usuwa automatycznie wszelkie negatywne konotacje pojęć używanych do opisywania praktykujących je osób

Przekraczanie granic normalnej percepcji jest koncepcją wywodzącą się z wiary czarowników w to, ze nasze decyzje w życiu są ograniczone dlatego, ze określa je porządek społeczny Czarownicy uważają, ze porządek społeczny ustala naszą listę opcji, my jednak dokonujemy reszty akceptując wyłącznie te decyzje, ograniczamy nasze niemalże nieograniczone możliwości

Te ograniczenia, jak twierdzą czarownicy, na szczęście dotyczą tylko tego, co w nas społeczne, a nie innej strony nas samych, praktycznie niedostępnej strony, która nie znajduje się w wymiarze zwykłej świadomości Dlatego tez ich głównym zajęciem jest odkrywanie tej strony Dokonują tego przełamując kruchą, aczkolwiek nieustępliwą barierę ludzkich przekonań dotyczących tego, kim jesteśmy i co potrafimy zrobić.

Czarownicy uznają, ze w naszym świecie spraw codziennych istnieją ludzie, którzy zapuszczają się w nieznane w poszukiwaniu alternatywnych sposobów widzenia rzeczywistości. Twierdzą, ze idealnąkonsekwencją takich prób powinna być umiejętność czerpania z naszych odkryć energii koniecznej do dokonania zmiany i oderwania się od naszej definicji rzeczywistości Uważaj ą jednak, ze niestety takie próby to zasadniczo przedsięwzięcia umysłowe Nowe myśli, nowe pomysły rzadko nas zmieniają

Jedną z rzeczy, jakich się nauczyłam w świecie czarownikow jest to, ze bez wycofywania się ze świata i me czyniąc sobie żadnej krzywdy, osiągają om wspaniały cel, jakim jest zmiana definicji rzeczywistości


Życie we śnie

I

Pod wpływem impulsu, po uroczystości chrztu dziecka znajomej w Nogales w Arizonie, postanowiłam przekroczyć granicę Meksyku. Kiedy wychodziłam z domu znajomej, jeden z jej gości, kobieta o nazwisku Delia Flores, poprosiła mnie o podrzucenie jej do Hermosillo.

Była to śniada kobieta po czterdziestce, średniego wzrostu i o tęgiej sylwetce. Była potężnie zbudowana, miała proste, czarne włosy splecione w gruby warkocz. Jej ciemne, błyszczące oczy rozświetlały bystrą, choć nieco dziewczęcą, okrągłą twarz.

Pewna, że to Meksykanka urodzona w Arizonie, spytałam ją, czy do wjazdu do Meksyku jest jej potrzebna karta turystyczna.

– A po co mi karta turystyczna, żeby wjechać do własnego kraju? – odparowała, otwierając szeroko oczy z przesadnego zdziwienia.

– Pani ma taki sposób mówienia i modulację głosu, iż sądziłam, że jest pani z Arizony – powiedziałam.

– Moi rodzice byli Indianami z Oaxaca – wytłumaczyła. – Ale ja jestem ladina.

– Co to takiego “ladina"?

– Ladinos to ortodoksyjni Indianie, którzy wychowują się w mieście – objaśniła. Kiedy pociągnęła swą wypowiedź, w jej głosie zabrzmiało jakieś dziwne podniecenie, którego nie potrafiłam zrozumieć: – Przejmują zwyczaje białych ludzi, a są w tym tak dobrzy, że dzięki udawaniu potrafią osiągnąć wszystko.

– Nie ma powodów do dumy – powiedziałam krytycznym tonem. – Nie świadczy to zbyt dobrze o pani, pani Flores.

Skrucha na jej twarzy ustąpiła szerokiemu uśmiechowi.

– Może w wypadku prawdziwego Indianina albo prawdziwego białego – powiedziała bezczelnie. – Ale ja jestem z siebie całkowicie zadowolona. – Pochyliła się w moją stronę i dodała: – Proszę mi mówić, J3elia". Czuję, że zostaniemy wielkimi przyjaciółkami.

Nie wiedząc, co powiedzieć, skupiłam się na drodze. Podjechałyśmy w milczeniu do punktu kontrolnego. Strażnik poprosił o moją kartę turystyczną, lecz Delii nie poprosił o to samo. Zdawał się jej nie zauważać – nie wymienili ze sobą ani jednego spojrzenia czy słowa. Kiedy chciałam coś do niej powiedzieć, powstrzymała mnie władczym ruchem ręki. Strażnik spojrzał na mnie pytająco. Ponieważ nic nie powiedziałam, wzruszył ramionami i machnął ręką, żebym jechała dalej.

– Jak to się stało, że ten strażnik nie poprosił o twoje dokumenty? – spytałam, kiedy odjechałyśmy kawałek.

– Och, zna mnie – skłamała. I wiedząc, że wiem, że kłamie, wybuchnęła bezwstydnym śmiechem. – Myślę, że się mnie przestraszył, nie odważył się do mnie odezwać – skłamała znowu. I znowu się roześmiała.


Postanowiłam zmienić temat, choćby po to, by uratować ją przed spiętrzającymi się kłamstwami. Zaczęłam mówić o rzeczach będących wówczas przedmiotem zainteresowania w wiadomościach telewizyjnych, głównie jednak jechałyśmy w milczeniu. Nie było to niezręczne czy pełne napięcia milczenie; przypominało otaczającą nas pustynię, szeroką, nagą i dziwnie uspokajającą.

– Dokąd cię mam podrzucić? – spytałam, kiedy wjechałyśmy do Hermosillo.

– Do centrum – powiedziała. – Zawsze zatrzymuję się w tym samym hotelu, kiedy tu jestem. Dobrze znam właścicieli i jestem pewna, że pozwoliliby ci przenocować za taką samą opłatą jak moja.

Z wdzięcznością przyjęłam jej propozycję.

Hotel był stary i zniszczony. Okna pokoju, który mi przydzielono, wychodziły na zakurzone podwórko. Dwuosobowe łóżko z czterema kolumienkami i masywna, staroświecka komoda zmniejszały pokój do klaustrofobicznych rozmiarów. Dobudowano małą łazienkę, ale pod łóżkiem nadal stał nocnik. Stanowił komplet z porcelanowym zestawem toaletowym na komodzie.

Pierwsza noc była okropna. Spałam zrywami, w snach byłam świadoma szeptów i cieni przesuwających się po ścianach. Zza mebli wyłaniały się kształty przedmiotów i potwornych zwierząt. W kątach materializowali się ludzie, bladzi, upiorni.

Następnego dnia pojeździłam po mieście i jego okolicach, a tej nocy, chociaż wykończona, nie mogłam usnąć. Kiedy w końcu mi się to udało, miałam przedziwny, koszmarny sen. Zobaczyłam jakąś ciemną istotę w kształcie ameby, czającą się na mnie u stóp łóżka. Z jej głębokich bruzd zwisały opalizujące macki. Stworzenie to pochyliło się nade mną, oddychając i wydając z siebie urywane, chrapliwe dźwięki, które przeszły w charczenie.

Moje krzyki zostały stłumione przez opalizujące sznury zaciskające się na mojej szyi. Nagle wszystko stało się ciemnością, kiedy stworzenie – które z pewnością było samicą– zmiażdżyło mnie, kładąc się na mnie.

Tę niekończącą się chwilę pomiędzy snem a jawą w końcu przerwało uporczywe walenie do drzwi i zaniepokojone głosy gości hotelowych na korytarzu. Zapaliłam światło i przez drzwi wymamrotałam jakieś przeprosiny i wyjaśnienia.

Z koszmarem wciąż klejącym się do skóry jak pot, poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro i zdusiłam w sobie krzyk. Czerwone linie na moim gardle i równo rozłożone czerwone plamy biegnące w dół po klatce piersiowej wyglądały jak niedokończony tatuaż. Gorączkowo zaczęłam się pakować. Była trzecia rano, kiedy weszłam do opustoszałego hallu, żeby zapłacić rachunek.

– Dokąd się wybierasz o tej porze? – spytała Delia Flores, wyłaniając się zza drzwi za biurkiem. – Słyszałam, że miałaś zły sen. Wszyscy goście się zdenerwowali. Tak się ucieszyłam na jej widok, że ją objęłam i zaczęłam szlochać.

– No już, już – wymruczała uspokajająco, głaszcząc mnie po włosach. – Jeśli chcesz, możesz się przespać w moim pokoju. Będę cię pilnować.

– Za nic w świecie nie zostanę w tym hotelu – powiedziałam. – W tej chwili wracam do Los Angeles.

– Często miewasz złe sny? – spytała od niechcenia, prowadząc mnie do skrzypiącej starej kanapy w kącie.

– Czasami, całe życie śniły mi się koszmary – odparłam. – W pewien sposób przyzwyczaiłam się do nich. Ale dzisiaj to było co innego; to był najbardziej realny, najgorszy koszmar, jaki kiedykolwiek miałam.

Posłała mi badawcze przeciągłe spojrzenie, po czym powiedziała powoli, przeciągając litery:

– Chciałabyś się pozbyć tych koszmarów? – Mówiąc to, zerknęła przez ramię w stronę drzwi, jakby się bała, że ktoś może stamtąd podsłuchiwać. – Znam kogoś, kto mógłby ci naprawdę pomóc.

– Bardzo bym chciała – szepnęłam, rozwiązując apaszkę na szyi, żeby jej pokazać czerwone ślady. Opowiedziałam jej ze szczegółami swój koszmarny sen. – Widziałaś kiedyś coś takiego? – spytałam.

– Wygląda dość poważnie – orzekła, uważnie oglądając linie na mojej szyi. – Naprawdę nie powinnaś wyjeżdżać, nie zobaczywszy się z uzdrowicielką, o której wspomniałam. Mieszka jakieś sto mil na południe stąd. Mniej więcej dwie godziny jazdy samochodem.

Możliwość spotkania z uzdrowicielką wydała mi się bardzo zachęcająca. Miałam z nimi do czynienia od czasów moich narodzin w Wenezueli. Za każdym razem, kiedy byłam chora, rodzice wzywali lekarza, ale gdy tylko wychodził, nasza wenezuelska gosposia otulała mnie kocem i zabierała do uzdrowiciela. Kiedy podrosłam i już nie chciałam, żeby mnie leczył uzdrowiciel – żadna z moich koleżanek nie miała takich doświadczeń – przekonała mnie, że podwójna ochrona nie może zaszkodzić. Przyzwyczajenie to tak się we mnie zakorzeniło, że kiedy przeprowadziłam się do Los Angeles, za każdym razem, kiedy chorowałam, szłam nie tylko do lekarza, ale i do uzdrowiciela.

– Myślisz, że przyjmie mnie jeszcze dziś? – spytałam. Widząc niezrozumienie na jej twarzy, przypomniałam jej, że jest już niedziela.

– Przyjmie cię bez względu na dzień tygodnia – zapewniła mnie Delia. – Zaczekaj tu na mnie, zaraz cię do niej zawiozę. Spakuję się w minutkę.

– Dlaczego zmieniasz plany, żeby mi pomóc? – spytałam, nagle zakłopotana jej propozycją. – W końcu jestem dla ciebie zupełnie obcym człowiekiem.

– Właśnie! – wykrzyknęła, wstając z kanapy. Spojrzała na mnie pobłażliwie, jakby czuła narastające we mnie wątpliwości. – Jaki powód mógłby być lepszy? – zadała mi retoryczne pytanie. – Pomóc obcemu człowiekowi to albo akt głupoty,z albo całkowitej kontroli. Mną powoduje całkowita kontrola.

Brak mi było słów, więc tylko spojrzałam jej prosto w oczy, które zdawały się z zachwytem i ciekawością przyjmować świat. Było w niej coś dziwnie kojącego. Nie tylko jej ufałam, ale też czułam się, jakbym ją znała całe życie. Wyczuwałam między nami jakąś więź, bliskość.

A jednak, kiedy patrzyłam jak znika za drzwiami, by się spakować, zaczęłam się zastanawiać, czy nie złapać bagażu i nie pobiec do samochodu. Nie chciałam znaleźć się w tarapatach z powodu własnej lekkomyślności, jak to mi się zdarzało już wcze


śniej. Powstrzymała mnie jednak jakaś niewytłumaczalna ciekawość, przeważająca nad znajomym uczuciem lęku.

Czekałam już prawie dwadzieścia minut, kiedy zza drzwi za biurkiem recepcjonistki wyłoniła się jakaś kobieta w czerwonym spodnium i butach na koturnach. Przystanęła pod snopem światła. Wystudiowanym gestem odrzuciła do tyłu głowę, aż loki jej blond peruki zalśniły w świetle.

– Nie poznałaś mnie, prawda? – Roześmiała się radośnie.

– To naprawdę ty, Delia! – wykrzyknęłam, gapiąc się na nią z otwartymi ustami.

– No i jak? – Wciąż chichocząc wyszła ze mną na chodnik i ruszyła do mojego samochodu zaparkowanego przed hotelem. Rzuciła kosz i wełnianą torbę na tylne siedzenie mojego małego kabrioletu, po czym usiadła koło mnie i powiedziała: – Uzdrowicielka, do której cię zabieram, mówi, że tylko młodzi i bardzo starzy mogą sobie pozwolić na ekstrawagancję.

Zanim zdążyłam jej przypomnieć, że nie jest ani młoda ani bardzo stara, wyznała, że jest o wiele starsza, niż na to wygląda. Jej twarz promieniała, kiedy odwróciła się do mnie i wyjaśniła:

– Noszę ten strój, bo lubię olśniewać moich znajomych!

Nie powiedziała, czy ma na myśli mnie, czy uzdrowicielkę. Niewątpliwie byłam olśniona. Nie tylko strój miała inny; zmienił się cały jej styl bycia. Nie został w niej ani ślad tej roztropnej kobiety z rezerwą, która podróżowała ze mną od Nogales do Hermosillo.

– Będzie to czarująca podróż – oznajmiła – zwłaszcza jeśli opuścimy dach. – Jej głos był uradowany i rozmarzony. – Uwielbiam podróżować nocą z opuszczonym dachem.

Chętnie jej posłuchałam. Kiedy zostawiłyśmy za sobą Hermosillo była już prawie czwarta rano. Niebo, miękkie, czarne i usiane gwiazdami, wydawało się bardziej odległe niż kiedykolwiek. Jechałam szybko, lecz wydawało się, że w ogóle się nie poruszamy. Sękate sylwetki kaktusów i drzew mesąuite bez końca pojawiały się i znikały w świetle reflektorów; sprawiały takie wrażenie, jakby miały taki sam kształt i wielkość.

– Zapakowałam trochę słodkich bułeczek i termos champurado – powiedziała Delia, sięgając do kosza na tylnym siedzeniu. – Zanim dojedziemy do domu uzdrowicielki będzie już rano. – Nalała mi pół kubka gęstej, gorącej czekolady z mąką zbożową i nakarmiła mnie, kęs po kęsie, czymś w rodzaju duńskiej bułeczki.

– Jedziemy przez czarodziej ską ziemię – powiedziała, sącząc przepyszną czekoladę. – Przez czarodziejską ziemię zamieszkałą przez wojowników.

– A cóż to za wojownicy? – spytałam starając, się by to nie zabrzmiało zbyt protekcjonalnie.

– Yaąui z Sonory – odparła i umilkła, pewnie sprawdzając moją reakcję. – Podziwiam Indian Yaąui, bo prowadzą nieustanną wojnę – ciągnęła. – Najpierw Hiszpanie, a potem Meksykanie – ostatnio w 1934 roku – zaznali dzikości, przebiegłości i nieustępliwości wojowników Yaąui.

– Nie podziwiam wojen ani walczących ludzi – powiedziałam. Potem, chcąc przeprosić za ten agresywny ton wyjaśniłam, że pochodzę z niemieckiej rodziny, którą rozłączyła wojna.

– Twój przypadek to zupełnie co innego – stwierdziła. – Ty nie masz ideałów wolności.

– Chwileczkę! – zaprotestowałam. – Wojna wydaje mi się tak okropna właśnie dlatego, że jestem orędowniczką ideałów wolności.

– Mówimy o dwóch różnych rodzajach wojny – upierała się.

– Wojna to wojna – zauważyłam.

– Twoja wojna – ciągnęła, ignorując moją uwagę – to wojna między dwojgiem braci, którzy rządzą i walczą o supremację. – Pochyliła się w moją stronę i dodała podnieconym szeptem: – Wojna, o której ja mówię, toczy się między niewolnikiem a panem, który uważa, że ludzie są jego własnością. Widzisz różnicę?

– Nie, nie widzę – upierałam się i znowu powtórzyłam, że wojna to wojna, niezależnie od jej przyczyny.

– Nie zgadzam się z tobą – powiedziała i wzdychając głośno, oparła się. – Może powodem naszej filozoficznej niezgody jest to, że mamy różne pochodzenie społeczne.

Zdumiona jej doborem słów, automatycznie zwolniłam. Nie chciałam być niegrzeczna, ale jej akademickie koncepcje były tak absurdalne i nieoczekiwane, że nie mogłam się nie roześmiać.

Delia się nie obraziła; przyglądała mi się z uśmiechem, absolutnie z siebie zadowolona.

– Kiedy zrozumiesz, o czym mówię, może zmienisz zdanie. – Powiedziała to tak poważnie, a jednocześnie tak miło, że zrobiło mi się wstyd za to, że się z niej śmiałam. – Może nawet przeprosisz, że się ze mnie śmiałaś – dodała, jakby czytała w moich myślach.

– Bardzo cię przepraszam, Delia – powiedziałam szczerze. – Strasznie cię przepraszam, że byłam wobec ciebie taka niegrzeczna. Po prostu tak mnie zdziwiły twoje opinie, że nie wiedziałam, co zrobić. Zerknęłam na nią i dodałam ze skruchą: – Więc się roześmiałam.

– Nie miałam na myśli konwencjonalnych przeprosin – powiedziała, z rozczarowaniem kręcąc głową. – Mam na myśli przeprosiny za niezrozumienie człowieczego losu.

-Nie wiem, o czym mówisz – powiedziałam z niepokojem. Czułam, jak jej wzrok wwierca się we mnie.

– Jako kobieta powinnaś doskonale rozumieć ten los – odparła. – Przez całe życie byłaś niewolnikiem.

– O czym ty mówisz, Delia? – spytałam zirytowana jej impertynencją, po czym natychmiast się uspokoiłam pewna, że ta biedna Indianka miała nieznośnego, dominującego męża. – Wierz mi, Delia, jestem całkowicie wolna. Robię, co mi się podoba.

– Możesz robić, co ci się podoba, ale nie jesteś wolna – upierała się. – Jesteś kobietą, a to automatycznie oznacza, że znajdujesz się na łasce mężczyzn.

– Nie jestem na niczyjej łasce! – wrzasnęłam.

Nie wiem, czy to moje twierdzenie, czy ton głosu sprawiły, że Delia parsknęła rubasznym śmiechem. Śmiała się ze mnie teraz tak bardzo, jak przedtem ja z niej.


– Widzę, że cieszysz się ze swojej zemsty – powiedziałam obrażona. – Teraz twoja kolej na wyśmiewanie się, co?

– To nie to samo – odparła, nagle poważna. – Ty się śmiałaś ze mnie, bo czułaś się lepsza. Niewolnik, który mówi jak pan, zawsze na chwilę rozśmiesza pana.

Próbowałam jej przerwać i powiedzieć, że nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby pomyśleć o niej jako o niewolniku, a o sobie jako o panu, ona jednak zignorowała moje wysiłki. Tym samym poważnym tonem powiedziała, że śmiała się ze mnie dlatego, że jestem ślepa na własną kobiecość.

– Co z tobą, Delia? – spytałam, zaintrygowana. – Rozmyślnie mnie obrażasz.

– Oczywiście – chętnie się ze mną zgodziła i zachichotała, kompletnie obojętna na mój rosnący gniew. Klepnęła mnie w kolano, aż rozległo się głośne klaśnięcie. – Martwi mnie to – ciągnęła – że nawet nie wiesz, że przez sam fakt bycia kobietą jesteś niewolnikiem.

Zbierając w sobie całą cierpliwość, na jaką tylko było mnie stać, powiedziałam Delii, że się myli.

– W dzisiejszych czasach nikt nie jest niewolnikiem.

– Kobiety są niewolnicami – upierała się. – Mężczyźni zniewalają kobiety. Mężczyźni ogłupiają kobiety. Ich pragnienie, by uczynić z kobiet swoją własność, zaślepia nas niczym mgła – oznajmiła.

Uśmiechnęła się, widząc moje puste spojrzenie. Odchyliła się na fotelu i splotła ręce na piersiach.

– Seks ogłupia kobiety – dodała cicho, lecz z naciskiem. – Kobiety są tak kompletnie ogłupione, że nie biorą pod uwagę możliwości, że ich niski status życiowy jest bezpośrednim rezultatem końcowym tego, co się z nimi robi za pomocą seksu.

– To największa bzdura, jaką kiedykolwiek słyszałam – oznajmiłam. Następnie, dość nieporadnie, rozpoczęłam długą mowę o społecznych, ekonomicznych i politycznych przyczynach niskiego statusu kobiet. Rozwodziłam się na temat zmian, które zaszły w ciągu ostatnich dziesięcioleci. O tym, jak kobiety odniosły sukces w swej walce z supremacją mężczyzn. Urażona jej ironicznym spojrzeniem, nie mogłam się powstrzymać od uczynienia uwagi, że niewątpliwie jest uprzedzona z powodu własnych doświadczeń.

Całe ciało Delii aż się trzęsło z powstrzymywanej uciechy. Z wysiłkiem się pohamowała i powiedziała:

– Tak naprawdę to nic się nie zmieniło. Kobiety są niewolnicami. Zostałyśmy wychowane na niewolnice. Wykształcone niewolnice zajmują się teraz społecznymi i politycznymi nadużyciami wobec kobiet. Jednak żadna niewolnica nie może się skupić na rdzeniu swego niewolnictwa – na akcie seksualnym – chyba, że w grę wchodzi gwałt albo jeżeli jest on związany z jakąś inną formą nadużycia fizycznego. – Na jej ustach pojawił się niewielki uśmiech, gdy powiedziała, że filozofowie, duchowni i naukowcy przez całe stulecia utrzymywali, i oczywiście nadal utrzymują, że mężczyźni i kobiety muszą spełniać biologiczny, przez Boga narzucony imperatyw bezpośrednio związany z ich zdolnością do rozmnażania się.

– Zostałyśmy tak uwarunkowane, by wierzyć, że seks jest dla nas dobry – podkreśliła. – To wrodzone przekonanie i akceptacja uniemożliwiaj ą nam zadanie odpowiedniego pytania.

– A jakie to pytanie? – spytałam, z całych sił próbując się nie roześmiać z jej absolutnie błędnych przekonań.

Delia najwyraźniej mnie nie usłyszała. Milczała tak długo, aż myślałam, że usnęła, więc przestraszyłam się, kiedy powiedziała:

– To pytanie, którego nikt nie waży się zadać: co się dzieje z nami, kobietami, kiedy rozkładamy nogi?

– Słowo daję, Delia – zbeształam ją z udawaną konsternacją.

– Zaślepienie kobiet jest tak całkowite, że skupiamy się na każdej innej kwestii niższości poza tą jedną, która jest przyczyną wszystkiego – utrzymywała.

– Ależ, Delia, nie możemy się obyć bez seksu – roześmiałam się. – Co by się stało z gatunkiem ludzkim, gdybyśmy nie...

Skwitowała moje pytanie i śmiech władczym ruchem ręki.

– W dzisiejszych czasach kobiety takie jak ty w swej pogoni za równością naśladują mężczyzn – powiedziała. – Kobiety naśladują mężczyzn do tak absurdalnego stopnia, że seks, którym się interesują nie ma nic wspólnego z reprodukcją. Zrównują wolność z seksem, nie zastanawiają się, co seks robi z ich fizycznym i emocjonalnym dobrem. Przeszłyśmy tak dogłębną indoktrynację, że święcie wierzymy, iż seks jest dla nas dobry. – Dźgnęła mnie łokciem, po czym, jakby nuciła melodię, dodała śpiewnym tonem: – Seks jest dla nas dobry. Jest przyjemny. Jest potrzebny. Przynosi ulgę w depresji, represji i frustracji. Leczy ból głowy, niskie ciśnienie i nadciśnienie. Usuwa pryszcze. Dzięki niemu rosną ci cycki i tyłek. Reguluje cykl menstruacyjny. Krótko mówiąc, jest fantastyczny! Jest dobry dla kobiet. Wszyscy tak mówią. Wszyscy go polecają. – Urwała na chwilę, po czym oznajmiła dramatycznym tonem: – Jedno rżniątko dziennie trzyma lekarza z dala ode mnie.

Te stwierdzenia wydały mi się niezwykle zabawne, szybko jednak otrzeźwiałam, kiedy sobie przypomniałam, że rodzina i przyjaciele, włączając w to naszego lekarza domowego, zalecali go – oczywiście nie tak obcesowo – jako lekarstwo na wszystkie dolegliwości wieku dojrzewania, jakie przechodziłam, dorastając w wysoce represyjnym otoczeniu. Nasz lekarz mówił, że kiedy już wyjdę za mąż, moje cykle menstruacyj-ne się uregulują. Przytyję. Będę lepiej spała. Będę miała miłe usposobienie.

– Nie widzę nic złego w tym, że ktoś pragnie seksu i miłości – powiedziałam defensywnym tonem. – Wszystko, czego w nim doświadczyłam, bardzo mi się podobało. I nikt mnie nie zaślepia. Jestem wolna! Wybieram, kogo chcę i kiedy chcę. W oczach Delii błysnęła wesoła iskierka, kiedy powiedziała:

– Wybór partnera w żaden sposób nie zmienia faktu, że jesteś rżnięta. – Po czym z uśmiechem, jakby chciała zmiękczyć szorstkość swego tonu, dodała: – Zrównywanie wolności z seksem to kompletny absurd. Zaślepienie mężczyzn jest tak całkowite, tak skończone, że pozbawiło nas energii i wyobraźni niezbędnej do tego, byśmy się skupiły na prawdziwej przyczynie naszego zniewolenia. – Potem powiedziała z naciskiem: – Pragnąć


mężczyzny seksualnie lub się w nim zakochać romantycznie to jedyne dwie decyzje, jakie mogą podjąć niewolnice. A wszystko, co nam mówiono o tych decyzjach to nic tylko wymówki, które z nas czynią ignorantki i wspólniczki w tym oszustwie.

Byłam na nią oburzona. Wydawało mi się, że to dyskryminowana, nienawidząca mężczyzn jędza.

– Dlaczego tak bardzo nie cierpisz mężczyzn, Delia? – spytałam swoim najbardziej cynicznym tonem.

– Wcale nie – zapewniła mnie. – Natomiast gorąco sprzeciwiam się naszej niechęci do tego, by zrozumieć, jak dogłębnej indoktrynacji zostałyśmy poddane. Presja na nas wywierana jest tak silna i tak przepełniona świętym oburzeniem, że stałyśmy się w tym wspólniczkami. Kto ośmiela się sprzeciwić, jest odrzucany i wyszydzany jako osoba nienawidząca mężczyzn lub jakiś dziwoląg.

Rumieniąc się, zerknęłam na nią ukradkiem. Doszłam do wniosku, że być może dlatego tak obraźliwie mówi o seksie i miłości, że w końcu jest dość stara. Fizyczne żądze ma już za sobą.

Chichocząc cicho, Delia założyła ręce za głowę.

– Nie mam za sobą fizycznych żądz dlatego, że jestem stara – zwierzyła się

– ale dlatego, że miałam okazję wykorzystać swą energię i wyobraźnię do tego, by stać się kimś innym niż niewolnica, na którą zostałam wychowana.

Poczułam się raczej urażona niż zdziwiona tym, że czytała w moich myślach. Zaczęłam się bronić, ale moje słowa wywoływały tylko jeszcze większy śmiech. Przestała i odwróciła się do mnie. Twarz miała tak surową i poważną jak nauczyciel mający skarcić ucznia.

– Jeżeli nie jesteście niewolnicami, to jak do tego doszło, że was wychowano na Hausfrau? – spytała. – 1 jak to się stało, że myślicie tylko o heiraten i o swoim przyszłym Herr Gemahl, który będzie Dich mitnehmen?

Tak bardzo mnie rozśmieszył jej niemiecki, że musiałam zatrzymać samochód, gdyż inaczej spowodowałabym wypadek. Zaciekawiona, gdzie tak dobrze się nauczyła niemieckiego, zapomniałam bronić się przed jej niepochlebnymi uwagami, że przez całe życie chodziło mi tylko o to, żeby znaleźć sobie męża, który by mnie pieprzył. Choć bardzo prosiłam, lekceważąco ignorowała moje zaciekawienie jej znajomością niemieckiego.

– Później będziemy miały mnóstwo czasu na rozmowy o moim niemieckim

– zapewniła mnie. Potem przyjrzała mi się ironicznie i dodała: – Albo o zniewoleniu. – Zanim zdążyłam odparować, zaproponowała, żebyśmy porozmawiały na tematy ogólne.

– Na przykład o czym? – spytałam, znowu zapalając silnik.

Delia odchyliła oparcie fotela niemal do pozycji poziomej i zamknęła oczy.

– Opowiem ci o czterech najsłynniejszych przywódcach Yaąui – powiedziała cicho. – Interesują mnie przywódcy, ich sukcesy i porażki.

Zanim zdążyłam mruknąć, że nie interesują mnie opowieści wojenne, Delia powiedziała, że pierwszym przywódcą Yaąui, który zwrócił jej uwagę, był Calixto Muni.

Nie była utalentowaną gawędziarką. Jej opowieść okazała się prosta, niemal akademicka. Mimo to nie chciałam uronić ani słowa.

Calixto Muni był Indianinem, który przez lata pływał pod flagą piracką po Morzu Karaibskim. Po powrocie do ojczystej Sonory stanął na czele zbrojnego powstania przeciwko Hiszpanom w latach 30-tych osiemnastego wieku. Zdradzony, został pojmany i stracony przez Hiszpanów.

Następnie Delia wygłosiła długi i wyrafinowany wykład o tym jak w latach 20-tych dziewiętnastego wieku po osiągnięciu niepodległości przez Meksyk i po tym, jak rząd meksykański usiłował sparcelować ziemię Yaqui, ruch oporu przekształcił się w szeroko zakrojone powstanie. Powiedziała, że to Juan Bandera, który kierował się tym samym duchem, zorganizował jednostki militarne wśród Yaąui. Uzbrojeni często w same łuki i strzały, wojownicy Bandera walczyli z oddziałami meksykańskimi przez niemal dziesięć lat. W 1832 roku Juan Bandera został pokonany i stracony.

Delia powiedziała, że następnym słynnym przywódcą był Jose Maria Levya, lepiej znany jako Cajeme – ten, który nie pije. Był Indianinem Yaąui z Hermosillo. Był wykształcony i zdobył szerokie umiejętności wojskowe w armii meksykańskiej. Dzięki tym umiejętnościom zjednoczył wszystkie miasteczka Yaąui. Od swego pierwszego powstania w latach 70 dziewiętnastego wieku Cajeme utrzymywał swoją armię w aktywnym stanie rewolty. Został pokonany przez armię meksykańską w 1887 w Buatachive, twierdzy na ufortyfikowanej górze. Chociaż udało mu się uciec i ukryć w Guaymas, w końcu został zdradzony i stracony.

Ostatnim wielkim bohaterem Yaąui był Juan Maldonado, znany również jako Te-tabiate – toczący się kamień. Zreorganizował resztki sił Yaąui w górach Bacatete, skąd przez ponad dziesięć lat prowadził okrutną i desperacką wojnę partyzancką z oddziałami meksykańskimi.



– Ale na przełomie wieku – Delia zakończyła swą opowieść – dyktator Porfirio Diaz rozpoczął kampanię eksterminacji Yaąui. Indianie zostali wystrzelani podczas pracy w polu. Tysiące zostało wysłanych statkiem na Jukatan do pracy na plantacjach agawy i do Oaxaca do pracy na polach trzciny cukrowej.

Jej wiedza zrobiła na mnie ogromne wrażenie, wciąż jednak nie rozumiałam, dlaczego musiała mi o tym wszystkim opowiedzieć.

– Mówisz jak uczony, historyk zajmujący się życiem Yaąui – powiedziałam z podziwem. – Kim jesteś naprawdę?

Przez chwilę wydawało mi się, że zirytowało ją pytanie, które było czysto retoryczne, wkrótce jednak doszła do siebie i powiedziała:

– Powiedziałam ci, kim jestem. Po prostu tak się składa, że dużo wiem o Yaąui. Wiesz, żyłam wśród nich. – Przez chwilę milczała, po czym pokiwała głową, jakby doszła do jakiegoś wniosku i dodała: – Opowiedziałam ci o przywódcach Yaąui dlatego, że my, kobiety powinnyśmy znać mocne i słabe strony przywódcy.

– Dlaczego? – spytałam, zaintrygowana. – Kogo obchodzą przywódcy? Moim zdaniem to same gamonie.


Delia podrapała się w głowę pod peruką, kichnęła parę razy pod rząd i powiedziała z pełnym wahania uśmiechem:

-Niestety kobiety muszą się koło nich kręcić, jeżeli same chcą zostać przywódcami.

– A komuż to zamierzaj ą przewodzić? – spytałam sarkastycznie. Spojrzała na mnie zdumiona, po czym, gestem równie dziewczęcym co jej twarz, podrapała się w rękę.

– To trudno wytłumaczyć – wymruczała. W jej głosie pojawiła się jakaś dziwna miękkość, po części czułość, niezdecydowanie i brak zainteresowania. – Lepiej tego nie zrobię. Mogłabym zupełnie cię stracić. Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że nie jestem ani naukowcem ani historykiem. Jestem gawędziarzem, a jeszcze ci nie opowiedziałam najważniejszej części mojej historii.

– A co to takiego? – spytałam, zaintrygowana jej potrzebą zmiany tematu.

– Do tej pory podałam ci tylko same fakty – powiedziała. – Nie wspomniałam o świecie magii, z którego działali ci przywódcy Yaąui. Dla nich działanie wiatru i cieni, zwierząt i planet było równie ważne, co działanie ludzi. To jest ta część, która interesuje mnie najbardziej.

– Działanie wiatru i cieni, zwierząt i planet? – powtórzyłam ironicznie. Nie zrażona moim tonem, Delia pokiwała głową. Podniosła się na fotelu, ściągnęła blond perukę i pozwoliła, by wiatr rozwiewał jej proste czarne włosy.

– To góry Bacatete – powiedziała, wskazując na góry po naszej lewej stronie, ledwo odznaczające się na jeszcze ciemnawym niebie przed wschodem słońca.

– To tam jedziemy? – spytałam.

– Nie tym razem – odparła, znowu opadając na fotel. Na jej ustach igrał tajemniczy uśmieszek, kiedy odwróciła się do mnie. – Może któregoś dnia będziesz miała okazję odwiedzić te góry – zadumała się, zamykając oczy. – Te góry są zamieszkałe przez istoty z innego świata, z innych czasów.

– Istoty z innego świata, z innych czasów? – powtórzyłam za nią z ironiczną powagą. – Kim czy też czym one są?

– To istoty – odparła. – Istoty, które nie należą do naszych czasów, do naszego świata.

– Daj spokój, Delia, próbujesz mnie przestraszyć? – Nie mogłam się nie roześmiać, spoglądając na nią. Nawet w ciemności jej twarz lśniła. Wyglądała niezwykle młodo, jej skóra bez jednej zmarszczki ciasno opinała policzki, brodę, nos.

– Nie, nie próbuję cię przestraszyć – powiedziała rzeczowo, zakładając kosmyk włosów za ucho. – Po prostu mówię ci to, co jest tu powszechnie wiadome.

– Interesujące. A co to za istoty? – dopytywałam się, przygryzając wargi, by powstrzymać chichot. – Widziałaś je?

– Oczywiście, że je widziałam. – Oburzyła się. Nie mówiłabym o nich, gdybym ich nie widziała. – Uśmiechnęła się słodko, bez śladu pretensji. – To istoty, które zaludniały ziemię w innych czasach, a teraz powróciły do opuszczonych miejsc.

Początkowo nie mogłam powstrzymać głośnego śmiechu wywołanego jej łatwowiernością. Potem jednak, widząc jak jest poważna i przekonana co do istnienia tych stworzeń, zrezygnowałam z wyśmiewania się z niej. Powinnam przyjąć, że jest

wiarygodna. W końcu wiozła mnie do uzdrowicielki, a ja nie chciałam zrażać jej do siebie swoim racjonalizmem.

– Czy te istoty to duchy wojowników Yaąui, którzy stracili życie w walce?

– spytałam.

Przecząco potrząsnęła głową, po czym, jakby się bała, że ktoś może podsłuchiwać, przysunęła się bliżej i szepnęła mi do ucha:

– Powszechnie wiadomo, że te góry są zamieszkane przez zaczarowane stworzenia: ptaki, które mówią, krzaki, które śpiewają, kamienie, które tańczą. Stworzenia, które mogą przybierać wszelkie postacie.

Odchyliła się i spojrzała na mnie wyczekująco.

– Yaąui nazywają te istoty “surem"*. Wierzą, że suremy to starożytni Yaąui, którzy odmówili przyjęcia chrztu z rąk pierwszych jezuitów, gdy przyjechali tu, by nawrócić Indian na chrześcijaństwo. – Czule poklepała mnie po ramieniu. – Uważaj, podobno suremy lubią blondynki. – Zachichotała z uciechą. – Może to właśnie ci się śniło w tym koszmarze. Może jakiś surem chciał cię ukraść.

– Chyba nie wierzysz w to, co mówisz? – spytałam szyderczo, nie mogąc pohamować arogancji.

– Nie. Wymyśliłam sobie, że suremy lubią blondynki – odparła uspokajająco.

– One wcale nie lubią blondynek.

Chociaż nie odwróciłam się, by na nią spojrzeć, czułam jej uśmiech i błysk rozbawienia w oku. Sprawiało mi to wielką przykrość. Pomyślałam, że jest albo bardzo szczera, bardzo arogancka, albo, co gorsza, bardzo szalona.

– Chyba nie wierzysz, że te istoty z innego świata naprawdę istnieją, co?

– warknęłam, poirytowana. Potem, obawiając się, że ją obraziłam, zerknęłam na nią, chcąc ją przeprosić. Zanim jednak zdążyłam cokolwiek powiedzieć, odpowiedziała tym samym głośnym, poirytowanym tonem:

– Oczywiście, że wierzę, że istnieją. Dlaczego miałyby nie istnieć?

– Bo nie i już! – znowu warknęłam autorytatywnie, po czym szybko jąprzeprosiłam. Powiedziałam jej o pragmatycznym wychowaniu, jakie wyniosłam z domu i o tym, że ojciec uświadomił mi, że potwory z moich snów i towarzysze zabaw w dzieciństwie

– oczywiście widzialni tylko dla mnie – to tylko owoce wybujałej wyobraźni. – Od wczesnego dzieciństwa wpajano mi obiektywność i racjonalizm – podkreśliłam. – W moim świecie istnieją tylko fakty.

– Na tym właśnie polega problem z ludźmi – zauważyła Delia. – Są tak rozsądni, że samo słuchanie ich zmniejsza moją witalność.

– W moim świecie – ciągnęłam, ignorując jej komentarz – nie ma faktów na temat istot z innego świata, tylko spekulacje, pobożne życzenia i – podkreśliłam

– fantazje wypaczonych umysłów.

– Nie możesz być aż tak tępa! – wykrzyknęła z uciechą, między dwoma wybuchami śmiechu, jakby moje wytłumaczenie przeszło jej wszelkie oczekiwania.

*'Magiczne istoty istniejące w legendach Indian, lśniące fosforyzującym blaskiem


– Można udowodnić, że te istoty istnieją? – spytałam prowokacyjnie.

– Na czym miałby polegać taki dowód? – spytała z nutą wyraźnie fałszywego onieśmielenia.

– Gdyby ktoś je zobaczył, byłby to dowód – odparłam.

– To znaczy, jeżeli na przykład ty byś je zobaczyła, to byłoby dowodem na ich istnienie? – dopytywała się, przybliżając głowę do mojej.

– Od tego można zacząć.

Delia, wzdychając, oparła głowę o oparcie fotela i zamknęła oczy. Milczała tak długo, że byłam pewna, że usnęła, więc się przestraszyłam, kiedy gwałtownie usiadła i kazała mi zjechać na pobocze. Powiedziała, że musi się załatwić.

Chcąc skorzystać z przystanku, ja również poszłam w krzaki. Gdy właśnie miałam podciągnąć dżinsy, usłyszałam głośny męski głos: “Śliczności!" i westchnienie tuż za mną. Z rozpiętymi spodniami pobiegłam do Delii.

Zabierajmy się stąd! – wykrzyknęłam. – W krzakach chowa się jakiś mężczyzna.

– Bzdury. – Zignorowała moje słowa. – Za krzakami jest tylko osioł.

– Osły nie sapią jak zboczeńcy – stwierdziłam, po czym powtórzyłam, co powiedział tamten mężczyzna.

Delia wybuchnęła bezradnym śmiechem, po czym, widząc moją nieszczęśliwą minę, uniosła ręce w pojednawczym geście.

– Widziałaś tego mężczyznę?

– Nie musiałam – odparłam. – Starczy, że go słyszałam.

Przez chwilę jeszcze się ociągała, po czym ruszyła do samochodu. Zanim przekroczyłyśmy nasyp przy drodze, przystanęła raptownie, odwróciła się do mnie i szepnęła:

– Stało się coś tajemniczego. Muszę ci to uświadomić. – Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła z powrotem do miejsca, gdzie przykucnęłam. A tam, tuż za krzakami, zobaczyłam osła.

– Wtedy go nie było – upierałam się.

Delia spojrzała na mnie z wyraźną przyjemnością, po czym wzruszyła ramionami i zwróciła się do zwierzęcia.

– Oślątko – zagruchała po dziecinnemu – patrzyłeś na jej pupę? “To brzuchomówca" – pomyślałam. Będzie udawała, że zwierzę mówi. Osioł jednak tylko zaryczał parę razy.

– Chodźmy stąd – poprosiłam, ciągnąc ją za rękaw. – To pewnie jego właściciel czaił się w krzakach.

– Ale to słodkie maleństwo nie ma właściciela – zagruchała tym samym głupim dziecinnym głosikiem i podrapała osła po miękkich, długich uszach.

– Na pewno ma właściciela – warknęłam. – Nie widzisz, jaki jest wykarmiony i zadbany? – Głosem ochrypłym od zdenerwowania i zniecierpliwienia raz jeszcze podkreśliłam, jakim niebezpieczeństwem jest dla dwóch samotnych kobiet stanie na pustej szosie w Sonorze.

Delia spojrzała na mnie w milczeniu, najwyraźniej pochłonięta własnymi myślami. Potem pokiwała głową, jakby się ze mną zgadzała i ruchem ręki dała mi znak, bym

za nią poszła. Osioł ruszył tuż za mną, raz za razem dźgając mnie pyskiem w pośladki. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, odwróciłam się, ale osła nie było.

– Delia! – krzyknęłam, nagle przerażona. – Co się stało z tym osłem?

Przestraszone moim krzykiem, stado ptaków zerwało się do lotu. Zatoczyły nad nami krąg, po czym pofrunęły na wschód w stronę delikatnej rysy na niebie oznajmiającej koniec nocy i początek dnia.

– Gdzie jest ten osioł? – spytałam znowu ledwo słyszalnym szeptem.

– Tuż przed tobą– odparła cicho, wskazując na powykrzywiane, bezlistne drzewo.

– Nie widzę.

– Potrzebne ci są okulary.

– Wzrok mam w porządku – odparłam opryskliwie. – Widzę nawet piękne kwiaty na tym drzewie. – Zdumiona pięknem połyskujących, śnieżnobiałych kwiatów w kształcie powoju, podeszłam bliżej. – Co to za drzewo?

– Pało Santo.

Przez jedną zdumiewającą sekundę myślałam, że powiedział to osioł, który wyłaniał się zza satynowego, srebrzystoszarego pnia.

– Pało Santo! – roześmiała się.

W tej chwili przyszło mi do głowy, że Delia sobie ze mnie żartuje. Osioł pewnie należał do znachorki, która bez wątpienia mieszkała nie opodal.

– Co cię tak śmieszy? — spytała Delia, dostrzegając uśmieszek na mojej twarzy.

– Złapał mnie straszny skurcz – skłamałam. Trzymając się za brzuch przykucnęłam. – Proszę, zaczekaj na mnie w samochodzie.

W chwili, kiedy się odwróciła, zdjęłam apaszkę i zawiązałam j ą na szyi osła. Już się cieszyłam, jak po przyjeździe do domu uzdrowicielki Delia się zdziwi, że cały czas wiedziałam ojej żarcie. Jednakże wszelka nadzieja na ponowne ujrzenie osła lub apaszki wkrótce prysła. Do domu uzdrowicielki dotarłyśmy dopiero po dwóch godzinach.

II

Było około ósmej rano, kiedy dojechałyśmy do domu uzdrowicielki na przedmieściach Ciudad Obregon. Był to masywny, stary dom z pobielonymi ścianami i dachem wyłożonym dachówkami, szary od starości. Miał okratowane okna i hakowate sklepienie nad wejściem.

Ciężkie drzwi wychodzące na ulicę były otwarte na oścież. Z pewnością siebie osoby zaznajomionej z okolicą, Delia Flores poprowadziła mnie przez ciemny hali, a potem długim korytarzem na tyły domu, do skromnie umeblowanego pokoju, gdzie stało wąskie łóżko, stół i kilka krzeseł. Najbardziej niezwykłe w tym pokoju było to, że na każdej z czterech ścian znajdowały się drzwi, wszystkie zamknięte.

– Zaczekaj tutaj – rozkazała mi Delia, ruchem brody wskazując łóżko. – Zdrzemnij się, a ja pójdę po uzdrowicielkę. Może to trochę potrwać – dodała, zamykając za sobą drzwi.

Zaczekałam, aż jej kroki ucichną na korytarzu i zaczęłam oglądać ten najbardziej niesamowity pokój uzdrowicielki, jaki kiedykolwiek widziałam. Pobielone ściany były


nagie; jasnobrązowe deski podłogi lśniły jak lustro. Nie znalazłam w nim żadnego ołtarzyka, żadnych wizerunków czy figurek świętych, Maryi czy Jezusa, które zawsze uważałam za coś oczywistego w domach uzdrowicieli. Zajrzałam przez wszystkie czworo drzwi. Dwoje wychodziło na ciemne korytarze; pozostałych dwoje prowadziło na podwórko otoczone wysokim ogrodzeniem.

Kiedy szłam na palcach ciemnym korytarzem do drugiego pokoju usłyszałam za sobą ciche, groźne warczenie. Powoli się odwróciłam. Zaledwie dwie stopy za mną stał ogromny, zły, czarny pies. Nie zaatakował mnie, tylko stał, warcząc i odsłaniając kły. Nie patrząc mu prosto w oczy, ale i nie spuszczając z niego wzroku, tyłem wróciłam do pokoju.

Pies poszedł za mną aż do drzwi. Cicho zamknęłam je za sobą, tuż przed jego nosem i oparłam się o ścianę, aż serce mi się uspokoiło. Potem położyłam się na łóżku i po paru chwilach —choć nie miałam najmniejszego zamiaru – zapadłam w głęboki sen.

Obudził mnie lekki dotyk na ramieniu. Otworzyłam oczy, podniosłam wzrok i ujrzałam pomarszczoną, różową twarz jakiejś staruszki.

– Śnisz – powiedziała. – A ja jestem częścią tego snu.

Odruchowo potaknęłam głową. Wcale jednak nie byłam przekonana, że to mi się śni. Kobieta była niezwykle mała. Nie była karlicą, choć była wzrostu dziecka, miała chude rączki i wąskie, kruche ramionka.

– Pani jest uzdrowicielką? – spytałam.

– Jestem Esperanza – odparła. – Jestem tą, która sprowadza sny.

Jej głos był łagodny i niezwykle niski. Brzmiała w nim pewna dziwna, egzotyczna nuta, jakby hiszpański – którym mówiła płynnie – był językiem, do którego nie nawykły mięśnie jej górnej wargi. Stopniowo dźwięk jej głosu rósł aż stał się bezcielesną siłą wypełniającą pokój. Dźwięk ten przywodził mi na myśl wodę płynącą w głębi jaskini.

– To nie kobieta – wymamrotałam sama do siebie. – To dźwięk ciemności.

– Teraz usunę przyczynę twoich koszmarów – powiedziała, wbijając we mnie władczy wzrok, a palce lekko zaciskając na mojej szyi. – Wyrwę je jeden za drugim

– obiecała. Jej ręce przesunęły się po mojej piersi jak miękka fala. Uśmiechnęła się triumfalnie, po czym ruchem ręki nakazała mi spojrzeć na swe rozpostarte dłonie.

– Widzisz? Tak łatwo wyszły.

Patrzyła na mnie z takim zadowoleniem i zachwytem, że nie mogłam jej powiedzieć, że niczego nie widzę w jej rękach.

Pewna, że seans uzdrawiania się skończył, podziękowałam jej i usiadłam. Potrząsnęła głową z wyrzutem i delikatnie popchnęła mnie z powrotem na łóżko.

– Śpisz – przypomniała mi. – Ja jestem tą, która sprowadza sny, pamiętasz? Bardzo chciałam stwierdzić, że jestem zupełnie przytomna, lecz zdobyłam się tylko na głupawy uśmiech, a ona wprowadziła mnie w kojącą drzemkę.

Śmiechy i szepty gromadziły się wokół mnie niczym cienie. Ze wszystkich sił próbowałam się obudzić. Z wielkim wysiłkiem otworzyłam oczy, usiadłam i spojrzałam na ludzi wokół stołu. Szczególny półmrok w pokoju sprawiał, że nie widziałam

ich wyraźnie. Wśród nich była Delia. Już miałam zawołać japo imieniu, kiedy za mną rozległo się jakieś natarczywe skrobanie. Odwróciłam się.

Jakiś mężczyzna, który niepewnie przycupnął na stołku, głośno łuskał orzeszki ziemne. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie młodego człowieka, ja jednak z jakiegoś powodu wiedziałam, że jest stary. Był drobnej budowy, miał gładką twarz bez zarostu. Jego uśmiech był mieszanką przebiegłości i niewinności.

– Chcesz trochę? – spytał.

Zanim zdążyłam choćby kiwnąć głową, ze zdumienia aż otworzyłam usta. Mogłam się na niego tylko gapić, gdy przeniósł ciężar ciała na jedną rękę i bez wysiłku podźwignął swe małe, żylaste ciało do góry nogami. W tej pozycji rzucił mi orzeszek, który trafił prosto w moją rozdziawioną buzię.

Zakrztusiłam się nim. Mocne klepnięcie między łopatki natychmiast przywróciło mi oddech. Wdzięczna, odwróciłam się zastanawiając się, kto spośród ludzi, którzy teraz stali wokół mnie, zareagował tak szybko.

– Jestem Mariano Aureliano – powiedział mężczyzna, który klepnął mnie w plecy. Uścisnął mi dłoń. Jego łagodny ton i urocza oficjalność łagodziły ostre spojrzenie i surowe, orle rysy twarzy. Wygięte do góry czarne brwi nadawały mu wygląd drapieżnego ptaka. Siwe włosy i ogorzała, miedzianej barwy twarz zdradzała wiek, lecz muskularne ciało świadczyło o młodzieńczej witalności.

W grupie znajdowało się sześć kobiet, w tym Delia. Wszystkie z taką samą oficjal-nością uścisnęły mi dłoń. Nie przedstawiły się, powiedziały tylko, że cieszą się, że mogą mnie poznać. Fizycznie nie były do siebie podobne, a mimo to łączyło je uderzające podobieństwo, sprzeczne połączenie młodości i podeszłego wieku, siły i delikatności, co było dla mnie niezwykle zaskakujące, gdyż przywykłam do surowości i bezpośredniości mojej rządzonej przez mężczyzn, patriarchalnej, niemieckiej rodziny.

Podobnie jak to było w wypadku Mariano Aurelio i akrobaty na stołku, nie potrafiłam odgadnąć ich wieku. Równie dobrze mogły mieć po czterdzieści, co po sześćdziesiąt lat.

Poczułam niepokój, gdyż kobiety nie przestawały mi się przyglądać. Miałam niejasne wrażenie, że świdrują mnie wzrokiem i że zastanawiają się nad tym, co widzą. Ich rozbawione, zamyślone uśmiechy nie bardzo mnie uspokoiły. Pragnąc przerwać tę dręczącą ciszę odwróciłam się od nich i zwróciłam do mężczyzny na stołku. Spytałam, czy jest akrobatą.

– Jestem pan Flores – odparł. Wykonał fikołka do tyłu, zeskoczył ze stołka i wylądował na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. – Nie jestem akrobatą – oznajmił. – Jestem czarownikiem. – Na jego twarzy pojawiła się radość, kiedy sięgnął do kieszeni i wyjął moją jedwabną apaszkę, tę, którą zawiązałam osłu na szyi.

-Wiem, kim pan jest! Jej mężem! – wykrzyknęłam, oskarżycielskim ruchem ręki wskazując Delię. – Niezły żart mi zrobiliście.

Pan Flores nie odezwał się ani słowem. Patrzył tylko na mnie z uprzejmym milczeniem.

– Nie jestem niczyim mężem – oznajmił wreszcie, po czym, robiąc salto wytoczył siS z pokoju przez jedne z drzwi, które prowadziły na podwórze.


Pod wpływem impulsu wyskoczyłam z łóżka i poszłam za nim. Na chwilę oślepiona jaskrawym światłem na zewnątrz, przez parą sekund stałam nieruchomo, po czym przecięłam podwórko i pobiegłam zakurzoną drogą na świeżo zaorane pole porozdzielane wysokimi eukaliptusami. Było gorąco. Z nieba lał się żar. Miedze lśniły w rozgrzanym powietrzu niczym opalizujące gigantyczne węże.

– Panie Flores! – zawołałam. Nie usłyszałam odpowiedzi. Pewna, że schował się za jednym z drzew, pędem puściłam się przez pole.

– Uważaj na stopy! – ostrzegł mnie głos dobiegający z góry. Przestraszona podniosłam wzrok wprost na twarz pana Floresa, który wisiał do góry nogami. Zwisał za nogi z gałęzi.

– To niebezpieczne i strasznie głupie, biegać bez butów – upomniał mnie surowo, kołysząc się do tyłu i do przodu jak artysta na trapezie. – Tu się aż roi od grzechotni-ków. Lepiej przyłącz się do mnie. Tu jest bezpiecznie i chłodno.

Mimo iż wiedziałam, że gałęzie są za daleko, żebym do nich dosięgnęła, z dziecinnym zaufaniem wyciągnęłam ręce do góry. Zanim uświadomiłam sobie, co zamierza zrobić, pan Flores złapał mnie za nadgarstki i bez żadnego wysiłku, jakbym była szmacianą lalką, wciągnął mnie na drzewo. Oszołomiona, usiadłam koło niego i zaczęłam się przyglądać szeleszczącym liściom. Lśniły w słońcu jak płatki złota.

– Słyszysz, co wiatr do ciebie mówi? – pan Flores spytał po długim milczeniu. Zaczął tak poruszać głową, bym mogła w pełni docenić jego zdumiewającą umiejętność poruszania uszami.

– Zamurito! – krzyknęłam cicho, gdyż mój umysł zapełnił się wspomnieniami. Zamurito, mały myszołów, był to przydomek mojego przyjaciela z dzieciństwa w Wenezueli. Pan Flores miał takie same delikatne, ptasie rysy twarzy, kruczoczarne włosy i oczy koloru musztardy. A co najbardziej zdumiewające, tak samo jak Zamurito potrafił ruszać uszami – jednym lub oboma na raz.

Opowiedziałam panu Flores o tym przyjacielu, którego znałam od przedszkola. W drugiej klasie siedzieliśmy w jednej ławce. Podczas długiej przerwy zamiast jeść drugie śniadanie na terenie szkoły, wymykaliśmy się na pobliskie wzgórze, by je zjeść w cieniu drzewa, które uważaliśmy za największe drzewo mango na świecie. Jego dolne gałęzie dotykały ziemi, najwyższe sięgały chmur. W porze owocowania zajadaliśmy się jego owocami. Wzgórze to było naszym ulubionym miejscem aż do dnia, kiedy znaleźliśmy ciało szkolnego dozorcy wiszące na jednej z wyższych gałęzi. Nie śmieliśmy się ani ruszyć ani krzyknąć; żadne z nas nie chciało stracić w oczach drugiego. Tego dnia nie wdrapywaliśmy się po gałęziach, lecz spróbowaliśmy zjeść drugie śniadanie na ziemi, praktycznie rzecz biorąc tuż pod wisielcem, zastanawiając się, które z nas złamie się pierwsze. To ja się pierwsza złamałam.

– Myślałaś kiedyś o umieraniu? – spytał mnie Zamurito szeptem.

Podniosłam głowę i spojrzałam na wisielca. W tej samej chwili wiatr zaszeleścił w gałęziach z niespotykaną siłą. W tym szeleście wyraźnie usłyszałam szept trupa, który mi mówił, że śmierć przynosi ukojenie. Było to tak niesamowite, że się poderwałam i uciekłam wrzeszcząc, obojętna na to, co sobie o mnie pomyśli Zamurito.

– Wiatr sprawił, że te gałęzie i liście przemówiły do ciebie – powiedział pan Flores, kiedy skończyłam swą opowieść. Jego głos był cichy i łagodny. Jego złote oczy rzucały blask, gdy zaczął tłumaczyć, że w chwili śmierci, w jednym mgnieniu oka, wspomnienia starego dozorcy, jego uczucia i emocje zostały uwolnione i wchłonięte przez drzewo mangowca. – Wiatr sprawił, że te gałęzie i liście przemówiły do ciebie – powtórzył.

– Albowiem wiatr prawnie ci się należy. – Zerknął sennym wzrokiem poprzez liście, szukając czegoś za polem rozciągającym się w słońcu. – Bycie kobietą umożliwia ci rozkazywanie wiatrowi – ciągnął. – Kobiety o tym nie wiedzą, ale w każdej chwili mogą poprowadzić dialog z wiatrem.

Bez zrozumienia pokręciłam głową.

– Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi – powiedziałam tonem zdradzającym rosnący niepokój. – To jest jak sen. Gdyby nie trwał dalej, mogłabym przysiąc, że to jeden z moich koszmarów.

Jego przeciągające się milczenie uraziło mnie. Czułam, jak twarz mi płonie z irytacji. Co ja tu robię, siedząc na drzewie z jakimś zwariowanym staruszkiem?

– zachodziłam w głowę. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że mogłam go obrazić. Postanowiłam go przeprosić za swąobcesowość.

– Wiem, że moje słowa nie mają dla ciebie większego sensu – przyznał. – To dlatego, że pokrywa cię zbyt gruba skorupa. Nie pozwala ci usłyszeć, co wiatr ma do powiedzenia.

– Zbyt gruba skorupa? – zaintrygowana spytałam podejrzliwie. – To znaczy, że jestem brudna?

– To też – powiedział, a ja spłonęłam rumieńcem. Uśmiechnął się i powtórzył, że pokrywa mnie zbyt gruba skorupa, której nie można zmyć wodą z mydłem, choćbym się kąpała setki razy. – Nie pozwala ci zrozumieć, co do ciebie mówię i że wiatr jest na twoje rozkazy. Spojrzał na mnie krytycznie zmrużonymi oczami:

– No? – spytał niecierpliwie. Zanim zdążyłam się zorientować, co się dzieje, złapał mnie za ręce i jednym szybkim, płynnym ruchem zahuśtał mną i delikatnie opuścił na ziemię. Wydawało mi się, że jego ręce i nogi rozciągnęły się jak zrobione z gumy. Było to ulotne wrażenie, które natychmiast wytłumaczyłam sobie jako zniekształcenie percepcji spowodowane upałem. Nie zastanawiałam się nad tym, gdyż dokładnie w tej samej chwili moją uwagę zwrócił widok Delii Flores i jej przyjaciół rozkładających pod sąsiednim drzewem wielką płachtę płótna.

– Kiedy zdążyliście tu przyjść? – spytałam Delię, zdezorientowana tym, że nie zauważyłam ani nie usłyszałam zbliżającej się grupy.

– Robimy piknik na twoją cześć – odparła.

– Dlatego, że dzisiaj do nas dołączyłaś – dodała jedna z kobiet.

– Jak to do was dołączyłam? – spytałam nieswojo. Nie widziałam, kto to powiedział. Spoglądałam po kolei na każdą, spodziewając się, że któraś wyjaśni swoje stwierdzenie.

Obojętne na mój rosnący niepokój, kobiety zajęły się wygładzaniem płótna. Im dłużej się im przyglądałam, tym większe ogarniało mnie zdenerwowanie. Wszystko to było dla mnie takie dziwne. Z łatwością mogłam wyjaśnić, dlaczego przyjęłam zapro


szenie Delii na spotkanie z uzdrowicielką, w ogóle jednak nie mogłam zrozumieć moich następnych posunięć. Zupełnie jakby kto inny przejął moją zdolność rozumowania i kazał mi reagować i mówić inaczej niż chciałam. A teraz zamierzają wydać przyjęcie na moją cześć. Łagodnie mówiąc, było to niepokojące. Chociaż z całych sił wytężałam umysł, nie potrafiłam zrozumieć, co tam robię.

– Z pewnością sobie na to nie zasłużyłam – wymamrotałam. Do głosu doszło moje wychowanie w niemieckiej rodzinie. – Ludzie nie robią dla innych pewnych rzeczy, ot tak sobie.

Dopiero kiedy usłyszałam głośny śmiech Mariano Aureliano, uświadomiłam sobie, że wszyscy na mnie patrzą.

– Nie ma powodu tak się zastanawiać, co ci się dzisiaj przydarza – powiedział, klepiąc mnie lekko po ramieniu. Organizujemy piknik, bo lubimy działać pod wpływem impulsu. A ponieważ dzisiaj zostałaś uzdrowiona przez Esperanzę, moje przyjaciółki mówią, że ten piknik jest na twoją cześć. – Mówił swobodnie, prawie obojętnie, jakby rozmawiał o czymś bez znaczenia. Jego oczy jednak mówiły co innego: spojrzenie miał twarde i poważne, jakby moja uwaga była czymś niezwykle ważnym. – Moje przyjaciółki z radością oznajmiaj ą, że ten piknik jest na twojącześć. – Przyjmij to w ten sposób, jak to mówią, po prostu i bez namysłu. – Jego spojrzenie zmiękło, gdy spojrzał na kobiety, po czym odwrócił się do mnie i dodał: – Zapewniam cię, że ten piknik wcale nie został wydany na twoją cześć. A jednak – zadumał się – jest na twoją cześć. To sprzeczność i minie trochę czasu, zanim ją zrozumiesz.

– Nikogo o nic nie prosiłam – powiedziałam nadąsana. Stałam się dziwnie ociężała, jak zwykle w obliczu zagrożenia. – Delia mnie tu ściągnęła i jestem jej za to wdzięczna. – Potem skusiło mnie, żeby dodać: – I chciałabym zapłacić za wszelkie usługi, które mi tu wyświadczono.

Byłam pewna, że go obraziłam; wiedziałam, że teraz lada chwila poprosi mnie, żebym wyjechała. Poza tym, że zraniłoby to moje ego, nie sprawiłoby mi większej przykrości. Byłam przestraszona i miałam ich wszystkich dosyć.

Ku memu zdziwieniu i irytacji, wcale nie wzięli moich słów poważnie. Zaczęli się ze mnie śmiać. Im bardziej się wściekałam, tym większa była ich uciecha. Utkwili we mnie swe błyszczące, roześmiane oczy, jakbym była jakimś nieznanym organizmem.

Z gniewu zapomniałam o strachu. Zaczęłam się ciskać, oskarżając ich o to, że robią ze mnie idiotkę. Oskarżyłam Delię i jej męża-nie mam pojęcia, dlaczego ich tak połączyłam – że zrobili mi paskudny żart.

– Ściągnęłaś mnie tutaj – powiedziałam, zwracając się do Delii – więc ci się wydaje, że możecie zrobić ze mnie swojego pajaca.

Im bardziej się wściekałam, tym bardziej oni się śmiali. Już miałam zaszlochać z żalu nad samą sobą, gniewu i frustracji, kiedy podszedł do mnie Mariano Aureliano. Zaczął do mnie mówić jakbym była dzieckiem. Miałam ochotę mu powiedzieć, że potrafię sama zadbać o siebie, że nie potrzebuję jego współczucia i że wracam do domu, kiedy coś w jego głosie, w spojrzeniu uspokoiło mnie tak głęboko, że byłam pewna, że mnie zahipnotyzował. A jednak się myliłam.



Rzeczą, która była dla mnie tak nieznana i niepokojąca, była nagłość i całkowitość mojej przemiany. To, co normalnie potrwałoby dni, tutaj stało się w ciągu sekundy. Przez całe życie roztrząsałam każdą zniewagę czy afront – prawdziwe lub wyimaginowane. Z systematyczną dokładnością wałkowałam j e, aż w sposób satysfakcjonujący wytłumaczyłam każdy szczegół.

Kiedy teraz patrzyłam na Mariano Aureliano, chciało mi się śmiać z własnego wybuchu. Ledwo pamiętałam, co mnie tak rozwścieczyło, że znalazłam się na granicy łez.

Delia pociągnęła mnie za rękę i poprosiła, bym pomogła pozostałym kobietom rozpakować z koszy, które przyniosły, porcelanowe talerze, kryształowe puchary i grawerowane srebrne sztućce. Kobiety nie odzywały się do mnie, ani do siebie nawzajem. Jedynie ciche westchnienia rozkoszy wymykały im się z ust, gdy Mariano Aureliano otworzył naczynia z potrawami: były tam “tamale"*, “enchilady"*, gorący gulasz z chili i ręcznie robione tortille. Nie z mąki – jak je się robi w północnym Meksyku i za którymi nie przepadałam – lecz z kukurydzy. Delia podała mi talerz, na którym leżało po trochu każdej potrawy. Jadłam tak łapczywie, że skończyłam przed wszystkimi.

– To najpyszniejsze jedzenie, jakiego kiedykolwiek próbowałam – powiedziałam wylewnie, mając nadzieję na dokładkę. Nikt jednak mi jej nie zaproponował. By ukryć rozczarowanie, zaczęłam się zachwycać pięknem starej koronki, jaką obszyte było płótno, na którym siedzieliśmy.

– Ja to uszyłam – powiedziała kobieta siedząca po lewej stronie Mariano Aureliano. Wyglądała staro, miała rozczochrane siwe włosy, które skrywały jej twarz. Pomimo upału była ubrana w długą spódnicę, bluzkę i sweter. – To prawdziwa belgijska koronka – wyjaśniła mi łagodnym, rozmarzonym głosem. Jej długie, szczupłe dłonie, połyskujące pięknymi pierścionkami, miłośnie przesunęły się po koronce. Szczegółowo opowiedziała mi o swoim dziele, pokazując różne rodzaje ściegów i nici. Co jakiś czas udawało mi się dostrzec fragment twarzy za tą burzą włosów, nie wiedziałam jednak, jak wygląda. – To prawdziwa belgij ska koronka – powtórzyła. – To część mojej wyprawy ślubnej. – Wzięła do ręki kryształowy puchar, upiła łyk wody i dodała: – To też część mojej wyprawy. To Baccarat.

Niewątpliwie mówiła prawdę. Te piękne talerze – a każdy inny – były zrobione z najlepszej porcelany. Zastanawiałam się, czy dyskretne zerknięcie pod mój talerz przeszłoby niezauważone, kiedy kobieta siedząca koło Mariano Aureliano sama mi to zaproponowała.

– Nie krępuj się. Zajrzyj – zachęcała mnie. – Jesteś wśród przyjaciół. – Szczerząc z?by podniosła własny talerz. – Limoges – obwieściła, po czym na chwilę podniosła mój i stwierdziła, że to Rosenthal.

Miała dziecinne, delikatne rysy twarzy. Była mała, z okrągłymi, czarnymi oczami i gęstymi rzęsami. Jej włosy były czarne, poza czubkiem głowy, który osiwiał, ściąPotrawa z mielonego, ostro przyprawionego mięsa gotowanego naparze w cieście z mąki kukurydzianej. Rodzajpierożków zpikantnnym nadzieniem mięsno-warzywnym.


gnęła je w ciasny koczek. Kiedy zasypała mnie bezpośrednimi, osobistymi pytaniami, emanowała z niej przejmująca siła.

Nie przeszkadzał mi jej ton sędziego śledczego. Przyzwyczaiłam się do tego, że ojciec i bracia bombardowali mnie pytaniami, kiedy szłam na randką lub robiłam coś na własną rękę. Miałam im to za złe, ale w domu takie relacje były czymś normalnym. Przez to nigdy nie nauczyłam się rozmawiać. Rozmowa oznaczała dla mnie odpieranie słownych ataków i obronę za wszelką cenę.

Zdziwiłam się, że podczas tego przesłuchania nie miała ochoty się bronić.

– Jesteś mężatką? – spytała kobieta.

– Nie – odparłam cicho, lecz stanowczo, chcąc, by zmieniła temat.

– Masz jakiegoś mężczyznę? – naciskała.

– Nie, nie mam – odparowałam, powoli wracając do mojego starego, defensyw-negoja.

– Pociąga cię jakiś konkretny typ mężczyzny? – ciągnęła. – Podobają ci się jakieś konkretne cechy u mężczyzny?

Przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem się ze mnie nie wyśmiewa, ona jednak sprawiała wrażenie szczerze zainteresowanej – podobnie jak jej towarzyszki. Uspokoiły mnie ich zaciekawione, pełne wyczekiwania twarze. Zapominając o swej wojowniczej naturze i o tym, że te kobiety mogłyby być moimi babciami, rozmawiałam z nimi jakby były przyjaciółkami w moim wieku, z którymi plotkuję o mężczyznach.

– Musi być wysoki i przystojny – zaczęłam. – Musi mieć poczucie humoru. Musi być wrażliwy, ale nie słaby. Musi być inteligentny, ale nie przeintelektualizowany. – Ściszyłam głos i dodałam poufale: – Mój ojciec mawiał, że intelektualiści są słabi, wszyscy. Chyba się z nim zgadzam.

– Tylko tyle oczekujesz od mężczyzny? – dopytywała się kobieta.

– Nie – zaprzeczyłam czym prędzej. – Przede wszystkim mężczyzna moich marzeń musi być wysportowany.

– Jak twój ojciec – wtrąciła jedna z kobiet.

– Naturalnie – odparłam defensywnym tonem. – Mój ojciec był bardzo wysportowany. Bajecznie jeździł na nartach i pływał.

– Jesteście w dobrych stosunkach? – spytała.

– W doskonałych. – Rozentuzjazmowałam się. – Uwielbiam go. Na samą myśl o nim napływają mi łzy do oczu.

– Dlaczego z nim nie mieszkasz?

– Za bardzo jestem do niego podobna – wyjaśniłam. – Jest we mnie coś takiego, co nie do końca rozumiem, czego nie kontroluję i co mnie od niego odciąga.

– A twoja matka?

– Moja matka. – Westchnęłam i zamilkłam na chwilę, by poszukać najlepszych słów na jej opisanie. – Jest bardzo silna. To ta trzeźwa część mnie. Część, która milczy i nie potrzebuje wzmocnienia.

– Bardzo jesteś związana z rodzicami?

– Duchowo tak – powiedziałam cicho. – Ale w praktyce jestem samotnikiem. Nie czuję się związana ze zbyt wieloma osobami. – Potem, jakby coś mnie do tego popychało, ujawniłam swoją wadę, do której nie przyznawałam się nawet w chwilach największej introspekcji. – Wykorzystuję ludzi, zamiast o nich dbać – powiedziałam, po czym natychmiast wniosłam poprawkę. – Ale jestem zdolna do uczucia.

Z mieszaniną ulgi i rozczarowania przenosiłam wzrok z jednej na drugą. Żadna z nich najwyraźniej nie przywiązywała wagi do mojego wyznania. Kobieta następnie spytała mnie, czy opisałabym się jako osobę odważną, czy jako tchórza.

– Jestem niepoprawnym tchórzem – stwierdziłam. Ale niestety tchórzostwo mnie nie powstrzymuje.

– Przed czym? – spytała kobieta, która mnie tak przesłuchiwała. Jej czarne oczy były poważne, a szerokie łuki brwi, niczym linia narysowana kawałkiem węgla, zbiegły się ze sobą.

– Przed robieniem niebezpiecznych rzeczy – odparłam. Zadowolona, że z uwagą słuchają każdego mojego słowa, wytłumaczyłam, że moją następną wadą jest niezwykła podatność na pakowanie się w tarapaty.

– O jakich tarapatach mogłabyś nam opowiedzieć? – spytała. Jej twarz, do tej pory śmiertelnie poważną, rozjaśnił promienny, niemal złośliwy uśmiech.

– A te, w których się znalazłam teraz? – powiedziałam pół żartem, obawiając się jednak, że mogą opacznie zrozumieć mojąuwagę. Ku memu zdziwieniu i uldze wszystkie się roześmiały i zaczęły pokrzykiwać jak wieśniacy, kiedy coś uznają za szczególnie bezczelne lub zabawne.

– Jak się znalazłaś w Stanach Zjednoczonych? – spytała kobieta, kiedy się uciszyły. Wzruszyłam ramionami, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Chciałam iść do szkoły – wymamrotałam w końcu. – Najpierw pojechałam do Anglii, ale nie osiągnęłam tam zbyt wiele poza tym, że się doskonale bawiłam. Naprawdę nie wiem, co chcę studiować. Chyba czegoś szukam, chociaż nie bardzo wiem, czego.

– Co mi przypomina moje pierwsze pytanie – powiedziała kobieta. Na jej chudej, impertynenckiej twarzy i w ciemnych oczach, wścibskich jak u zwierzęcia, malowało się ożywienie. – Szukasz mężczyzny?

– Chyba tak – przyznałam, po czym dodałam niecierpliwie: – A która kobieta nie szuka? I dlaczego tak mnie o to wypytujesz? Masz kogoś na myśli? Czy to jakiś test?

– Rzeczywiśc ie mamy kogoś na myśli – wtrąciła się Delia Flores. – Ale to nie mężczyzna. – Roześmiały się wszystkie, a piszczały tak żywiołowo, że i ja musiałam zachichotać.

– To niewątpliwie test – zapewniła mnie dociekliwa kobieta, gdy tylko wszystkie się uspokoiły. Przez chwilę milczała, patrząc na mnie z uwagą i namysłem. – Z tego, co mi powiedziałaś wnioskuję, że jesteś niepoprawnym członkiem klasy średniej – ciągnęła. – Rozpostarła ręce w geście wymuszonej akceptacji. – Ale w końcu kim może być Niemka urodzona w Nowym Świecie? – Dostrzegła gniew na mojej twarzy i z ledwo ukrywanym uśmiechem dodała: – Średnia klasa ma średnie sny.


Widząc, że za chwilę wybuchnę, Mariano Aureliano wyjaśnił, że zadały mi wszystkie te pytania, bo po prostu były mnie ciekawe. Rzadko miewały gości, a już prawie nigdy młodych.

– To nie znaczy, że można mnie obrażać – poskarżyłam się.

Jakbym nic nie powiedziała, Mariano Aureliano dalej usprawiedliwiał kobiety. Tak jak przedtem jego łagodny ton i uspokajające klepnięcie po plecach stopiły mój gniew. Jego uśmiech był tak wzruszająco anielski, że ani na chwilę nie zwątpiłam w jego szczerość, kiedy zaczął mi prawić komplementy. Powiedział, że jestem jedną z najbardziej niezwykłych, oryginalnych osób, jaką kiedykolwiek spotkali. Tak się wzruszyłam, że powiedziałam, żeby pytał o wszystko, co chce o mnie wiedzieć.

– Czujesz się kimś ważnym? – spytał. Kiwnęłam głową.

– Wszyscy uważamy się za bardzo ważnych – stwierdziłam. – Tak, myślę, że jestem ważna, nie w sensie ogólnym, ale dla samej siebie. – Zaczęłam się rozwodzić o pozytywnym wizerunku samej siebie, o poczuciu własnej wartości i o tym, jak ważne jest, by umacniać w sobie poczucie ważności, jeśli chce się być osobą zdrową psychicznie.

– A co myślisz o kobietach? – spytał. – Uważasz, że są ważniejsze czy mniej ważne od mężczyzn?

– To oczywiste, że mężczyźni są ważniej si – odparłam. – Kobiety nie maj ą wyboru. Muszą być mniej ważne, żeby życie rodzinne mogło się gładko toczyć, że tak powiem.

– Ale czy to uczciwe? – dopytywał się Mariano Aureliano.

– No oczywiście, że to uczciwe – oznajmiłam. – Mężczyźni z natury swojej są lepsi, dlatego to oni rządzą światem. Wychował mnie autorytatywny ojciec, który, chociaż dawał mi tyle samo wolności, co moim braciom, wpoił mi, że pewne rzeczy nie są ważne dla kobiety. Dlatego nie wiem, co robię w szkole ani czego chcę w życiu. – Spojrzałam na Mariano Aureliano, po czym dodałam bezradnym, de-fensywnym tonem: – Myślę, że szukam mężczyzny, który jest równie pewny siebie, co mój ojciec.

– Co za głuptas! – wtrąciła jedna z kobiet.

– Nie, ona nie jest głupia – zapewnił wszystkich Mariano Aureliano. – Po prostu jest zdezorientowana i tak samo uparta jak jej ojciec.

– Jej niemiecki ojciec – poprawił go pan Flores, kładąc nacisk na słowo niemiecki. Opadł z drzewa jak liść, miękko i bezszelestnie. Nałożył sobie ogromną porcję jedzenia.

– Masz absolutną rację – przytaknął Mariano Aureliano i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Będąc równie uparta jak jej ojciec, po prostu powtarzała to, co słyszała przez całe życie.

Mój gniew, który rósł i słabł niczym jakaś tajemnicza gorączka, był spowodowany nie tylko tym, co o mnie mówili, ale również tym, że rozmawiali o mnie tak, jakbym była nieobecna.

– Jest stracona – powiedziała jakaś inna kobieta.

– Na razie się nadaje. – Mariano Aureliano bronił mnie z przekonaniem.

Pan Flores poparł go. A jedyna kobieta, która do tej pory się nie odzywała, powiedziała głębokim, ochrypłym głosem, że zgadza się z nimi, że na razie się nadaję.

Była wysoka i szczupła. Jej bladą twarz, wymizerowaną i surową, otaczała korona z siwych włosów i rozświetlały ogromne, błyszczące oczy. Pomimo znoszonego, nędznego ubrania, było w niej coś eleganckiego.

– Co wy wszyscy ze mną wyprawiacie? – krzyknęłam, nie mogą się już powstrzymać. – Nie rozumiecie, jakie to dla mnie okropne, słuchać, jak rozmawiacie o mnie, jakby mnie tu nie było?

Mariano Aureliano utkwił we mnie ogniste spojrzenie.

– Ciebie tutaj nie ma — powiedział głosem wyzutym z wszelkich uczuć. – Przynajmniej jeszcze nie. A co najważniejsze, tu się wcale nie liczysz. Ani teraz, ani kiedykolwiek indziej .Nieomal zemdlałam z wściekłości. Nikt jeszcze nie mówił do mnie tak szorstko i z taką obojętnością na moje uczucia.

– Rzygam na was, sikam i sram, wy cholerne lachociągi! – wrzasnęłam.

– Boże! Niemiecka chłopka! – wykrzyknął Mariano Aureliano i wszyscy się roześmiali. Już miałam się poderwać i ich zostawić, kiedy Mariano Aureliano parę razy poklepał mnie po plecach.

– No już, już – wymruczał, jakby klepał dziecko po pleckach.

A ja, jak przedtem, zamiast się rozzłościć, że traktuje mnie jak dziecko, poczułam, że mój gniew znika. Czułam się lekka i szczęśliwa. Z niedowierzaniem kręcąc głową popatrzyłam na nich i zachichotałam.

– Nauczyłam się hiszpańskiego od uliczników z Caracas – powiedziałam.

– Potrafię strasznie przeklinać.

– Smakowały ci te słodkie tamale, prawda? – spytała Delia, przymykając oczy z uznaniem.

Jej słowa podziałały jak przepustka. Przesłuchanie się skończyło.

– Oczywiście, że jej smakowały! – odpowiedział za mnie pan Flores. – Żałuje tylko, że nie dostała dokładki. Ma nienasycony apetyt. – Podszedł i usiadł koło mnie.

– Mariano Aureliano przeszedł samego siebie i ugotował istne pyszności.

– To znaczy, że to on to wszystko ugotował? – spytałam z niedowierzaniem.

– Ma tyle kobiet, a sam gotuje? – Zmartwiona tym, jak zostaną zinterpretowane moje słowa, czym prędzej przeprosiłam. Wytłumaczyłam, że niepomiernie mnie dziwi to, że meksykański mężczyzna gotuje, chociaż w domu jest tyle kobiet. Ich śmiech mi uświadomił, że i tego nie powinnam była powiedzieć.

– Zwłaszcza jeżeli te kobiety są jego kobietami. To miałaś na myśli? — spytał pan Flores, a jego słowa wzbudziły ogólny śmiech. Masz całkowitą rację, to kobiety Mariano. Albo, gwoli ścisłości, to Mariano należy do nich. – Z uciechą klepnął się po kolanie, po czym zwrócił się ku najwyższej z kobiet – tej która odezwała się tylko raz – i powiedział:

– Może jej o nas opowiedz?

– Oczywiście pan Aureliano nie ma tylu żon – zaczęłam, zmartwiona swoją gafą.


– A dlaczego nie? – odparowała kobieta i wszyscy znowu się roześmiali. Był to radosny, młodzieńczy śmiech, a jednak mnie nie uspokoił. – Wszystkich nas tutaj łączy wspólna walka, głębokie uczucie i świadomość, że gdybyśmy siebie nie mieli, nic nie byłoby możliwe – powiedziała.

– Chyba nie jesteście jakąś grupą religijną? – spytałam głosem zdradzającym rosnące zrozumienie. – Chyba nie należycie do jakiejś komuny, co?

– Należymy do mocy – odparła kobieta. – Moi towarzysze i ja jesteśmy spadkobiercami starej tradycji. Jesteśmy częścią mitu.

Nie rozumiałam, o czym mówi. Zerknęłam niespokojnie na resztę; utkwili wzrok we mnie. Przyglądali mi się z mieszaniną oczekiwania i rozbawienia.

Znowu przeniosłam uwagę na wysoką kobietę. I ona obserwowała mnie z takim samym nieobecnym wyrazem twarzy. Jej oczy tak lśniły, że aż rzucały iskry. Pochyliła się nad swym kryształowym pucharem i upiła łyk wody.

– Zasadniczo jesteśmy śniącymi – wyjaśniła cicho. – Teraz wszyscy śnimy, a przez fakt, że przywieziono cię do nas, i ty śnisz z nami. – Powiedziała to jednym tchem, więc nie całkiem ją zrozumiałam.

– To znaczy, że śpię i śnię razem z wami? – spytałam z pełnym ironii niedowierzaniem. Zagryzłam wargi, żeby powstrzymać śmiech, który aż we mnie bulgotał.

– Niezupełnie, ale jesteś blisko – przyznała. Niezrażona moim nerwowym chichotem, zaczęła tłumaczyć, że to, co się ze mną dzieje bardziej przypomina jakiś niezwykły sen, w którym wszyscy mi pomagają, śniąc razem ze mną.

– Ależ to idio... – zaczęłam, ona jednak uciszyła mnie ruchem ręki.

– Wszyscy śnimy ten sam sen – zapewniła mnie. Przepełniała j ą radość, której nie mogłam zrozumieć.

– A to pyszne jedzenie? – spytałam, szukając sosu chili, który mi kapnął na bluzkę. Pokazałam jej plamy. – To nie może być sen. Ja to zjadłam! – upierałam się głośnym, podenerwowanym tonem. – Zjadłam!

Spojrzała na mnie z chłodnym opanowaniem, jakby spodziewała się takiego wybuchu.

– A jak wytłumaczysz to, że pan Flores wciągnął cię na sam szczyt eukaliptusa?

– spytała spokojnie.

Już jej miałam powiedzieć, że wcale mnie nie wciągnął na szczyt drzewa, tylko na gałąź, kiedy szepnęła:

– Zastanowiło cię to?

– Nie – warknęłam.

– Oczywiście, że nie – przytaknęła, kiwając głową ze zrozumieniem, jakby była świadoma, że w tej samej chwili przypomniałam sobie, że nawet najniższych gałęzi tego drzewa nie da się dosięgnąć z ziemi. Potem dodała, że nie zastanowiło mnie to, bo w snach nie jesteśmy racjonalni. – W snach potrafimy tylko działać

– podkreśliła.

– Chwileczkę – przerwałam jej. – Przyznaję, że może i jestem nieco oszołomiona. W końcu ty i twoi przyjaciele to najdziwniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek poznałam. Ale jestem zupełnie przytomna. – Widząc, że się ze mnie śmieje, wrzasnęłam: – To nie jest sen!

Ledwo dostrzegalnym ruchem głowy dała znak panu Floresowi, który jednym szybkim ruchem złapał mnie za rękę i podciągnął się, trzymając mnie na plecach, na gałąź najbliższego eukaliptusa. Siedzieliśmy tam przez chwilę i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ściągnął mnie z powrotem na ziemię, na to samo miejsce, gdzie przedtem siedziałam.

– Rozumiesz teraz, o czym mówię? – spytała kobieta.

– Nie, nie rozumiem! – krzyknęłam wiedząc, że miałam halucynacje. Mój lęk przemienił się w gniew i wyrzuciłam z siebie stek najpaskudniejszych przekleństw. Kiedy gniew się wyczerpał, ogarnęła mnie fala żalu nad samą sobą i zaczęłam szlochać. – Co wy mi zrobiliście? – spytałam między szlochnięciami. – Dodaliście mi coś do jedzenia? Do wody?

– Nie zrobiliśmy niczego w tym rodzaju – powiedziała łagodnie wysoka kobieta. – Nie potrzebujesz niczego...

Ledwo ją słyszałam. Moje łzy były niczym jakiś ciemny, przejrzysty woal, przesłaniały jej twarz i słowa.

-Zaczekaj. – Usłyszałam jej głos, choć nie widziałam już ani jej, ani jej towarzyszy. – Zaczekaj, nie budź się jeszcze.

W jej głosie było coś tak nieodpartego, że wiedziałam, że moje życie zależy od tego, czy znowu ją zobaczę. Z jakąś niepojętą i całkowicie niespodziewaną siłą rozerwałam woal.

Usłyszałam ciche klaskanie i znowu ich zobaczyłam. Uśmiechali się, ich oczy lśniły takim blaskiem, że źrenice zdawał się rozpalać wewnętrzny ogień. Przeprosiłam za swój głupi wybuch najpierw kobiety, a potem obu mężczyzn. Oni jednak nie chcieli o niczym słyszeć. Orzekli, że doskonale dałam sobie radę.

– Jesteśmy żywymi częściami mitu – powiedział Mariano Aureliano, po czym złożył usta w dziubek i dmuchnął. – Zdmuchnę cię do osoby, która teraz dzierży mit w swoich rękach. On ci pomoże to wszystko zrozumieć.

– A kto to taki? – spytałam lekceważąco. Już miałam spytać, czy człowiek ten będzie tak autorytatywny jak mój ojciec, lecz moją uwagę odwrócił Mariano Aureliano. Wciąż dmuchał. Jego siwe włosy stanęły dęba; policzki miał czerwone i mocno wydęte.

Jakby w odpowiedzi na jego wysiłki, w gałęziach eukaliptusów zaczął szumieć lekki wietrzyk. Mariano Aureliano pokiwał głową, najwyraźniej świadom moich myśli i dezorientacji. Łagodnie odwrócił mnie twarzą do gór Bacatete.

Wietrzyk przemienił się w wiatr, wiatr tak silny, że oddychanie aż bolało. Wysoka kobieta podniosła się takim ruchem jakby nie miała kości, chwyciła mnie za rękę 1 Pociągnęła za sobą przez zaorane miedze. Zatrzymałyśmy się raptownie pośrodku pola. Mogłabym była przysiąc, że rozpostartymi rękoma wabiła spiralę pyłu i uschniętych liści wirującą w oddali.

– W snach wszystko jest możliwe – szepnęła.


Śmiejąc się, rozpostarłam ręce, by przywołać wiatr. Pył i liście tańczyły wokół nas z taką siłą, że wszystko rozmazało mi się przed oczami. Wysoka kobieta nagle znalazła się daleko ode mnie. Jej ciało zdawało się rozpuszczać w czerwonawym świetle, aż całkiem zniknęło z mojego pola widzenia. I wtedy ciemność wypełniła moją głowę.

III

W tym czasie nie potrafiłam ustalić, czy ten piknik był snem, czy rzeczywiście miał miejsce. Nie mogłam sobie przypomnieć, w porządku chronologicznym, wszystkich wydarzeń, w których brałam udział od chwili, gdy usnęłam na łóżku w pokoju znachorki. Następną rzeczą, którą wyraźnie pamiętam było to, że znalazłam się przy stole z Delią, w tym samym pokoju.

Oswojona z takimi lukami w pamięci, które często zdarzały mi się w dzieciństwie, początkowo niewiele sobie robiłam z tej rozbieżności. Jako dziecko, rwąc się do zabawy, często wstawałam z łóżka na wpół śpiąc i wymykałam się z domu przez okno. Wiele razy rzeczywiście budziłam się na placu, bawiąc się z innymi dziećmi, które nie szły spać tak wcześnie jak ja.

W moim umyśle nie było żadnych wątpliwości, że ten piknik był prawdziwy, chociaż nie potrafiłam go umiejscowić w czasie. Próbowałam się zastanawiać, zrekonstruować wydarzenia, bałam się jednak wprowadzać ideę o moich lukach w pamięci z dzieciństwa. Nie chciałam pytać Delię o jej przyjaciół, a i ona sama nie podała mi żadnych informacji. Spytałam jednak o sesję uzdrawiania, która, jak wiedziałam, była snem.

– Miałam niesamowity sen o uzdrowicielce – zaczęłam ostrożnie. – Nie tylko mi się przedstawiła, ale też zapewniła mnie, że znikną wszystkie moje koszmary.

– To nie był sen – stwierdziła Delia tonem wyraźnie zdradzającym niezadowolenie. Wpatrywała się we mnie z taką intensywnością, że miałam ochotę uciec.

– Uzdrowicielka naprawdę ci się przedstawiła – ciągnęła. – 1 z całą pewnością wyleczyła cię z twoich nocnych dolegliwości.

– Ależ to był sen. – Upierałam się. – W tym śnie uzdrowicielka była wielkości dziecka. Nie mogła być prawdziwa.

Delia sięgnęła po szklankę wody na stoliku, ale jej nie wypiła. Zaczęła ją obracać, nie roniąc ani kropli, po czym spojrzała na mnie lśniącymi oczami.

– Uzdrowicielka tylko sprawiła na tobie wrażenie, że jest mała, i to wszystko

– powiedziała, kiwając głową, jakby te słowa dopiero co przyszły jej do głowy i wydały się satysfakcjonujące. Powoli i hałaśliwie zaczęła pić wodę. Jej spojrzenie zmiękło i stało się zamyślone. – Musiała być mała, żeby cię wyleczyć.

– Musiała być mała? To znaczy, że tylko ja widziałam, że jest mała? Delia parę razy kiwnęła głową, po czym, pochylając się ku mnie, szepnęła:

– Widzisz, śniłaś. A jednak to nie był sen. Uzdrowicielka naprawdę do ciebie przyszła i wyleczyła cię, ale nie znajdowałaś się w tym miejscu, co teraz.

– Daj spokój, Delia. – Zaoponowałam. – O czym ty mówisz? Wiem, że to był sen. Jestem całkowicie świadoma, kiedy śnię, chociaż moje sny są zawsze bardzo realne.

Na tym polega moja dolegliwość, pamiętasz?

– Może teraz, kiedy cię wyleczyła, nie jest to już twoją dolegliwością, lecz talentem – zasugerowała Delia, uśmiechając się. – Ale wracając do twojego pytania, uzdrowicielka musiała być mała jak dziecko, bo ty byłaś jeszcze mała, kiedy zaczęły się te koszmary.

Jej stwierdzenia było tak dziwaczne, że nie mogłam się nawet roześmiać.

-1 teraz jestem wyleczona? – spytałam żartobliwie.

– Jesteś – zapewniła mnie. – W snach wyleczenie można osiągnąć z wielką łatwością, prawie bez wysiłku. Najtrudniej jest nauczyć ludzi śnić.

-Najtrudniej? – spytałam ostrzej niż zamierzałam. – Wszystkim coś się śni. Wszyscy musimy spać, prawda?

Delia ironicznie wywróciła oczami, po czym spojrzała na mnie i powiedziała:

– Nie o takich snach mówię. To zwykłe sny. Śnienie ma swój cel. Zwykłe sny go nie mają.

– Oczywiście, że mają! – Gwałtownie się jej sprzeciwiłam, po czym wygłosiłam długą diatrybę o psychologicznym znaczeniu snów. Przytoczyłam prace psychologiczne, filozoficzne i artystyczne.

Moja wiedza nie zrobiła na Delii najmniejszego wrażenia. Zgodziła się ze mną, że zwykłe sny rzeczywiście przyczyniają się do zachowania zdrowia umysłowego jednostki, upierała się jednak, że nie o to jej chodzi.

– Śnienie ma swój cel, zwykłe sny go nie mają– powtarzała ciągle.

– Jaki cel, Delia? – spytałam protekcjonalnie.

Przekręciła głowę na bok, jakby chciała ukryć przede mną twarz. Chwilę później znowu na mnie spojrzała. W jej oczach pojawiło się coś zimnego i odległego, zmiana w jej wyrazie twarzy była tak ogromna, że się przestraszyłam.

– Śnienie zawsze ma praktyczny cel – oznajmiła. – Służy śniącemu w prosty lub skomplikowany sposób. Tobie posłużyło do tego, byś pozbyła się swoich nocnych dolegliwości. Czarownicom na pikniku posłużyło do poznania twojej istoty. Mnie posłużyło do usunięcia się ze świadomości kontrolera paszportów, który prosił o twoją kartę turystyczną.

– Próbuję zrozumieć, co do mnie mówisz, Delia – wymamrotałam. – Chcesz przez to powiedzieć, że ludzie mogą hipnotyzować innych wbrew ich woli? – spytałam z naciskiem.

– Możesz to tak nazywać, jeśli chcesz – odparła. Na jej twarzy malowała się spokojna obojętność, była całkiem wyzuta ze współczucia. – Nie rozumiesz jeszcze, że ty sama możesz bez wysiłku wprowadzić się w stan, który nazywasz hipnotycznym. My to nazywamy śnieniem: to sen, który nie jest snem, sen, w którym możemy zrobić niemal wszystko, czego tylko dusza zapragnie.

Delia brzmiała niemal przekonująco, lecz nie znajdowałam słów na opisanie swoich myśli, uczuć. Gapiłam się na nią, zbita z tropu. Nagle przypomniało mi się pewne wydarzenie z okresu mego dorastania. Kiedy w końcu pozwolono mi na lekcje jazdy jeepem mojego ojca, zadziwiłam całą rodzinę pokazując, że już umiem zmieniać biegi.


Od lat robiłam to w snach. Z pewnością, która była zaskakująca nawet dla mnie samej, wjechałam na starą drogę z Caracas do La Guayra, portu nad morzem i udałam się w swą pierwszą podróż. Zastanawiałam się, czy opowiedzieć Delii o tym zdarzeniu, lecz zamiast tego spytałam ją o wzrost znachorki.

– Nie jest wysoka, ale też nie jest taka niska, jąkają widziałaś. W uzdrawiającym śnie dla twojego dobra przybrała niewielkie rozmiary i w tym sensie była mała. Taka jest natura magii. Musisz stać się taki, jakie chcesz sprawić wrażenie.

– Czy ona jest magikiem? – spytałam z oczekiwaniem. Parę razy przyszło mi do głowy, że wszyscy oni pracują w cyrku, że tworzą jakieś przedstawienie oparte na sztuczkach magicznych. Uważałam, że to by wiele wyjaśniało.

– Nie, nie jest magikiem – odparła Delia. – Jest szamanką. – Spojrzała na mnie tak pogardliwie, że zawstydziłam się swego pytania. – Magicy występują w przedstawieniach – wyjaśniła, patrząc na mnie ironicznie. – Czarownicy żyj ą na świecie, nie będąc jego częścią. – Przez długi czas milczała, potem westchnęła. – Chciałabyś się teraz spotkać z Esperanzą? – spytała.

– Tak – powiedziałam z entuzjazmem. – Bardzo bym chciała.

Od myśli, że uzdrowicielka była prawdziwym człowiekiem, a nie snem, zakręciło mi się w głowie. Nie bardzo wierzyłam Delii, ale bardzo chciałam jej uwierzyć. Myśli jak szalone galopowały mi po głowie; nagle sobie uświadomiłam, że nie wspomniałam Delii, że uzdrowicielka w moim śnie przedstawiła się jako Esperanzą.

Byłam tak pogrążona w myślach, że nie zauważyłam, że Delia coś mówi.

– Przepraszam, co mówiłaś?

– Możesz to zrozumieć tylko jeżeli wrócisz do snu – stwierdziła. Śmiejąc się cicho, zamachała ręką, jakby dawała komuś sygnał do podejścia.

Jej słowa nie miały dla mnie żadnego znaczenia. Już się przestawiłam na inny tok myśli. Esperanzą była prawdziwa. I miałam pewność, że wszystko mi wyjaśni. Poza tym, nie było jej na pikniku; nie potraktowała mnie tak okropnie jak pozostałe kobiety. Uczepiłam się słabej nadziei, że Esperanzą mnie polubiła i ta myśl w jakiś sposób przywróciła mi pewność siebie. By ukryć przed Delią swe prawdziwe uczucia, powiedziałam, że z wielką niecierpliwością czekam na spotkanie z uzdrowicielką.

– Chciałabym jej podziękować i oczywiście zapłacić za wszystko, co dla mnie zrobiła.

– Już zapłacono – stwierdziła Delia. Ironiczny błysk w oku zdradzał, że odgadła moje myśli.

– Jak to już zapłacono? – spytałam nie zamierzenie wysokim głosem. – Kto zapłacił?

– To trudno wytłumaczyć – Delia zaczęła łagodnie, co mnie chwilowo uspokoiło. – Wszystko się zaczęło na przyjęciu u twojej znajomej w Nogales. Od razu cię zauważyłam.

– Naprawdę? – spytałam z oczekiwaniem, spodziewając się komplementów na temat mojej starannie dobranej garderoby, świadczącej o dobrym smaku.

Zapadło niezręczne milczenie. Nie widziałam oczu Delii przesłoniętych na wpół opuszczonymi powiekami. W jej głosie było coś cichego, a jednak dziwnie niepokojącego, kiedy

powiedziała, że zwróciła we mnie uwagę na to, że za każdym razem, kiedy coś mówiłam do babci mojej znajomej, sprawiałam wrażenie nieobecnej myślami, jakbym spała.

– Nieobecna myślami to delikatnie powiedziane – odparłam. – Nie masz pojęcia, przez co przeszłam, co musiałam zrobić, żeby przekonać tę staruszkę, że nie jestem diabłem wcielonym.

Delia zdawała się mnie nie słyszeć.

– W jednej chwili zrozumiałam, że masz wielki talent do śnienia – ciągnęła.

– Chodziłam więc za tobą po całym domu i obserwowałam cię w akcji. Nie byłaś w pełni świadoma tego, co robisz lub mówisz. A jednak świetnie dawałaś sobie radę, rozmawiałaś, śmiałaś się i kłamałaś, ile wlezie, żeby się wszystkim spodobać.

– Nazywasz mnie kłamcą? – spytałam żartobliwym tonem, zdradzając się jednak z poczuciem krzywdy. Poczułam impuls, by wpaść w gniew. Zaczęłam się gapić na szklankę z wodą na stoliku, aż uczucie to minęło.

– Nie śmiałabym cię nazwać kłamcą – dość pompatycznie oznajmiła Delia.

– Nazwałabym cię śniącą. – W jej głosie brzmiała wielka powaga, lecz oczy rzucały wesołe iskierki i złośliwe spojrzenia, kiedy powiedziała: – Czarownicy, którzy mnie wychowali, powiedzieli mi, że nieważne, co ktoś mówi, dopóki ma moc powiedzenia tego. – W jej głosie brzmiał taki entuzjazm i aprobata, że byłam pewna, że za drzwiami ktoś nas podsłuchuje. – A moc tę bierze się ze śnienia. Ty o tym nie wiesz, bo przychodzi ci to w sposób naturalny, ale kiedy jesteś przyparta do muru, twój umysł natychmiast ucieka w śnienie.

– Wychowali cię czarownicy? – spytałam, by zmienić temat.

– Oczywiście – przytaknęła, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem.

– Twoi rodzice byli czarownikami?

– Och, nie – zaprzeczyła i zachichotała. – Czarownicy mnie znaleźli któregoś dnia i od tamtej pory mnie wychowywali.

– Ile wtedy miałaś lat? Byłaś jeszcze dzieckiem?

Delia roześmiała się, jakbym tym pytaniem sięgnęła szczytów poczucia humoru.

– Nie, nie byłam dzieckiem – odparła. – Byłam może w twoim wieku, kiedy mnie znaleźli i zaczęli wychowywać.

– Jak to zaczęli cię wychowywać?

Delia spojrzała na mnie, nie skupiając na mnie wzroku. Przez chwilę wydawało mi się, że mnie nie usłyszała, a jeżeli usłyszała, to nie zamierza odpowiedzieć. Powtórzyłam pytanie. Wzruszyła ramionami i się uśmiechnęła.

– Wychowali mnie tak jak się wychowuje dziecko – powiedziała w końcu.

-Nie ma znaczenia, ile się ma lat; w ich świecie jesteś dzieckiem.

Nagle zaniepokojona, że ktoś nas może podsłuchiwać, zerknęłam przez ramię i szepnęłam:

– Kim są ci czarownicy, Delia?

– To bardzo trudne pytanie. – Zadumała się. – W tej chwili nie mogę nawet zacząć odpowiadać. Mogę ci o nich powiedzieć tylko tyle, że to oni mi powiedzieli, że nigdy me należy kłamać, po to, by inni ci wierzyli.


– W takim razie po co kłamać? – spytałam.

– Dla czystej przyjemności – natychmiast odparowała. Potem podniosła się z krzesła i powoli podeszła do drzwi prowadzących na podwórko. Zanim wyszła, odwróciła się i z uśmiechem spytała: – Znasz to przysłowie: “Jeśli nie kłamiesz po to, by ci uwierzono, możesz mówić, co tylko chcesz, niezależnie od tego, co o tobie myślą inni"?

– Nigdy nie słyszałam tego przysłowia. – Podejrzewałam, że je wymyśliła. Miało w sobie jej piętno. – Poza tym nie rozumiem, co chcesz powiedzieć – dodałam afektowanym tonem.

– Jestem pewna, że rozumiesz – powiedziała, spoglądając na mnie z ukosa przez pasma czarnych włosów. Ruchem brody nakazała mi, bym za nią poszła. – Chodźmy zobaczyć się z Esperanzą.

Podskoczyłam i popędziłam za nią, lecz w drzwiach zatrzymałam się raptownie. Chwilowo oślepiona rażącym światłem na zewnątrz stałam zastanawiając się, co się stało. Wydawało mi się, że nie minęła ani chwila odkąd pobiegłam przez pole za panem Floresem. Słońce, tak jak wtedy, wciąż znajdowało się w zenicie.

Przed oczami mignęła mi czerwona spódnica Delii, gdy ta skręciła za róg. Pobiegłam za nią pod kamiennym sklepieniem, które prowadziło na pełne uroku patio.

Początkowo nic nie zobaczyłam – tak wielki był kontrast między oślepiającym światłem a głębokimi cieniami na patio. Stałam, wstrzymując oddech, zupełnie nieruchomo, wdychając wilgotne powietrze pachnące kwiatami pomarańczy, kapryfolium i pachnącym groszkiem. Groszek wspinający się po sznurkach, które zdawały się być przyczepione do nieba, wisiał niczym pstrokaty gobelin pośród listowia drzew, krzewów i paproci.

Uzdrowicielka, którą widziałam wcześniej we snach, siedziała na bujanym fotelu pośrodku patio. Była o wiele starsza od Delii i kobiet na pikniku, chociaż nie wiem, skąd to wiedziałam. Bujała się, rozmarzona. Poczułam wielką udrękę, która ogarnęła całe moje jestestwo, gdyż miałam irracjonalną pewność, że to bujanie się coraz bardziej ją ode mnie oddala. Gdy tak na nią patrzyłam, przetoczyła się przeze mnie fala cierpienia, nieopisanego osamotnienia. Miałam ochotę przejść przez patio i przytulić się do niej, lecz coś w ciemnych płytach podłogi ułożonych w skomplikowany wzór powstrzymało mnie w pół kroku.

– Esperanzą – zdołałam w końcu wyszeptać głosem tak słabym, że sama ledwo go słyszałam.

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się bez zdziwienia, jakby się mnie spodziewała. Wstała i podeszła do mnie. Nie była wielkości dziecka, lecz mniej więcej mojego wzrostu, miała około pięć stóp i dwa cale. Była chuda i krucha, lecz biła od niej witalność, przy której poczułam się słaba i pokurczona.

– Jakże się cieszę, że znowu cię widzę. – W jej głosie brzmiała szczerość. Ręką dała mi znak, bym przysunęła sobie jedno z plecionych krzeseł i usiadła koło niej.

Kiedy się rozejrzałam, odkryłam obecność innych kobiet, w tym Delii. Siedziały na plecionych krzesłach, na wpół ukryte w krzewach i drzewach. One też przyglądały

Oli się ciekawie. Niektóre z nich uśmiechały się, a inne jadły tamale z talerzy, które trzymały na kolanach.

W cienistym, zielonym świetle patio – pomimo tak przyziemnego zajęcia, jakim było jedzenie – kobiety sprawiały wrażenie bezpostaciowych, urojonych. A jednak każda z nich była nienaturalnie wyraźna, nie mając jednocześnie ostrych konturów. Sprawiały takie wrażenie, jakby wchłonęły w siebie zielonkawe światło patio, które nas otaczało niczym przezroczysta mgła. Do głowy przyszła mi przelotna, lecz napawająca zgrozą myśl, że znajduję się w domu zamieszkałym przez duchy.

– Chciałabyś coś zjeść? – spytała mnie Esperanzą. – Delia przygotowała same pyszności.

– Nie, dziękuję – wymamrotałam głosem, który zabrzmiał jak nie mój. Widząc jej pytające spojrzenie, dodałam słabo: – Nie jestem głodna. – Byłam tak zdenerwowana i przestraszona, że nawet gdybym umierała z głodu, nie przełknęłabym ani kęsa.

Esperanzą najwyraźniej wyczuła mój lęk. Pochyliła się w moją stronę i uspokajająco poklepała mnie po ramieniu.

– Co chcesz wiedzieć?

– Wydawało mi się, że widziałam cię we śnie – wyrzuciłam z siebie, po czym

– widząc jej rozbawiony wzrok – dodałam: – Czy teraz też mi się to wszystko śni?

– Tak, ale nie śpisz – odparła, powoli i starannie wymawiając każde słowo.

– Jak mogę śnić i jednocześnie nie spać?

– Niektóre kobiety potrafią to robić bez najmniejszego wysiłku – stwierdziła.

– Potrafią śnić i jednocześnie nie spać. Ty należysz do tych kobiet. Inni przez całe życie muszą nad tym pracować.

Wyczułam nutę podziwu w jej głosie, lecz bynajmniej mi to nie pochlebiało. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się zaniepokoiłam.

– Ale jak można śnić, nie śpiąc przy tym? – Upierałam się.

– Jeśli ci wyjaśnię, jak to możliwe, nie zrozumiesz – orzekła. – Uwierz mi na słowo, lepiej na razie odłożyć wyjaśnienia. – Znowu poklepała mnie po ramieniu, a jej twarz rozjaśnił łagodny uśmiech. – Na razie wystarczy jak się dowiesz, że jestem tą, która sprowadza sny.

Nie wydawało mi się, by to starczało, lecz nie ważyłam się jej o tym powiedzieć. Spytałam natomiast:

– Czy byłam przytomna, kiedy mnie wyleczyłaś z koszmarów? I czy śniłam, kiedy siedziałam na polu z Delią i resztą?

Esperanzą przyglądała mi się przez dłuższą chwilę, po czym mądrze pokiwała głową, jakby postanowiła odsłonić przede mną jakąś wielką prawdę.

– Jesteś za głupia, żeby ujrzeć tajemnicę tego, co robimy. – Powiedziała to tak rzeczowo, że nawet mi nie przyszło do głowy, żeby jej słowa uznać za zniewagę.

– Ale ty mogłabyś sprawić, żebym ją zobaczyła, prawda? – Poprosiłam gorąco.

Pozostałe kobiety zachichotały. Nie był to ironiczny śmiech, lecz coś w rodzaju nauczenia, które rozlegało się wokół mnie niczym stłumiony śpiew chóru. Wydawało 1111 się, że dźwięku tego nie wydają kobiety, lecz cienie na patio. Był to raczej szept,


delikatne ostrzeżenie, od którego nie tylko straciłam impet, lecz również pozbyłam się wątpliwości i chęci poznania. I wiedziałam, bez cienia wątpliwości, że nie śpię, a jednocześnie śnię. Była to jednak wiedza, której nie potrafiłam wytłumaczyć. Nie mogłam tego ująć w słowa.

Po paru chwilach skusiło mnie, żeby przeanalizować tę świadomość, włożyć ją w jakieś logiczne ramy.

Esperanza przyglądała mi się z widoczną przyjemnością. Potem powiedziała:

– Wytłumaczę cię, kim jesteśmy i co robimy.

Przed swą przemową zrobiła wstęp. Ostrzegła mnie, że niełatwo będzie mi uwierzyć w to, co usłyszę. Dlatego też mam się powstrzymać od oceniania i wysłuchać jej, nie przerywając i nie zadając pytań.

– Zrobisz to?

– Oczywiście – odparowałam.

Przez chwilę milczała, spoglądając na mnie w zamyśleniu. Musiała wyczuć moją niepewność i pytanie, które zawisło mi na wargach.

– Nie chodzi o to, żebym nie chciała odpowiedzieć na twoje pytania – stwierdziła.

– Po prostu na razie nie zrozumiesz odpowiedzi.

Kiwnęłam głową– nie na znak zgody – bojąc się, że jeżeli choć pisnę, Esperanza w ogóle przestanie mówić.

Głosem, który sprowadzał się do cichego mruczenia, powiedziała mi coś zarówno niewiarygodnego, jak i fascynującego. Powiedziała, że jest duchowym potomkiem czarowników, którzy żyli w dolinie Oaxaca na wiele tysiącleci przed najazdem Hiszpanów.

Potem milczała przez długi czas. Jej wzrok, utkwiony w jaskrawych, wielobarwnych kwiatach pachnącego groszku, zdawał się z nostalgią sięgać w przeszłość.

– Do działalności tych czarowników zaliczało się śnienie – podjęła po chwili.

– Czarownikami byli mężczyźni i kobiety, którzy posiadali niezwykłe moce śnienia i dokonywali czynów, które przekraczają granice wyobraźni.

Otoczywszy rękoma kolana, słuchałam jej. Esperanza była wyborną gawędziarką i wielce utalentowanym mimem. Jej twarz zmieniała się przy każdym wyjaśnieniu. Chwilami była to twarz młodej kobiety, innym razem – staruszki lub mężczyzny albo niewinnego i figlarnego dziecka.

Powiedziała, że wiele tysiącleci temu mężczyźni i kobiety byli w posiadaniu wiedzy, która pozwalała im wyślizgiwać się z naszego normalnego świata i wślizgiwać z powrotem. W ten oto sposób podzielili swe życie na dwa obszary: dzień i noc. Podczas dnia wykonywali wszystkie zwykłe czynności: zajmowali się normalnymi, przewidywalnymi, codziennymi sprawami. Nocą jednak stawali się śniącymi. Systematycznie miewali sny, które przekraczały granice tego, co uważamy za rzeczywistość.

Znowu zamilkła, jakby chcąc mi dać czas na przyjęcie jej słów.

– Używając ciemności jako osłony – ciągnęła– osiągnęli coś niepojętego: potrafili śnić na jawie.

Spodziewając się pytania, które już miałam jej zadać, Esperanza wyjaśniła, że śnienie na jawie oznaczało, że potrafili pogrążyć się we śnie, który dawał im energię

do dokonywania czynów, jakie nie mieszczą się w głowie, a jednocześnie byli całkowicie świadomi i przytomni.

Z powodu agresywnego sposobu porozumiewania się w domu nigdy nie wykształciłam w sobie umiejętności długiego słuchania. Jeżeli nie mogłam wtrącać bezpośrednich, zaczepnych pytań, to każda wymiana zdań, choćby niezwykle interesująca, była dla mnie pozbawiona znaczenia. Nie mogąc się spierać, poczułam niepokój. Umierałam z chęci zasypania Esperanzy pytaniami. Miałam pytania, lecz nie chodziło mi o to, by dostać odpowiedzi, by mi udzielono wyjaśnień. Chciałam ulec pokusie wdania się z nią w słowną potyczkę, by znowu poczuć się normalnie.

Jakby wyczuwając burzę, która we mnie szalała, Esperanza przez chwilę mi się przyglądała, po czym dała mi znak, bym się odezwała. Albo tylko tak mi się wydawało. Otworzyłam usta, by powiedzieć – jak zwykle – co mi tylko przyszło do głowy, nawet jeżeli nie było to związane z tematem. Nie mogłam jednak wydusić z siebie ani słowa. Próbowałam coś powiedzieć, ale z mojego gardła wydobywało się tylko bulgotanie, które niezwykle rozbawiło pozostałe kobiety.

Esperanza wróciła do swej opowieści, jakby nie zauważyła moich nadaremnych wysiłków. Zdziwiło mnie niepomiernie, że całkowicie przykuła mój ą uwagę. Powiedziała, że początki wiedzy czarowników można zrozumieć jedynie w kategoriach legendy. Istota wyższa ulitowawszy się nad straszliwym położeniem człowieka – którego przy życiu utrzymuje pożywienie i reprodukcja – dała mu moc śnienia i nauczyła, jak wykorzystywać sny.

Legendy oczywiście przekazują prawdę w zawoalowanej postaci – opowiadała. – Ich powodzenie w ukryciu prawdy zależy od przekonania człowieka, że to tylko zwykłe opowieści. Legendy o ludziach zmieniających się w ptaki czy anioły to skrywana prawda, która sprawia wrażenie fantazji lub po prostu zmyśleń prymitywnych czy zdegenerowanych umysłów.

Tak więc zadaniem czarowników przez wiele tysiącleci było tworzenie nowych legend i odkrywanie prawdy ukrytej w starych.

Tu pojawiają się śniący. Kobiety są najlepsze w śnieniu. Maj ą umiejętność porzucania samych siebie, umiejętność odpuszczania sobie.

Kobieta, która nauczyła mnie śnić, potrafiła utrzymać dwieście snów.

Esperanza zaczęła mi się bacznie przyglądać, jakby oceniała moją reakcję, jaką było kompletne ogłupienie, nie miałam bowiem pojęcia, co miała na myśli. Wyjaśniła, że utrzymać sen oznacza, że można śnić o czymś konkretnym i na zawołanie wejść w ten sen. Powiedziała, że jej nauczycielka potrafiła na zawołanie wejść w dwieście snów o samej sobie.

– Kobiety są niezrównanymi śniącymi – zapewniła mnie Esperanza. – Kobiety są niezwykle praktyczne. By utrzymać sen trzeba być praktycznym, gdyż sen musi dotyczyć praktycznych aspektów danej osoby. Ulubionym snem mojej nauczycielki był sen o sobie w roli jastrzębia. Innym był sen o sobie jako sowie. Tak więc w zależności od pory dnia potrafiła śnić, że jest albo jednym albo drugim, a ponieważ śniła nie śpiąc, naprawdę była jastrzębiem albo sową.


W jej głosie brzmiała taka szczerość i przekonanie, że całkowicie znalazłam się pod jej urokiem. Ani przez chwilę nie zwątpiłam w jej słowa. W tej chwili nic, co by powiedziała, nie wydałoby mi się dziwaczne.

Potem wytłumaczyła, że aby mieć sen takiej natury, kobiety musiały przejść twardą dyscyplinę. Pochyliła się ku mnie i poufnym szeptem, jakby nie chciała, żeby inni ją usłyszeli, powiedziała:

– Przez twardą dyscyplinę rozumiem nie męczącą rutynę, lecz raczej to, że kobiety muszą się wyłamać z rutyny, której się od nich oczekuje. I muszą to zrobić w młodości – podkreśliła. – A co najważniejsze, z nienaruszoną mocą. Często, kiedy kobiety sąjuż tak stare, że ich kobiecość przekwita, decydują, że nadszedł czas na zajęcie się myślami i zajęciami nie z tego świata albo z innych światów. Nie wiedzą ani nie chcą uwierzyć, że takiej kobiecie rzadko się to udaje. – Delikatnie poklepała mnie po brzuchu, jakby grała na bębenku. – Tajemnicą kobiecej siły jest macica.

Z naciskiem pokiwała głową, jakby rzeczywiście usłyszała głupie pytanie, które pojawiło się w mojej głowie: “Macica?"

– Kobiety – ciągnęła – muszą zacząć od spalenia swej macicy. Nie mogą być żyzną ziemią, która ma być zapłodniona przez mężczyznę spełniającego Boże przykazanie. Wciąż bacznie mi się przyglądając, uśmiechnęła się i spytała:

– Jesteś przypadkiem wierząca?

Pokręciłam głową. Nie mogłam się odezwać. Miałam ściśnięte gardło i ledwo mogłam oddychać. Oszołomił mnie strach i zdumienie – wywołane nie tyle jej słowami, lecz tym, jak się zmieniła. Gdyby mnie spytano, nie potrafiłabym odpowiedzieć, kiedy to nastąpiło, lecz ni z tego, ni z owego jej twarz stała się młoda i promienna. Wyglądała tak, jakby zapłonęło w niej życie wewnętrzne.

– To dobrze! – wykrzyknęła Esperanza. – Dzięki temu nie będziesz musiała walczyć z przekonaniami religijnymi – wyjaśniła. – Bardzo trudno je pokonać. Ja zostałam wychowa na zagorzałą katoliczkę. Myślałam, że umrę, kiedy musiałam zrewidować swoje podejście do religii. – Westchnęła. Jej głos stał się tęskny i cichy, gdy dodała: – Ale to nic w porównaniu z walką, jaką musiałam stoczyć, zanim zostałam śniącą.

Czekałam, ledwo oddychając, a po całym moim ciele przeszedł przyjemny dreszczyk, jak łagodne uderzenie prądem elektrycznym. Spodziewałam się opowieści o straszliwej walce pomiędzy nią a przerażającymi istotami. Ledwo ukryłam rozczarowanie, kiedy okazało się, że walkę tę musiała stoczyć z samą sobą.

– By zostać śniącą, musiałam pokonać swoje, ja" – wyjaśniła. – Nic, ale to nic nie jest tak trudne. My, kobiety, jesteśmy największymi więźniami własnego, ja". “Ja" jest naszą klatką. Klatkę tę tworzą nakazy i oczekiwania stawiane nam od chwili naszych narodzin. Wiesz, jak to jest. Jeżeli pierworodnym dzieckiem jest syn, wówczas świętuje się ten fakt. Jeżeli jest to dziewczynka, następuje wzruszenie ramionami i pada stwierdzenie: “W porządku. I tak będziemy ją kochać i zrobimy dla niej wszystko".

Z szacunku dla starszej pani nie roześmiałam się na głos. Nigdy w życiu nie słyszałam podobnego stwierdzenia. Uważałam się za kobietę niezależną. Ale w świetle tego, co mówiła Esperanza, najwyraźniej nie byłam lepsza od innych kobiet. I, choć

normalnie na ideę taką zareagowałabym inaczej, zgodziłam się z nią. Zawsze mi uświa-jjaniiano, że warunkiem wstępnym, jaki należy spełnić, by być kobietą, jest zależność. Nauczono mnie, że kobieta rzeczywiście ma szczęście, jeśli okaże się tak godna pożądania, że mężczyźni zrobią dla niej wszystko. Mówiono mi, że dla mojej kobiecości poniżające jest robienie czegoś na własną rękę, jeśli mogę to dostać. Wpojono mi, że miejsce kobiety jest w domu, z mężem i dziećmi.

– Podobnie jak ty, zostałam wychowana przez autorytatywnego, lecz wyrozumiałego ojca – ciągnęła Esperanza. – I jak ty wierzyłam, że jestem wolna. Zrozumienie sposobu myślenia szamanów – tego, że wolność wcale nie oznacza bycia sobą – niemal mnie dobiła. Bycie sobą oznaczało potwierdzenie własnej kobiecości. I to pochłaniało cały mój czas, wysiłek i energię.

Czarownicy zaś rozumieją wolność jako umiejętność robienia tego, co niemożliwe, nieoczekiwane – śnienia snu, który nie ma żadnej podstawy, żadnej rzeczywistości w codziennym życiu. – Jej głos znowu obniżył się do szeptu, gdy dodała: – Wiedza czarowników dotyczy tego, co ekscytujące i nowe. By zmienić swoje ,ja" i stać się śniącą, kobieta potrzebuje wyobraźni.

Esperanza powiedziała, że gdyby nie udało jej się pokonać własnego, ja", wiodłaby życie zwykłej kobiety: życie, jakie przeznaczyli dla niej rodzice. Życie pełne porażek i poniżenia. Życie pozbawione wszelkiej tajemnicy. Życie zaprogramowane przez obyczaje i tradycję.

Uszczypnęła mnie w ramię. Krzyknęłam z bólu.

– Słuchaj uważnie. – Upomniała mnie.

-Słucham – wymamrotałam defensywnym tonem, rozcierając rękę. Byłam pewna, że nikt nie zauważył mojego malejącego zainteresowania.

-Nikt cię nie zwabi do świata czarowników. – Ostrzegła mnie. – Musisz wybierać sama, wiedząc, co cię czeka.

Zmiany mojego nastroju były dla mnie czymś zdumiewającym, gdyż były zupełnie irracjonalne. Powinnam się bać, a jednak czułam spokój, jakby moja obecność tam była najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem.

– Tajemnica mocy kobiety leży w jej macicy – powiedziała Esperanza i znowu poklepała mnie po brzuchu. Powiedziała, że kobiety śnią macicą, a raczej z macicy. Fakt, że mają macicę, czyni z nich wyśmienitych śniących.

Zanim dokończyłam myśleć: “Dlaczego macica jest taka ważna?", Esperanza już mi odpowiedziała.

– Macica jest centrum naszej kreatywnej energii – wyjaśniła – do tego stopnia, ze gdyby na świecie zabrakło mężczyzn, kobiety nadal mogłyby się rozmnażać. A wówczas świat zostałby zaludniony jedynie przez gatunek żeński. – Dodała, że kobiety rozmnażając się bez pomocy ze strony mężczyzn mogłyby wydawać na świat jedynie własne klony.

Szczerze zdumiało mnie to oświadczenie. Nie mogłam się powstrzymać, by me przerwać Esperanzie i powiedzieć, że na lekcjach biologii czytałam o dzieworództwie 1 "seksualnym rozmnażaniu.


Wzruszyła ramionami i wróciła do swoich wyjaśnień.

– Tak więc kobiety mając zdolność i organy potrzebne do reprodukcji życia, mają również zdolność produkowania snów za pomocą tych samych organów – powiedziała. Widząc niedowierzanie w moich oczach, ostrzegła mnie: – Nie kłopocz się rozważaniem, jak to możliwe. Wyjaśnienie jest bardzo proste, a ponieważ jest proste, najtrudniej je zrozumieć. Ja sama mam jeszcze z tym problemy. Dlatego, co typowe dla kobiety, działam. Śnię i pozostawiam wyjaśnienia mężczyznom.

Esperanza utrzymywała, że czarownicy, o których mi opowiadała, początkowo przekazywali wiedzę swym biologicznym potomkom lub wybranym osobom, lecz rezultaty były katastrofalne. Zamiast utrwalać tę wiedzę, ci nowi czarownicy wybrani na drodze arbitralnego faworytyzmu zmyślali, by umocnić własną pozy ej ę. W końcu zostali zniszczeni, przez co ich wiedza niemal wyginęła. Tych paru czarowników, którzy przeżyli postanowiło nie przekazywać swej wiedzy potomkom lub wybranym ludziom, lecz osobom wybranym przez bezosobową siłę, którą nazywali duchem.

– A to nas sprowadza do ciebie – obwieściła Esperanza. – Czarownicy z dawnych c/asów zdecydowali, że zakwalifikują się tylko najstaranniej wybrani. Ty zostałaś nam wskazana. I oto jesteś! Masz naturalną umiejętność śnienia. Dokąd się stąd udasz zależy od sił, które nami rządzą. Nie zależy to od ciebie. Ani od nas, oczywiście. Ty możesz się tylko zgodzić albo odmówić.

Z żaru w jej głosie i błysku w oku wywnioskowałam, że podała mi to wyjaśnienie z całkowitą powagą. To właśnie dzięki tej powadze nie roześmiałam się na głos. Poza tym byłam zbyt wyczerpana.

Koncentracja umysłu, jakiej potrzebowałam, by podążać za jej tokiem myśli, była zbyt wielka. Chciało mi się spać. Zaproponowała, bym rozprostowała nogi, położyła się i odprężyła. Posłuchałam jej tak chętnie, że w końcu usnęłam.

Kiedy otworzyłam oczy, nie miałam pojęcia, ile czasu spałam. Poszukałam wzrokiem uspokajających postaci Esperanzy i innych kobiet. Na patio nie było nikogo oprócz mnie. Nie czułam się jednak osamotniona. Ich obecność w pewien sposób trwała nadal w otaczającej mnie zieleni, czułam się chroniona. Lekki wietrzyk zaszeleścił w liściach. Czułam go na powiekach, ciepły i delikatny. Owiał mnie, po czym przesunął się po mnie jak po pustyni, szybko i bezszelestnie.

Ze wzrokiem utkwionym w płytach podłogi obeszłam patio, usiłując rozgryźć ich skomplikowany wzór. Ku memu radosnemu zdumieniu linie prowadziły od jednego plecionego krzesła do drugiego. Próbowałam sobie przypomnieć, kto siedział na którym krześle, lecz choć wytężałam pamięć, niczego sobie nie przypomniałam.

Moją uwagę zwrócił rozkoszny zapach jedzenia przyprawionego cebulą i czosnkiem. Idąc za tym zapachem znalazłam się w kuchni, ogromnym prostokątnym pomieszczeniu. Było równie puste jak patio. A jaskrawe kafelki na ścianie przypomniały mi o wzorze na patio. Nie zaczęłam wyszukiwać podobieństwa, bo odkryłam jedzenie na mocnym drewnianym stole stojącym pośrodku pokoju. Zakładając, że jedzenie jest dla mnie, usiadłam i wszystko zjadłam. Był to ten sam ostro przyprawiony gulasz, który jadłam na pikniku. Na ciepło był jeszcze lepszy.

Kiedy zebrałam naczynia, żeby włożyć je do zlewu i pozmywać, pod podstawką znalazłam liścik i odręcznie narysowaną mapkę. Były od Delii. Zaproponowała, żebym wróciła do Los Angeles przez Tuscon, gdzie się spotkamy w pewnej kawiarni zaznaczonej na mapce. Dopiero tam, pisała, opowie mi więcej o sobie j swoich przyjaciołach.

IV

Niecierpliwie czekając, co mi Delia ma do powiedzenia o swoich przyjaciołach, wróciłam do Los Angeles przez Tuscon. Do kawiarni dotarłam późnym popołudniem. Jakiś starszy człowiek skierował mnie na puste miejsce na parkingu. Dopiero, kiedy otworzył drzwi, uświadomiłam sobie, kto to.

– Mariano Aureliano! – wykrzyknęłam. – Co za niespodzianka. Tak się cieszę, że cię widzę. Co ty tu robisz?

– Czekałem na ciebie – powiedział. – Więc mój przyjaciel i ja zajęliśmy ci miejsce. Kątem oka dostrzegłam tęgiego Indianina prowadzącego starego, czerwonego pic-kupa. Zwolnił miejsce, kiedy wjeżdżałam na parking.

– Delia niestety nie mogła na ciebie zaczekać – powiedział Mariano Aureliano przepraszającym tonem. – Musiała nieoczekiwanie wyjechać do Oaxaca. – Uśmiechnął się szeroko i dodał: – Jestem tu w jej imieniu. Mam nadzieję, że ci wynagrodzę jej nieobecność.

– Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę – powiedziałam szczerze. Byłam przekonana, że on lepiej niż Delia pomoże mi zrozumieć, co się ze mną działo w ciągu minionych paru dni. – Esperanza wyjaśniła mi, że znajdowałam się w jakimś transie, kiedy was poznałam – dodałam.

– Tak powiedziała? – spytał nieobecnym tonem.

Jego głos, postawa, sposób bycia tak się różniły od tego, co zapamiętałam, że ciągle się na niego gapiłam z nadzieją, że odkryję, co takiego się zmieniło. Ostre rysy twarzy zupełnie straciły swoją ostrość. Byłam jednak tak pochłonięta własnymi myślami, że nie poświęciłam temu więcej uwagi.

– Esperanza zostawiła mnie samą w domu – ciągnęłam. – Wyjechały bez pożegnania. Ale nie obraziłam się – dodałam czym prędzej. – Chociaż zazwyczaj jestem urażona, kiedy ktoś zachowuje się niegrzecznie.

-Och, naprawdę?! – wykrzyknął, jakbym powiedziała coś niezwykle znaczącego.

Obawiając się, że może uznać za zniewagę to, co mówiłam o jego przyjaciołach, natychmiast zaczęłam tłumaczyć, że naprawdę nie chciałam powiedzieć, że Esperanza i pozostałe kobiety zachowały się nieładnie.

– Wręcz przeciwnie, były bardzo miłe i uprzejme – zapewniłam go. Już miałam wyjawić, co mi powiedziała Esperanza, lecz powstrzymał mnie jego nieruchomy wzrok. Nie było w nim gniewu czy groźby. Było to świdrujące spojrzenie, które przewiercało się przez wszelkie moje wymówki. Byłam pewna, że przenikał wzrokiem ten bałagan, jaki teraz panował w moim umyśle.


Odwróciłam wzrok, by ukryć zdenerwowanie, po czym powiedziałam lekkim, niemal żartobliwym tonem, że naprawdę nie ma dla mnie żadnego znaczenia to, że zostawiono mnie w domu samą.

– Byłam zaintrygowana tym, że znałam każdy zakamarek w tym domu – wyznałam, po czym urwałam na chwilę, zastanawiając się, jakie wrażenie wywarły na nim moje słowa. On jednak dalej się we mnie wpatrywał. – Poszłam do łazienki i uświadomiłam sobie, że już tam kiedyś byłam – ciągnęłam. – Nie było tam żadnych luster. Przypomniałam sobie każdy szczegół, zanim tam weszłam. Wtedy mi się przypomniało, że w całym domu nie ma ani jednego lustra. Obeszłam więc wszystkie pokoje i rzeczywiście nie znalazłam luster. – Zauważywszy, że nadal nie reaguje, dodałam, że słuchając radia w drodze do Tuscon uświadomiłam sobie, że jest dzień później niż mi się wydawało. – Musiałam chyba przespać cały dzień – dokończyłam spiętym głosem.

– Nie przespałaś całego dnia – obojętnie stwierdził Mariano Aureliano. – Obeszłaś cały dom i długo z nami rozmawiałaś, zanim usnęłaś jak zabita.

Roześmiałam się. Mój śmiech był na granicy histerii, on jednak najwyraźniej tego nie zauważył. Również się roześmiał, więc się rozluźniłam.

– Nigdy nie śpię jak zabita – wyjaśniłam pośpiesznie. – Mam wyjątkowo lekki sen. Milczał, a kiedy się w końcu odezwał, jego głos brzmiał poważnie.

– Nie pamiętasz, jak byłaś ciekawa, w jaki sposób te kobiety się ubierają i czeszą bez przeglądania się w lustrze?

Nie przychodziła mi do głowy żadna odpowiedź, a on ciągnął:

– Nie pamiętasz, jakie ci się to wydało dziwne, że nie znalazłaś na ścianach żadnych obrazów i że nie było tam...

– Nie przypominam sobie, żebym z kimkolwiek rozmawiała – przerwałam mu w pół zdania. Potem spojrzałam na niego ostrożnie myśląc, że być może chcąc mnie otumanić mówi, że rozmawiałam ze wszystkimi, chociaż w rzeczywistości nie zdarzyło się nic w tym rodzaju.

– To, że sobie nie przypominasz nie oznacza, że nie miało to miejsca – powiedział lakonicznie.

Żołądek mimowolnie mi się ścisnął. Uraził mnie nie jego ton, lecz fakt, że odpowiedział na moje myśli.

Pewna, że jeżeli będę coś mówić, rozwieję swe rosnące obawy, zaczęłam się długo i zawile rozwodzić nad tym, co czuję. Przytoczyłam to, co się wydarzyło. W kolejności wydarzeń powstały luki, kiedy próbowałam zrekonstruować wszystko, co się wydarzyło pomiędzy sesją uzdrawiania, a podróżą do Tucson, podczas której uświadomiłam sobie, że gdzieś mi się zapodział cały jeden dzień.

– Wy mi coś robicie, coś dziwnego i niebezpiecznego – zakończyłam, czując przez chwilę święte oburzenie.

– Jesteś głuptasem – stwierdził Mariano Aureliano i po raz pierwszy się uśmiechnął. – Jeżeli coś jest dziwne i niebezpieczne to tylko dlatego, że jest dla ciebie nowe. Jesteś silną kobietą. Prędzej czy później zrozumiesz.

Zirytowało mnie słowo kobieta. Wolałabym, żeby powiedział dziewczyna. Przywykła do tego, że zawsze jestem proszona o okazywanie dokumentów stwierdzających, że skończyłam szesnaście lat, nagle poczułam się staro.

– Młodość musi być tylko w oczach patrzącego – powiedział, jakby znowu czytał w moich myślach. – Ten, kto na ciebie patrzy, musi widzieć twoją młodość, ener-•– ale ty sama nie powinnaś uważać się za małolatę. Musisz być niewinna, nie będąc niedojrzałą.

Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie mogłam znieść jego słów. Chciało mi siępłakać, nie z poczucia krzywdy, lecz z przygnębienia. Nie wiedząc, co robić, zaproponowałam, żebyśmy coś zjedli.

– Umieram z głodu – powiedziałam, starając się, by zabrzmiało to pogodnie.

-Nieprawda – zaprzeczył autorytatywnie. – Próbujesz tylko zmienić temat.

Przestraszona jego tonem i słowami, spojrzałam na niego, strwożona. Moje zdziwienie szybko przeszło w gniew. Byłam nie tylko głodna, ale też wykończona i zesztywniała po długiej jeździe. Miałam ochotę wrzasnąć i wyładować na nim cały swój gniew i frustrację, lecz jego wzrok nie pozwolił mi się ruszyć. Było coś gadziego w tych nie mrugających, płonących oczach. Przez chwilę pomyślałam, że mnie połknie – tak jak wąż połyka zahipnotyzowanego, bezbronnego ptaka.

Mieszanina lęku i gniewu urosła do takich rozmiarów, że poczułam jak krew napływa mi do twarzy. Po jego lekko uniesionych brwiach domyśliłam się, że moja twarz zrobiła się purpurowa. Od najwcześniejszego dzieciństwa cierpiałam na straszliwe napady złości. W takich chwilach wszyscy tylko starali się mnie uspokoić, nikt nigdy nie próbował powstrzymać tych moich ataków, więc pogrążałam się w nich aż przekształcały się w potwornych rozmiarów ataki histerii. Ataków tych nigdy nie powodowało to, że nie dostawałam tego, co chciałam, lecz zniewagi – prawdziwe lub wyimaginowane – pod moim adresem.

Jednakże okoliczności tej chwili spowodowały, że zawstydziłam się z powodu tego przyzwyczajenia. Podjęłam świadomą próbę zapanowania nad sobą, co pochłonęło niemal całą moją energię, ale się uspokoiłam.

– Przez cały dzień, którego teraz nie pamiętasz, byłaś z nami – ciągnął Mariano Aureliano, najwyraźniej nie zaniepokojony moimi zmianami nastroju. – W tym czasie byłaś komunikatywna i żywo reagowałaś. Co było dla nas wielce zadowalające. Kiedy śnisz jesteś o wiele lepszą istotą, bardziej atrakcyjną, bardziej obrotną. Pozwoliłaś nam dogłębnie się poznać.

Od tych słów miałam mętlik w głowie. Nigdy nie dawałam sobie dmuchać w kaszę, siałam się ekspertem w wykrywaniu znaczenia ukrytego za słowami. Słowa “poznać mnie dogłębnie" niezmiernie mnie niepokoiły, zwłaszcza “dogłębnie". Pomyślałam, że może to oznaczać tylko jedno i natychmiast odrzuciłam tę myśl jako niedorzeczną.

Tak mnie pochłonęły własne rozważania, że już nie zwracałam uwagi na to, co mówi. Dalej opowiadał mi o dniu, który gdzieś mi się zapodział, lecz jego słowa wpadały mi jednym uchem, a wypadały drugim. Chyba patrzyłam na niego zupełnie pustym wzrokiem, bo ni z tego, ni z owego przestał mówić.


pr

– Nie słuchasz – upomniał mnie surowo.

– Co mi zrobiliście, kiedy byłam w transie? – odszczeknęłam. Nie było to pytanie, raczej oskarżenie.

Wystraszyły mnie własne słowa, bo nie były przemyślane. Po prostu wypsnęły mi się niekontrolowane. Mariano Aureliano był jeszcze bardziej zdziwiony. Zaszokowany wytrzeszczył oczy, po czym niemal zakrztusił się od śmiechu.

– My nie wykorzystujemy dziewczynek – zapewnił mnie. Nie tylko mówił szczerze, ale wręcz wyglądał na urażonego moim oskarżeniem. – Esperanza powiedziała ci, kim jesteśmy. Jesteśmy bardzo poważnymi ludźmi – podkreślił, po czym dodał ironicznie: – 1 mamy bardzo poważne zamiary.

– Jakie zamiary? – spytałam zaczepnie. – Esperanza nie powiedziała mi, czego ode mnie chcecie.

– Na pewno powiedziała – odparował z taką pewnością siebie, że przez chwilę zastanawiałam się, czy nie podsłuchiwał naszej rozmowy na patio. Nie darowałabym mu tego. – Esperanza powiedziała ci, że zostałaś nam przeznaczona – ciągnął. – 1 teraz tak samo się tym kierujemy, jak ty kierujesz się strachem.

– Nie kieruję się niczym ani nikim! – krzyknęłam, zupełnie zapominając, że nie powiedział, czego ode mnie chcą.

Absolutnie nie zrażony moim gniewem powiedział, że Esperanza bardzo dokładnie mi wyjaśniła, że zobowiązali się od tej pory mnie wychowywać.

– Wychowywać mnie! – ryknęłam. – Zwariowałeś. Dostałam już wszelkie wychowanie, jakiego potrzebowałam!

Ignorując mój wybuch, wytłumaczył, że ich zaangażowanie jest absolutne i czy to rozumiem, czy też nie, nie ma dla nich najmniejszego znaczenia.

Gapiłam się na niego, nie potrafiąc ukryć przerażenia. Nigdy dotąd nie słyszałam, żeby ktoś wyrażał się z tak nieodpartą obojętnością, a jednocześnie z taką troską. Próbując ukryć lęk, spróbowałam natchnąć głos odwagą, do której mi było daleko, gdy spytałam:

– Co implikujesz mówiąc, że zamierzacie mnie wychowywać?

– Tylko to, co słyszysz – odparł. – Zobowiązaliśmy się cię poprowadzić.

– Ale dlaczego? – spytałam, jednocześnie przestraszona i zaciekawiona. – Nie rozumiesz, że nie potrzebuję przewodnika, że nie chcę...

Moje słowa utonęły w radosnym śmiechu Mariano Aureliano.

– Z pewnością potrzebujesz przewodnika. Esperanza już ci pokazała, jak mało znaczące jest twoje życie. – Spodziewając się mojego kolejnego pytania, ruchem ręki dał mi znak, bym była cicho. – Jeśli zaś chodzi o to, dlaczego ty, a nie kto inny, to już ci wytłumaczyła, że to duch nam powiedział, kogo powinniśmy poprowadzić. Duch nam wskazał, że to powinnaś być ty.

– Chwileczkę, Mariano Aureliano – zaprotestowałam. – Naprawdę nie chcę być niegrzeczna czy niewdzięczna, ale musisz zrozumieć, że nie szukam pomocy. Nie chcę, żeby mnie ktoś prowadził, chociaż pewnie tego potrzebuję. Już sama myśl o tym jest dla mnie okropna. Rozumiesz, co mam na myśli? Wyrażam się jasno?

– Tak i wiem, co masz na myśli – zawtórował mi, cofając się przed moim oskarży-cielskim palcem. – Ale właśnie dlatego, że niczego nie potrzebujesz, jesteś najbardziej odpowiednią kandydatką.

– Kandydatką?! – wrzasnęłam, wkurzona jego uporem. Rozejrzałam się, zastanawiając się, czy usłyszeli mnie ludzie wchodzący do kawiarni i wychodzący z niej. – Co to ma być?! – Dalej się darłam. – Ty i twoi towarzysze to banda świrusów. Dajcie mi święty spokój, słyszysz? Nie potrzebuję was ani nikogo innego.

Ku memu zdziwieniu i niezdrowemu zadowoleniu, Mariano Aureliano w końcu stracił swą cierpliwość i zaczął mi wymyślać, jak to kiedyś robił mój ojciec i bracia. Ledwo panując nad głosem, który nie był na tyle głośny, by go słyszał ktoś poza nami, rzucał mi obelgi. Nazwał mnie głupią i zepsutą. A potem, jakby te zniewagi tylko go bardziej rozochociły, powiedział coś niewybaczalnego. Wykrzyczał jednym tchem, że jedynym majątkiem, jaki posiadam, jest to, że urodziłam się jako niebieskooka blondynka w kraju, gdzie jasne włosy i niebieskie oczy są czczone i wielbione.

– Nigdy nie musiałaś o nic walczyć – zapewnił mnie. – Kolonialna mentalność cholos twojego kraju sprawiła, że traktowano cię jako naprawdę zasługującą na specjalne traktowanie. Przywilej oparty na blond włosach i niebieskich oczach to najgłupszy przywilej, jaki tylko może być.

Aż pośmiałam z wściekłości. Nigdy z założonymi rękoma nie przyjmowałam zniewag. Lata awantur w domu i nadzwyczaj soczyste przekleństwa, jakich się nauczyłam w dzieciństwie na ulicach Caracas – i których nigdy nie zapomniałam – opłaciły się tego popołudnia. Wykrzyczałam prosto w twarz Mariano Aureliano takie rzeczy, jakich się wstydzę do tej pory.

Byłam tak rozjuszona, że nie zauważyłam, że podszedł do nas tęgawy Indianin, który prowadził pickupa. Uświadomiłam sobie jego obecność dopiero wtedy, gdy usłyszałam jego głośny śmiech. On i Mariano Aureliano dosłownie tarzali się po ziemi, trzymając się za brzuchy i rechocząc.

– Co was tak bawi?! – wrzasnęłam i odwróciłam się do Indianina. Jego też obrzuciłam wyzwiskami.

– Co za ordynarna kobieta – powiedział doskonałym angielskim. – Gdybym był twoim tatą, porządnie natarłbym ci uszu.

– A kto ci kazał wtykać nos nie w swoje sprawy, ty spaślaku? – I w ślepej furii kopnęłam go w goleń.

Ryknął z bólu i rzucił przekleństwo pod moim adresem.

Już miałam go ugryźć w rękę, kiedy Mariano Aureliano chwycił mnie od tyłu i rzucił do góry.

Czas stanął w miejscu. Mój upadek był tak powolny, tak niezauważalny, że wydawało mi się, że całą wieczność wisiałam w powietrzu. Nie wylądowałam na ziemi z połamanymi kośćmi, jak się tego spodziewałam, lecz w ramionach tęgiego Indianina. Nawet się nie zachwiał, tylko mnie złapał, jakbym ważyła nie więcej od poduszki, dziewięćdziesięciupięciofuntowej poduszki. Widząc złośliwy błysk w jego oku


byłam pewna, że znowu mnie rzuci w powietrze. Musiał wyczuć mój lęk, bo uśmiechnął się i delikatnie mnie postawił.

Wyzuta z wszelkiego gniewu i siły, oparłam się o samochód i zaczęłam szlochać.

Mariano Aureliano objął mnie i pogłaskał po głowie i ramionach – jak mój ojciec, kiedy byłam mała. Uspokajającym szeptem zapewnił mnie, że w ogóle go nie zdenerwowały te plugastwa, które mu wykrzyczałam prosto w twarz.

Od poczucia winy i rozżalenia zaczęłam szlochać jeszcze bardziej.

Z rezygnacją pokręcił głową, chociaż z jego oczu biła uciecha. Potem, najwyraźniej chcąc mnie rozbawić, przyznał się, że wciąż nie może uwierzyć, że znam, już nie mówiąc o używaniu, takie brzydkie słowa.

– No, ale język jest po to, by go używać. – Zamyślił się. – A brzydkich słów trzeba używać, kiedy okoliczności do tego zmuszają.

Wcale mnie to nie rozśmieszyło. A kiedy minęła fala rozżalenia, co do mnie podobne zaczęłam zastanawiać się nad jego stwierdzeniem, że moim jedynym majątkiem są blond włosy i niebieskie oczy.

Chyba dałam mu do zrozumienia, jakie są mój e uczucia, bo zapewnił mnie, że powiedział to tylko po to, by mnie zdenerwować i że nie ma w tym ani krzty prawdy. Wiedziałam, że kłamie. Przez chwilę poczułam się w dwójnasób urażona, potem jednak uświadomiłam sobie, że moje mechanizmy obronne zostały zniszczone. Zgodziłam się z nim. Miał rację we wszystkim, co powiedział. Jednym gestem rozpracował mnie, zniszczył moją tarczę ochronną, że tak powiem. Nikt, nawet najgorszy wróg, nie mógłby mi zadać tak precyzyjnego i niszczącego ciosu. A jednak, choć mogłam mieć na jego temat najgorsze zdanie, Mariano Aureliano nie był moim wrogiem.

Na tę myśl aż mi się zakręciło w głowie. Zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła coś we mnie kruszyła: wizerunek samej siebie. Coś, co do tej pory dodawało mi sił, teraz mi je odbierało.

Mariano Aureliano wziął mnie za rękę i podprowadził do kawiarni.

– Zawrzyjmy przymierze – powiedział jowialnie. – Chciałbym cię prosić o pewną przysługę.

– Twoje słowo jest dla mnie rozkazem – odparłam, próbując wpaść w jego ton.

– Zanim tu przyjechałaś, wszedłem do tej kawiarni na kanapkę, ale dosłownie nie chcieli mnie obsłużyć. Kiedy się poskarżyłem, kucharz mnie wyrzucił. – Spojrzał na mnie z przygnębieniem i dodał: – Tak bywa, kiedy się jest Indianinem.

– Złóż skargę kierownikowi na tego kucharza! – wykrzyknęłam w słusznym gniewie, już całkiem i w zupełnie tajemniczy sposób zapominając o własnym wzburzeniu.

– To by nic nie dało – wyznał Mariano Aureliano. Stwierdził, że pomogę mu tylko wtedy, jeśli sama pójdę do kawiarni, usiądę za barem, zamówię jakieś wykwintne danie i wrzucę do niego martwą muchę.

-1 obwinie o to kucharza – dokończyłam za niego. Cały plan brzmiał tak absurdalnie, że się roześmiałam. Kiedy jednak zobaczyłam, że rzeczywiście oczekuje tego ode mnie, obiecałam, że spełnię jego prośbę.

– Zaczekaj tutaj – powiedział Mariano Aureliano, po czym razem z tęgim Indianinem – którego jeszcze mi nie przedstawił– skierował się do starego, czerwonego pickupa zaparkowanego na ulicy. Wrócili po paru chwilach. – A przy okazji – powiedział Mariano Aureliano – ten tutaj to John. Jest Indianinem z plemienia Yuma w Arizonie.

Miałam ochotę go spytać, czy on też jest szamanem, ale Mariano Aureliano mnie ubiegł.

– Jest najmłodszy w naszej grupie – powiedział. Chichocząc nerwowo wyciągnęłam rękę i powiedziałam:

– Miło mi cię poznać.

-1 mnie również – odparł John głębokim, dźwięcznym głosem i gorąco uścisnął mi dłoń. – Mam nadzieję, że już nigdy się nie pobijemy. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Chociaż nie był zbyt wysoki, biła z niego witalność i siła olbrzyma. Nawet jego duże, białe zęby zdawały się niezniszczalne.

John żartobliwie pomacał moje bicepsy.

– Zakładam się, że jednym uderzeniem powaliłabyś każdego faceta – powiedział. Zanim zdążyłam przeprosić za kopnięcia i zniewagi, Mariano Aureliano wcisnął mi w dłoń jakieś pudełeczko.

– Mucha – szepnął. – John proponuje, żebyś to założyła – dodał, wyjmując z torby czarną perukę całą w lokach. – Nie martw się, jest nowiutka – zapewnił mnie, wciągając mi perukę na głowę. Potem odsunął mnie na wyciągnięcie ręki i przyjrzał mi się krytycznie. – Nieźle – orzekł, upychając pod peruką moje długie, jasne włosy. – Nie chcę, żeby cię ktoś rozpoznał.

– Nie muszę się przebierać – zapewniłam go. – Uwierz mi na słowo, nie znam nikogo w Tuscon. – Przekręciłam boczne lusterko w samochodzie i przejrzałam się w nim. – Nie mogę tak tam pójść – zaprotestowałam. — Wyglądam jak pudel.

Mariano Aureliano spoglądał na mnie z irytującym rozbawieniem, poprawiając jakieś niesforne loki.

– Nie zapominaj, że masz usiąść przy barze i wydrzeć się w niebogłosy, kiedy znajdziesz muchę w jedzeniu.

– Dlaczego?

Spojrzał na mnie, jakbym była półgłówkiem.

– Musisz zwrócić na siebie uwagę i upokorzyć kucharza – powiedział.

Kawiarnia pełna była ludzi, którzy przyszli na wczesną kolację. Mimo to wkrótce znalazłam miejsce przy barze i przyszła do mnie sterana życiem, lecz przyjaźnie nastawiona stara kelnerka.

Za okienkiem do wydawania posiłków stał, na wpół schowany, kucharz. Podobnie J&kjego dwóch pomocników wyglądał na Meksykanina lub Amerykanina z domieszką wwi meksykańskiej. Tak pogodnie wykonywał swą pracę, że byłam pewna, że to nie-Sroźny, niezdolny do złośliwości człowiek. Kiedy jednak pomyślałam ° starym Indianinie czekającym na mnie na parkingu, nie poczułam żadnych wyrzutów sumienia, kiedy wysypałam zawartość małego pudełka zapałek – tak ukradkowo


i szybko, że nie zauważyli tego nawet moi sąsiedzi – na doskonale wysmażonego hamburgera, którego zamówiłam.

Mój pełen wstrętu okrzyk był nie udawany, kiedy ujrzałam ogromnego, martwego karalucha na swoim talerzu.

– Co się stało, złotko? – kelnerka spytała, zaniepokojona.

– Czy ten kucharz spodziewa się, że to zjem? – poskarżyłam się. Nie musiałam udawać gniewu. Byłam oburzona, nie na kucharza, lecz na Mariano Aureliano. – Jak mógł mi zrobić coś takiego? – spytałam podniesionym głosem.

– To jakiś straszny przypadek – kelnerka zaczęła się tłumaczyć przed dwoma zaciekawionymi i zaniepokojonymi klientami koło mnie. Pokazała talerz kucharzowi.

– Fascynujące! – powiedział kucharz głośno i wyraźnie. Z zamyśleniem pocierając brodę, przyglądał się jedzeniu. Bynajmniej się nie zdenerwował. Podejrzewałam, że śmieje się ze mnie. – Ten karaluch albo spadł z sufitu – zastanawiał się, z wielkim zainteresowaniem wpatrując się w moją głowę – albo z jej peruki.

Zanim zdążyłam się oburzyć i usadzić kucharza na miejscu, zaproponował mi inną pozycję w menu.

– Na koszt firmy – obiecał.

Zamówiłam stek i pieczonego ziemniaka, które niemal natychmiast mi podano. Kiedy polewałam jakimś sosem sałatę, którą zawsze jem na końcu, znalazłam ogromnej wielkości pająka, który wypełzł spod jej liścia. Byłam tak zaszokowana tą oczywistą prowokacją, że nawet nie krzyknęłam. Podniosłam wzrok. Zza okienka machał do mnie kucharz, uśmiechając się promiennie.

Mariano Aureliano czekał na mnie niecierpliwie.

– Co się stało? – spytał.

– Ty i ten twój obrzydliwy karaluch! – wyrzuciłam z siebie, po czym dodałam z urazą: – Nic się nie stało. Kucharz wcale się nie przejął. Niesamowicie się ucieszył, oczywiście moim kosztem. Tylko ja się przejęłam. Nakłaniana, zdałam Mariano Aureliano szczegółowe sprawozdanie z tego, co zaszło. Im więcej mówiłam, tym bardziej był zadowolony. Zdezorientowana jego reakcją, rzuciłam mu gniewne spojrzenie.

– Co cię tak bawi? – spytałam.

Próbował zachować poważną minę, ale usta mu drżały. Cichy chichot przerodził się w głośny, radosny rechot.

– To niemożliwe, żebyś brała siebie tak poważnie – złajał mnie. – Jesteś doskonałą śniącą, ale aktorka z ciebie żadna.

– Teraz nie gram. I z pewnością wtedy też nie grałam – powiedziałam defensywnie wysokim, przenikliwym głosem.

– Chciałem powiedzieć, że liczyłem na twoją umiejętność bycia przekonującą – powiedział. – Miałaś sprawić, by kucharz uwierzył w coś, co nie było prawdą. Naprawdę wydawało mi się, że ci się to uda.

– Jak śmiesz mnie krytykować! – krzyknęłam. – Przez ciebie zrobiłam z siebie idiotkę, a ty mówisz, że nie umiem grać! – Ściągnęłam perukę i cisnęłam ją w jego stronę. – Teraz na pewno dostaniesz wszy.

Ignorując mój wybuch, Mariano Aureliano powiedział, że Florinda już go uprzedziła, że nie potrafię udawać.

– Musieliśmy się upewnić, żeby cię umieścić w odpowiedniej kategorii – dodał spokojnie. – Czarownicy to śniący, lub myśliwi. Niektórzy należą do obu kategorii.

– O czym ty mówisz? Co to za bzdury z tymi śniącymi i myśliwymi?

– Śniący zajmują się snami – wyjaśnił łagodnie. – Czerpią swą siłę, mądrość, ze snów. Myśliwi zaś zajmują się ludźmi, otaczającym nas światem. Czerpią swą mądrość, siłę z kontaktów z innymi ludźmi.

– Najwyraźniej w ogóle mnie nie znasz – powiedziałam szyderczo. – Mój e relacj e z ludźmi są doskonałe.

-Nie, nieprawda – zaprzeczył. – Sama mówiłaś, że nie umiesz rozmawiać. Świetnie kłamiesz, ale tylko po to, żeby dostać to, czego chcesz. Twoje kłamstwa są zbyt konkretne, zbyt osobiste. A wiesz, dlaczego? – Urwał na chwilę, jakby chciał mi dać czas na odpowiedź. Zanim jednak wymyśliłam jakąkolwiek odpowiedź, dodał: – Dlatego, że dla ciebie wszystko jest albo czarne albo białe, nie rozróżniasz odcieni. I nie mówię tego w kategoriach moralności, ale wygody. To znaczy twojej wygody. Prawdziwa despotka. – Mariano Aureliano i John wymienili spojrzenia, obaj rozprostowali ramiona, strzelili obcasami, po czym zrobili coś niewybaczalnego. Wznieśli ręce w faszystowskim pozdrowieniu i powiedzieli: – Mein Fuehrer!

Im bardziej się śmiali, tym większy stawał się mój gniew. Czułam, jak krew szumi mi w uszach i napływa do twarzy. I tym razem nie zrobiłam nic, by się uspokoić. Zaczęłam kopać samochód i walić rękoma o dach.

Obaj mężczyźni, zamiast mnie uspokoić – jak by to z pewnością uczynili moi rodzice czy przyjaciele – stali tylko, śmiejąc się, jakbym odgrywała przed nimi prze-śmieszne przedstawienie.

Ich obojętność, kompletny brak troski o mnie były tak szokujące, że mój gniew sam zgasł. Nigdy jeszcze nie byłam tak ignorowana. Miałam mętlik w głowie. W końcu sobie uświadomiłam, że nie został mi już żaden wybieg. Aż do tego dnia nie wiedziałam, że jeżeli świadek mojego ataku histerii nie okaże żadnej troski, nie będę wiedziała, co zrobić.

– Chyba jest zdezorientowana – Mariano Aureliano powiedział do Johna. – Nie We, co robić. – Otoczył ramionami tęgiego Indianina i dodał cicho, lecz na tyle głośno, bym usłyszała: – Teraz się rozpłacze, a wtedy będzie się zalewała łzami, aż zaczniemy ją pocieszać. Nie ma nic bardziej męczącego od rozpieszczonej cipki.

Tego już było za wiele. Jak ranny byk opuściłam głowę i zaatakowałam Mariano Aureliano.

Był tak zaskoczony moim nagłym, wściekłym atakiem, że prawie stracił równowagę. Dzięki temu miałam dość czasu, by zatopić zęby w mięsistej części jego brzucha. Wydał z siebie ryk, będący połączeniem bólu i śmiechu.

John chwycił mnie za nadgarstek i zaczął ciągnąć. Tak zaciskałam zęby, że puściła

J&oja częściowa proteza. Kiedy miałam trzynaście lat wybiłam sobie dwa przednie zęby w

Uatyce między wenezuelskimi i niemieckimi uczniami w niemieckim liceum w Caracas.


Obaj mężczyźni zawyli ze śmiechu. John pochylił się nad bagażnikiem mojego volkswagena i trzymając się za brzuch zaczął walić dłońmi w samochód.

– Ona ma przerwę między zębami jak futbolista! – krzyknął między kolejnymi napadami śmiechu.

Ogarnął mnie niewypowiedziany wstyd. Byłam tak mocno roztrzęsiona, że kolana się pode mną ugięły, osunęłam się na chodnik jak szmaciana lalka i po prostu zemdlałam.

Kiedy odzyskałam przytomność, siedziałam w pickupie. Mariano Aureliano masował mi plecy. Z uśmiechem pogłaskał mnie po głowie, po czym mnie przytulił.

Zdziwił mnie mój kompletny brak emocji. Nie byłam ani zawstydzona, ani poirytowana, lecz zrelaksowana, rozluźniona. Ogarnął mnie spokój, pogoda ducha, jakiej nigdy dotąd nie zaznałam. Po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie, że nigdy nie czułam się swobodnie: czy to w samotności, czy w obecności innych ludzi.

– Niezmiernie cię lubimy – powiedział Mariano Aureliano. – Ale musisz się wyleczyć z tych ataków histerii. Inaczej cię zabiją. Tym razem to była moja wina. Muszę cię przeprosić. Rozmyślnie cię sprowokowałem.

Byłam zbyt spokojna, by cokolwiek powiedzieć. Wysiadłam z półciężarówki, by rozprostować ręce i nogi. W łydkach złapały mnie bolesne skurcze.

Po paru chwilach milczenia przeprosiłam obu mężczyzn. Powiedziałam im, że łatwiej tracę panowanie nad sobą, odkąd zaczęłam nałogowo pić coca-colę.

– W takim razie przestań ją pić – zasugerował Mariano Aureliano. Potem kompletnie zmienił temat i zaczął gawędzić, jakby nic się nie stało. Powiedział, że niezwykle się cieszy, że się do nich przyłączyłam.

– Naprawdę? – spytałam, nic nie rozumiejąc. – Przyłączyłam się do was?

– Tak! – powiedział z naciskiem. – Któregoś dnia wszystko to zacznie mieć dla ciebie sens. – Wskazał na stado wron kraczących nad nami. – Wrony to dobry znak. Spójrz, jak cudownie wyglądają. Są jak obraz na niebie. Ich pojawienie się to znak, że znowu się spotkamy.

Patrzyłam na ptaki, aż odleciały i zniknęły mi z oczu. Kiedy się odwróciłam, żeby spojrzeć na Mariano Aureliano, już go nie było. Pickup odjechał bezszelestnie.

V

Nie zważając na drapiące krzaki, popędziłam za psem, który przemykał się przez krzewy szałwi z lekkomyślną szybkością. Wkrótce straciłam z oczu jego złote futro lśniące wśród wonnych dzikich krzewów i podążyłam za szczekaniem, coraz bardziej cichnącym w oddali.

Niespokojnie spojrzałam na gęstą mgłę nadciągającą w moją stronę. Zamknęła się wokół miejsca, gdzie stałam i w parę chwil przestałam widzieć niebo. Popołudniowe słońce, niczym przyćmiona kula ognia, było ledwo widoczne. A cudowny widok Zatoki Santa Monica, teraz bardziej istniejącej w mojej wyobraźni niż widocznej z gór Santa Susana, zniknął z niewiarygodną szybkością.

Nie martwiłam się, że pies się zgubi. Ja jednak nie miałam pojęcia, gdzie znaleźć odosobnione miejsce, które moi przyjaciele wybrali na piknik. Albo gdzie się podział szlak, po którym goniłam psa.

Zrobiłam parę niepewnych kroków w jakimś ogólnym kierunku, w którym pobiegł pies, kiedy coś mnie zatrzymało. Zobaczyłam, że z góry, przez jakąś szczelinę we mgle padają na mnie maleńkie punkciki światła. Spadały jeden po drugim niczym płomyki uwiązane na sznurku. Światełka drżały i wibrowały w powietrzu, a gdy już-już miały mnie dotknąć, zniknęły, jakby je połknęła otaczająca mnie mgła.

Ponieważ zniknęły zaledwie parę stóp ode mnie, przysunęłam się bliżej do tego miejsca, chcąc zbadać ten niezwykły widok. Po paru chwilach intensywnego wpatrywania się w mgłę dostrzegłam ciemne ludzkie sylwetki sunące w powietrzu dwie trzy stopy nad ziemią, poruszające się tak, jakby na palcach szły po chmurach. Jedna za drugą sylwetki te przycupnęły w kręgu. Zrobiłam jeszcze parę niezdecydowanych kroków, po czym zatrzymałam się, gdy mgła zgęstniała i je wchłonęła.

Znieruchomiałam, nie wiedząc, co robić. Czułam niesamowity strach. Nie taki, jaki znam, ale strach w ciele, w brzuchu, taki strach, jaki muszą odczuwać zwierzęta. Nie wiem, jak długo tam stałam. Kiedy mgła się przerzedziła na tyle, że mogłam się przez nią przebić wzrokiem, po swojej lewej stronie, jakieś pięćdziesiąt stóp dalej, ujrzałam dwóch mężczyzn siedzących w kucki na ziemi. Szeptali coś między sobą. Dźwięk ich głosów zdawał się mnie otaczać spowity jakby w małe spłachetki mgły przypominające kłębki bawełny. Nie rozumiałam, co mówią, ale uspokoiłam się, kiedy pochwyciłam parę pojedynczych słów. Mówili po hiszpańsku.

– Zabłądziłam! – krzyknęłam po hiszpańsku.

Mężczyźni odwrócili się powoli, z wahaniem i niedowierzaniem, jakby zobaczyli ducha. Obróciłam się myśląc, że może za mną stoi ktoś, kto spowodował tak dramatyczną reakcję. Za mną jednak nie było nikogo.

Szczerząc zęby w uśmiechu jeden z mężczyzn wstał, rozprostował kończyny, aż mu trzasnęło w stawach, po czym kilkoma dużymi krokami pokonał dzielącą nas odległość. Był młody, niski i atletycznie zbudowany, miał umięśnione ramiona i dużą głowę. Z jego ciemnych oczu biło rozbawienie i ciekawość.

Powiedziałam mu, że wędrowałam z przyjaciółmi i zabłądziłam, biegnąc za psem.

– Nie mam pojęcia, jak do nich trafić – zakończyłam.

– Tędy nie możesz iść dalej – ostrzegł mnie mężczyzna. – Stoimy na klifie. – Poufałym gestem ujął mnie pod łokieć i zaprowadził na samą krawędź przepaści, nie więcej niż dziesięć stóp od miejsca, w którym stałam. – Mój przyjaciel – powiedział, wskazując na drugiego mężczyznę, który siedział dalej, gapiąc się na mnie – właśnie mi opowiedział, że w dole znajduje się stare indiańskie cmentarzysko, kiedy się pojawiłaś i niemal śmiertelnie nas wystraszyłaś. – Spojrzał na moją twarz, długie, jasne włosy i spytał: – Jesteś Szwedką?

Wciąż oszołomiona tym, co młody mężczyzna powiedział o cmentarzysku, zapa-trzyłam się w mgłę. W normalnych okolicznościach jako studentka antropologii bar-"20 bym chciała dowiedzieć się więcej na temat starego indiańskiego cmentarzyska.

51


Jednakże w tej chwili nic a nic mnie nie obchodziło, czy taki cmentarz rzeczywiście istnieje w tej zamglonej próżni pode mną. Myślałam tylko o tym, że gdyby mojej uwagi nie przyciągnęły te światełka, sama bym się pogrzebała.

– Jesteś Szwedką? – młody mężczyzna ponowił pytanie.

– Tak – skłamałam i od razu tego pożałowałam. Nie wiedziałam, jak naprawić ten błąd, nie tracąc przy tym twarzy.

– Doskonale mówisz po hiszpańsku – pochwalił mnie mężczyzna. – Szwedzi mają niezwykłe ucho do języków.

Chociaż miałam straszne wyrzuty sumienia, nie mogłam nie dodać, że poza talentem językowym u Szwedów istnieje też konieczność uczenia się różnych języków, jeżeli chcą się porozumieć z resztą świata.

– Poza tym – wyznałam – wychowałam się w Ameryce Południowej.

Z jakiegoś dziwnego powodu informacja ta najwyraźniej zdezorientowała mężczyznę. Pokręcił głową jakby z niedowierzaniem, po czym zamilkł na dłuższy czas, pogrążony w myślach. Potem, jakby podjął jakąś decyzję, szybko chwycił mnie za rękę i zaprowadził do drugiego mężczyzny.

Nie byłam nastrojona towarzysko. Chciałam jak najszybciej wrócić do swoich znajomych. Młody mężczyzna sprawił jednak, że poczułam się swobodnie i zamiast poprosić ich, by mnie zaprowadzili na szlak, opowiedziałam im szczegółowo o światełkach i ludzkich sylwetkach, które widziałam.

– Jakie to dziwne, że duch ją oszczędził – wymruczał do siebie siedzący mężczyzna, marszcząc ciemne brwi. Najwyraźniej jednak mówił do swojego towarzysza, który w odpowiedzi wymamrotał coś, czego nie zrozumiałam. Wymienili konspiracyjne spojrzenia, co jeszcze spotęgowało mój niepokój.

– Słucham? – spytałam, zwracając się do siedzącego mężczyzny. – Nie dosłyszałam, co powiedziałeś.

Spojrzał na mnie agresywnie i posępnie.

– Zostałaś ostrzeżona przed niebezpieczeństwem – stwierdził głębokim i dźwięcznym głosem. – Wysłannicy śmierci pospieszyli ci z pomocą.

– Kto? – miałam ochotę spytać, chociaż doskonale go zrozumiałam. Bacznie mu się przyjrzałam. Przez chwilę miałam pewność, że go znam, ale im dłużej na niego patrzyłam, tym bardziej sobie uświadamiałam, że się mylę. Nie mogłam jednak całkowicie odrzucić uczucia, że go znam. Nie był tak młody jak jego towarzysz, ale też nie stary. Z całą pewnością był Indianinem. Miał ciemnobrązową skórę. Jego włosy były atramen-towoczarne, proste i gęste jak szczotka. Jednakże znajomy wydawał mi się nie tylko jego wygląd zewnętrzny: był tak smutny jak to tylko ja potrafię.

Wyglądając na skrępowanego moim spojrzeniem, podniósł się gwałtownie.

– Zaprowadzę cię do twoich przyjaciół – wymamrotał. – Proszę za mną, tylko nie waż się upaść. Przewrócisz się na mnie i zabijesz nas oboje – dodał burkliwie.

– Wiesz, dokąd idziesz? – krzyknęłam za nim głosem ostrym od zdenerwowania. Straciłam orientację – nie żebym normalnie była w tym dobra – ale biegnąc za psem nie uświadamiałam sobie, że wspinam się po wzgórzu.

Mężczyzna się odwrócił. Uśmieszek rozbawienia na chwilę rozjaśnił jego twarz, lecz jego oczy się nie uśmiechały. Kiedy na mnie spojrzał, jego wzrok był mroczny i kamienny.

– Zaprowadzę cię do twoich przyjaciół – powiedział tylko.

Nie podobał mi się, a jednak mu wierzyłam. Nie był zbyt wysoki – miał jakieś pięć stóp i dziesięć cali wzrostu – i miał drobną budowę, lecz jego ciało było masywne i zwarte jak u kogoś umięśnionego. Poruszał się we mgle z nadzwyczajną pewnością siebie, stawiając stopy ze swobodą i gracją.

Młodszy mężczyzna szedł za mną, pomagając mi za każdym razem, kiedy utknęłam. Zachowywał się z troską staroświeckiego dżentelmena. Jego dłonie były silne, piękne i niewiarygodnie miękkie w dotyku. Obdarzony był ogromną siłą. Kilka razy bez wysiłku podniósł mnie nad swoją głowę. Może nie było to jakimś nadzwyczajnym wyczynem, zważywszy na mój ą piórkową wagę, robiło jednak wrażenie, zważywszy, że stał na skalnych występach i był nie więcej niż dwa-trzy cale wyższy ode mnie.

– Powinnaś podziękować wysłannikom śmierci – oznajmił mężczyzna, który prowadził, gdy tylko stanęliśmy na równinie.

-Naprawdę? – spytałam ironicznie. Myśl o dziękowaniu “wysłannikom śmierci" wydawała mi się absurdalna. – Mam paść na kolana? – spytałam między wybuchami śmiechu.

Mężczyzna nie uznał tego za zabawne. Oparł dłonie na biodrach i spojrzał mi prosto w oczy. Na jego wąskiej, ponurej twarzy nie było cienia uśmiechu. Było coś groźnego w jego postawie, w skośnych ciemnych oczach pod szczeciniastymi brwiami biegnącymi jedną linią nad sklepieniem jego ostrego nosa. Odwrócił się ode mnie gwałtownie i odszedł, by usiąść na pobliskiej skale.

-Nie możemy opuścić tego miejsca, dopóki nie podziękujesz wysłannikom śmierci – oznajmił.

Nagle uderzyła mnie myśl, że jestem sama w tym odludnym miejscu. Tonęłam we mgle z dwoma obcymi mężczyznami, z których jeden prawdopodobnie był niebezpieczny. Wiedziałam, że nie ruszy się z miejsca, dopóki nie spełnię jego niedorzecznej prośby. Ku memu zdumieniu zamiast się przestraszyć, zachciało mi się śmiać.

Wszechwiedzący uśmiech na twarzy młodszego mężczyzny wyraźnie świadczył o tym, że mężczyzna wie, co czuję i że jest tym niezmiernie ubawiony.

– Nie musisz aż klękać – powiedział, po czym, nie mogąc już powstrzymać rozbawienia, zaczął się śmiać. Był to ostry, zgrzytliwy dźwięk; potoczył się wokół mnie niczym żwir. Jego zęby były śnieżnobiałe i idealnie równe, jak u dziecka. Na jego twarzy malowała się złośliwość i jednocześnie łagodność. – Wystarczy, że podziękujesz – ponaglił mnie. – Powiedz to. Co masz do stracenia?

– Czuję się głupio – wyznałam, rozmyślnie próbując pozyskać sobie jego sympatię. _ Nie zrobię tego.

– Dlaczego? – spytał pozbawionym krytycyzmu głosem. – To ci zajmie tylko chwilę 1 ~ Powiedział z naciskiem – naprawdę nie będzie bolało. Wbrew sobie zaczęłam chichotać.


– Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić – powtórzyłam. – Już taka jestem. Kiedy ktoś nalega, żebym coś zrobiła, spinam się. i złoszczę.

Ze wzrokiem wbitym w ziemię i brodą opartą na knykciach, młody mężczyzna z zamyśleniem pokiwał głową.

– Faktem jest, że coś cię uchroniło przed zranieniem, a może nawet śmiercią

– powiedział po dłuższej chwili milczenia. – Coś niewytłumaczalnego.

Zgodziłam się z nim. Przyznałam nawet, że jestem tym zdezorientowana. I powiedziałam coś o zjawiskach, które zdarzają się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu.

– Święte słowa – powiedział. Potem wyszczerzył zęby w uśmiechu i śmiało ujął mnie pod brodę. – Ale to nie tłumaczy twojego przypadku – dodał. – Otrzymałaś dar. Możesz nazwać swojego ofiarodawcę zbiegiem okoliczności, przypadkiem, łańcuchem następstw, jak tam sobie chcesz, ale pozostaje fakt, że zaoszczędzono ci bólu, zranienia.

– Może i masz rację – przyznałam. – Powinnam być bardziej wdzięczna.

– Nie bardziej wdzięczna. Bardziej uległa, bardziej elastyczna – powiedział i roześmiał się. Widząc, że ogarnia mnie złość, szeroko rozłożył ręce, jakby chciał objąć otaczającą nas bylicę. Mój przyjaciel uważa, że to co widziałaś, ma jakiś związek z tym indiańskim cmentarzyskiem, które akurat tutaj się znajduje.

– Nie widzę tu żadnego cmentarzyska – powiedziałam defensywnym tonem.

– Trudno je rozpoznać – wyjaśnił, spoglądając na mnie zezem, jakby miał jakieś problemy z oczami. – I to nie mgła je przesłania. Nawet w słoneczne dni widzi się tylko ścieżkę porośniętą bylicą. – Ukląkł i spojrzał na mnie z uśmiechem. – Ale dla wprawnego oka to niezwykle uformowana ścieżka. – Położył się płasko na ziemi na brzuchu, z głową przekręconą na bok i dał mi znak, bym zrobiła to samo.

– Tylko w ten sposób można je zobaczyć wyraźnie – wyjaśnił, gdy położyłam się koło niego. Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie mój przyjaciel, który wie o wielu interesujących i ekscytujących rzeczach.

Początkowo nic nie zobaczyłam, ale wkrótce w gęstym poszyciu zaczęłam rozróżniać pojedyncze kamienie. Ciemne i lśniące, jakby umyte przez mgłę, leżały w kręgu, przypominając bardziej żywe stworzenia.

Stłumiłam w sobie okrzyk, gdy sobie uświadomiłam, że krąg, w jaki zostały ułożone jest dokładnie taki sam jak krąg ludzkich postaci, który widziałam we mgle.

– Teraz naprawdę się boję – wymamrotałam, wiercąc się niespokojnie. – Mówiłam ci, że widziałam ludzkie sylwetki siedzące w kręgu. – Spojrzałam na niego, żeby sprawdzić, czy na jego twarzy maluje się dezaprobata albo szyderstwo i dodałam: – To absurdalne, ale mogłabym przysiąc, że te kamienie to ludzie, których widziałam.

– Wiem – szepnął tak cicho, że musiałam się do niego przysunąć. – Wszystko to jest bardzo tajemnicze – ciągnął. – Mój przyjaciel, który, jak musiałaś to zauważyć, jest Indianinem, mówi, że niektóre indiańskie cmentarzyska, takie jak ten, mają rząd lub krąg z otoczaków. Te otoczaki to wysłannicy śmierci. – Spojrzał na mnie uważnie po czym, jakby chciał się upewnić, czy poświęcam mu całą swoją uwagę, dodał:

– Zważ, że to wysłannicy, a nie wyobrażenie wysłanników.

Dalej się na niego gapiłam, nie tylko dlatego, że nie wiedziałam, jak mam rozumieć jego słowa, ale dlatego, że jego twarz ciągle się zmieniała, gdy tak mówił i się uśmiechał. >Jie zmieniały się jego rysy twarzy, lecz sama twarz chwilami przypominała twarz sześcioletniego dziecka, potem siedemnastolatka, to znowu starego człowieka.

– To dziwne wierzenia – ciągnął, najwyraźniej nieświadomy mojego uważnego spojrzenia. – Nie przywiązywałem do nich zbyt wielkiej wagi, dopóki nie zjawiłaś się ni z tego, ni z owego, właśnie wtedy, gdy przyjaciel opowiadał mi o wysłannikach śmierci, a potem powiedziałaś, że przed chwilą ich widziałaś. Gdybym był nieufny

-ciągnął nagle groźnym głosem – pomyślałbym, że jesteście w zmowie.

– Ja go nie znam! – Zaczęłam się bronić, oburzona tą aluzją, po czym szepnęłam tak cicho, by tylko on usłyszał: – Szczerze mówiąc, twój przyjaciel nieco mnie przeraża.

– Gdybym był nieufny – powtórzył młody mężczyzna, ignorując moją uwagę

– pomyślałbym, że chcecie mnie nastraszyć. Ale ja nie jestem nieufny. Więc jedyną rzeczą, jaką mogę zrobić, jest powstrzymać się od osądzania i dziwić twoją osobą.

– Nie ma we mnie nic dziwnego – powiedziałam z irytacją. – A poza tym nie wiem, do jasnej cholery, o czym ty mówisz. – Spojrzałam na niego gniewnie. Nie współczułam mu jego dylematów. On też mnie trochę przerażał.

– On mówi o dziękowaniu wysłannikom śmierci – powiedział starszy mężczyzna. Podszedł do miejsca, w którym leżałam i bardzo dziwnie na mnie popatrzył.

Chcąc czym prędzej opuścić to miejsce i tych dwóch wariatów wstałam i wykrzyczałam podziękowania. Nasłuchiwałam, aż mój głos ucichł w oddali. Potem, jak opętana i zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi znowu zaczęłam wykrzykiwać podziękowania.

– Jestem pewien, że teraz wysłannicy są bardziej niż zadowoleni – powiedział młodszy mężczyzna, trącając mnie w łydkę. Śmiejąc się, przetoczył się na plecy. W jego oczach, w pełnym zachwytu śmiechu, była niesamowita siła. Pomimo własnego braku powagi ani na chwilę nie zwątpiłam, że rzeczywiście podziękowałam wysłannikom śmierci. I, co przedziwne, poczułam się przez nich chroniona.

– Kim jesteście? – Skierowałam pytanie do młodszego mężczyzny. Jednym zwinnym, gładkim ruchem poderwał się na nogi.

– Jestem Jose Louis Cortez, przyjaciele mówią na mnie Joe – powiedział, wyciągnął rejcę i uścisnął mi dłoń. – A to mój przyjaciel Gumersindo Evans-Pritchard.

Obawiając się, że zacznę się głośno śmiać z tego imienia, przegryzłam wargi i zaczęłam się drapać w wyimaginowane ukąszenie na kolanie.

– To chyba pchła – powiedziałam, przenosząc wzrok z jednego na drugiego. Obaj odwzajemnili moje spojrzenie, nie pozwalając mi wyśmiewać się z nich. Na ich twarzach malowała się taka powaga, że śmiech zamarł mi na ustach.

Gumersindo Evans-Pritchard wyciągnął dłoń po moją – wiszącą bezwładnie u mojego boku – i potrząsnął nią energicznie.

~ Jestem zachwycony, że mogę cię poznać – powiedział doskonałym angielskim z ^centem brytyjskiej wyższej klasy średniej. – Przez chwilę wy dawało mi się, że jesteś jedną z tych zarozumiałych cipek.


Jednocześnie wytrzeszczyłam oczy i rozdziawiłam buzię. Chociaż uznałam, że jego słowa miały być komplementem, a nie zniewagą, mój szok był tak silny, że przez jakiś czas stałam jak sparaliżowana. Nie byłam pruderyjna – w odpowiednich okolicznościach potrafiłam kląć gorzej od innych – ale w słowie cipka było coś tak straszliwie obraźliwego, że aż odjęło mi mowę.

Joe pośpieszył mi z pomocą. Przeprosił za przyjaciela tłumacząc, że Gumersin-do jest ekstremalnym obrazoburcą. Zanim jednak zdążyłam powiedzieć, że Gumer-sindo ugodził w moje poczucie przyzwoitości, Joe dodał, że pęd Gumersindo do tego, żeby szargać wszelkie świętości, związany jest z faktem, iż jego nazwisko brzmi Evans-Pritchard.

– Nie powinno to nikogo dziwić – zauważył Joe. – Jego ojciec był Anglikiem, który jeszcze przed narodzinami Gumersindo porzucił jego matkę, Indiankę z plemienia Jalisco.

– Evans-Pritchard? – powtórzyłam ostrożnie, po czym odwróciłam się do Gumersindo i spytałam go, czy nie ma nic przeciwko temu, by Joe pokazywał obcej osobie jego rodzinnego trupa w szafie.

– Nie ma żadnych trupów w szafie – Joe odpowiedział za przyjaciela. – A wiesz, dlaczego? – Utkwił we mnie spojrzenie swych błyszczących, ciemnych oczu, które nie były ani brązowe ani czarne, lecz miały kolor dojrzałych wiśni.

Bezradnie pokręciłam głową. Moją uwagę całkowicie przykuwało jego intensywne spojrzenie. Jedno oko zdawało się śmiać ze mnie, drugie było śmiertelnie poważne, złowróżbne i groźne.

– Dlatego, że to co ty nazywasz trupami w szafie, jest źródłem siły Gumersindo – ciągnął Joe. – Wiesz, że jego ojciec jest teraz słynnym angielskim antropologiem? Gumersindo go nienawidzi.

Gumersindo niemal niezauważalnie pokiwał głową, jakby był dumny ze swej nienawiści.

Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Mówili nie o kim innym, jak tylko o E.E. Evansie-Pritchardzie, jednym z najsłynniejszych antropologów dwudziestego wieku. I właśnie w tym semestrze na UCLA * studiowałam pracę na temat historii antropologii społecznej i o najbardziej znaczącym rzeczniku w tej dziedzinie.

Ale bomba! Musiałam się hamować, żeby nie zacząć krzyczeć i skakać z radości. Natrafić na tak okropną tajemnicę! Wybitny antropolog uwiódł i porzucił Indiankę. Ani trochę mnie nie niepokoiło to, że Evans-Pritchard nie prowadził żadnych badań w Meksyku – znany był głównie ze swych badań w Afryce — byłam bowiem pewna, że dowiem się, iż podczas jednego ze swych pobytów w Stanach Zjednoczonych pojechał do Meksyku. Miałam na to żywy dowód.

Uśmiechając się słodko spojrzałam na Gumersindo i obiecałam sobie w duchu, że bez jego zezwolenia niczego nie ujawnię. No, może wspomnę coś tylko jednemu z moich profesorów. W końcu nie codziennie dociera się do takich informacji.

* Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles

W głowie aż mi się kręciło od różnych możliwości. Może krótki wykład dla paru wybranych studentów w domu jednego z moich profesorów. W wyobraźni już wybrałam profesora. Nieszczególnie go lubiłam, ale doceniałam jego dość dziecinne próby imponowania studentom. Co jakiś czas spotykaliśmy się u niego w domu. Za każdym razem, kiedy tam byłam, odkrywałam na jego biurku liścik, niby to zostawiony przypadkiem, od słynnego antropologa, Claude'a Levi-Starussa.

– Nie przedstawiłaś się nam – powiedział grzecznie Joe, lekko ciągnąc mój rękaw.

– Carmen Gebauer – powiedziałam bez wahania, podając imię i nazwisko koleżanki z dzieciństwa. Aby złagodzić nieco dyskomfort i wyrzuty sumienia wywołane tym, że znowu skłamałam z taką łatwością, spytałam Joego, czy pochodzi z Argentyny. Widząc jego zaintrygowaną minę, czym prędzej dodałam, że ma argentyńską modulację głosu. – Chociaż nie wyglądasz na Argentyńczyka – zauważyłam.

– Jestem Meksykaninem – powiedział. – A sądząc po twoim akcencie, to wychowałaś się albo na Kubie, albo w Wenezueli.

Nie miałam ochoty kontynuować tej linii rozmowy, więc szybko zmieniłam wątek.

– Wiesz, jak wrócić na szlak? – spytałam, nagle zaniepokojona, że znajomi będą się o mnie martwić.

– Nie, nie wiem – wyznał Joe z dziecięcą szczerością. – Ale Gumersindo Evans-Pritchard wie.

Gumersindo poprowadził mnie przez zarośla, ścieżką prowadzącą drugim zboczem góry. Niedługo potem usłyszeliśmy głosy moich znajomych i szczekanie ich psa.

Poczułam ogromną ulgę, lecz jednocześnie byłam rozczarowana i zaintrygowana tym, że żaden z mężczyzn nie próbował dowiedzieć się, jak można się ze mną skontaktować.

-Na pewno jeszcze się spotkamy – powiedział od niechcenia Joe, żegnając się ze mną.

Gumersindo Evans-Pritchard zadziwił mnie, z galanterią całując mnie w rękę. Zrobił to tak naturalnie i z takim wdziękiem, że nawet mi nie przyszło do głowy, żeby się roześmiać.

– Ma to w genach – wyjaśnił Joe. – Chociaż jest tylko w połowie Anglikiem, to jego wytworność jest bez zarzutu. To prawdziwy dżentelmen!

Bez słowa, czy spojrzenia, obaj zniknęli we mgle. Bardzo wątpiłam, czy jeszcze kiedykolwiek ich zobaczę. Ogarnięta wyrzutami sumienia spowodowanymi tym, że Podałam im nieprawdziwe nazwisko, już miałam za nimi pobiec, kiedy pies moich znajomych niemal powalił mnie na ziemię, gdy na mnie skoczył, usiłując polizać mnie po twarzy.

VI

Z osłupieniem gapiłam się na mówcę. W trzyczęściowym garniturze, z krótkimi, Nęconymi włosami i gładko ogoloną twarzą, Joe Cortez wyglądał jak ktoś 2 mnej epoki pośród tłumu długowłosych, brodatych studentów obwieszonych korali


karni i w niedbałych strojach, zgromadzonych w jednej z ogromnych sal wykładowych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles.

Pośpiesznie wśliznęłam się na puste miejsce w tylnym rzędzie zapchanego audytorium, miejsce zajęte dla mnie przez koleżankę, z którą wędrowałam po górach Santa Susana.

– Kto to taki? – spytałam ją.

Z niedowierzaniem kręcąc głową spojrzała na mnie niecierpliwie, po czym nagryzmoliła na kartce Carlos Castaneda.

– A kto to, kurka wodna, jest ten Carlos Castaneda? – spytałam, chichocząc mim woli.

– Dałam ci jego książkę – syknęła, po czym dodała, że to znany antropolog, który prowadził zakrojone na szeroką skalę badania w Meksyku.

Już miałam wyznać koleżance, że naszym gościem jest ten sam mężczyzna, którego poznałam w górach tego dnia, kiedy zabłądziłam, lecz z jakiegoś ważnego powodu, nic nie powiedziałam. Mężczyzna ten był odpowiedzialny za groźbę rozpadu naszej przyjaźni, którą wielce sobie ceniłam. Przyjaciółka była nieugięta w swej opinii, że ta historia o Evan-sie-Pritchecie to stek bzdur. Upierałam się, że ci mężczyźni nie mieli żadnego interesu w tym, żeby mi opowiadać bajki. Wiedziałam, że mówili szczerąprawdę. Przyjaciółka, wściekła na mnie za to, że im uwierzyłam, nazwała mnie naiwną idiotką.

Żadna z nas nie chciała ustąpić, kłóciłyśmy się na dobre. Jej mąż, chcąc nas nieco ostudzić zasugerował, że może rzeczywiście mówię prawdę. Urażona jego brakiem solidarności, moja przyjaciółka wrzasnęła na niego, żeby się zaniknął.

Wróciliśmy do domu w ponurych nastrojach, nasza przyjaźń została nadwerężona. Parę tygodni minęło, zanim atmosfera się oczyściła. Tymczasem sprawdziłam informację o synu Evansa-Pritcharda u osób bardziej niż ja czy moja przyjaciółka biegłych w kwestiach antropologii i antropologów. Nie muszę chyba dodawać, że czułam się przy tym jak idiotka. Z czystego uporu trwałam przy swojej ślepej wierze w to, że tylko ja znam prawdę. Wychowano mnie w duchu praktycyzmu; jeżeli ktoś kłamie, to z pewnością po to, by zyskać coś, czego nie mógłby zyskać w inny sposób. A nie potrafiłam ustalić, co mieli do zyskania tamci mężczyźni.

Niezbyt uważnie słuchałam wykładu Carlosa Castanedy. Za bardzo byłam pochłonięta rozważaniami o przyczynie jego kłamstwa na temat swojego nazwiska. Zawsze skłonna doszukiwać się motywów postępowania w prostych stwierdzeniach czy uwagach, miałam twardy orzech do zgryzienia, usiłując doszukać się jakiejkolwiek poszlaki. Potem jednak przypomniałam sobie, że i ja mu podałam fałszywe nazwisko. I nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak zrobiłam.

Po długich rozmyślaniach doszłam do wniosku, że skłamałam, bo odruchowo mu nie ufałam. Był zbyt pewny siebie, zbyt zarozumiały, by wzbudzić moje zaufanie. Matka wpoiła mi nieufność wobec Latynosów, zwłaszcza jeśli nie byli zbyt służalczy. Zawsze mawiała, że latynoscy macho sąjak karłowate koguty interesujące się jedynie walką, jedzeniem i seksem – w tym właśnie porządku. A ja pewnie bezmyślnie jej uwierzyłam.

W końcu spojrzałam na Carlosa Castanedę. Nie miałam zielonego pojęcia, o czym mówi. Zafascynowały mnie jednak j ego ruchy. Sprawiał takie wrażenie, jakby

mówił całym ciałem, a jego słowa, zamiast wydobywać się z ust, zdawały się płynąć z dłoni, którymi poruszał z wdziękiem i zręcznością magika.

Po wykładzie śmiało do niego podeszłam. Otoczyli go studenci. Okazywał kobietom tyle atencji i zainteresowania, że automatycznie poczułam do niego pogardę.

– Podałeś mi fałszywe nazwisko, Joe Cortez – powiedziałam po hiszpańsku, oskar-życielskim gestem wytykając go palcem.

Chwycił się za brzuch jakby otrzymał cios i spojrzał na mnie z tym sam wahaniem i niedowierzaniem jak wtedy, kiedy pierwszy raz mnie zobaczył w górach.

– Kłamstwem jest też, że twój przyjaciel Gumersindo jest synem Evansa-Prit-charda – dodałam, zanim doszedł do siebie po wstrząsie wywołanym moim widokiem. – Prawda?

Uczynił błagalny gest, żebym już nic nie mówiła. Nie wydawał się w najmniejszym choćby stopniu zawstydzony. W jego oczach było jednak tak zwykłe i proste zdumienie, że moje święte oburzenie zniknęło w jednej chwili. Łagodnie ujął mnie za nadgarstek jakby się bał, że sobie pójdę.

Kiedy skończył rozmawiać ze studentami, w milczeniu zaprowadził mnie na ławkę stojącą w odludnym miejscu, w cieniu olbrzymiej sosny, w północnej części campusu.

– Wszystko to jest tak dziwne, że naprawdę odebrało mi mowę – powiedział po angielsku, kiedy usiedliśmy. Gapił się na mnie, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że siedzę koło niego. – Do głowy mi nie przyszło, że cię jeszcze zobaczę – zadumał się.

– Kiedy się rozstaliśmy, ja i mój przyjaciel – a przy okazji: ma na imię Nestor – długo o tobie rozmawialiśmy. Doszliśmy do wniosku, że byłaś przywidzeniem.

– Raptownie przeszedł na hiszpański i powiedział, że nawet wrócili w to miejsce, gdzie mnie zostawili, w nadziei, że mnie tam znajdą.

– Dlaczego chciałeś mnie odnaleźć? – spytałam po angielsku, pewna, że odpowie w tym samym języku, że wrócił tam, bo mu się spodobałam.

W języku hiszpańskim nie ma sposobu na powiedzenie, że ktoś kogoś po prostu lubi. Odpowiedź musiała być bardziej kwiecista, a jednocześnie bardziej precyzyjna. W hiszpańskim można wywołać u kogoś sympatię – ma caes bien – lub wzbudzić totalną namiętność – me gustas.

Moje bezpośrednie pytanie wywołało u niego długie milczenie. Sprawiał takie wrażenie, jakby zmagał się z myślą, czy się odezwać, czy też nie. W końcu powiedział, że spotkanie mnie we mgle tamtego popołudnia było dla niego ogromnym wstrząsem. Na jego twa-fzy malował się zachwyt, kiedy mi to wyjawił, a w głosie zabrzmiała nabożna cześć, kiedy <*xlał, że na mój widok w sali wykładowej o mały włos nie padł trupem.

– Dlaczego? – spytałam. Moja próżność została mile połechtana. Natychmiast zresztą te§o pożałowałam, bo byłam przekonana, że mi powie, iż jest we mnie zakochany aż po same uszy, a to mogłoby mnie zakłopotać. Nie wiedziałabym, co odpowiedzieć.

~ To bardzo druga historia – odparł, wciąż zadumany. Zasznurował usta, jakby njowił sam do siebie, przemyśliwując, co powiedzieć dalej.

Znałam te oznaki zachowania mężczyzny, który przygotowuje się do ataku.


NIL cz\tałam twojej praLy – powiedziałam, by skierować jego myśli na >_o innego O ez\m jest'

Napisałem kilka książek o szamanizmie – odparł

(3 jakim szamanizmie' O \oodoo, spirytuahzmie, czy co'

\\ lesz cokolwiek o szamanizmie' – spytał z nutą oczekiwania w głosie

Ocz\wiście ze tak Dorastałam wśród szamanów Spędziłam mnóstwo czasu ,ia \\\bizezu \\enezueli To obszar\ słynące z szamanów– Większość wakacji v, dziecm-st\\ le spędziłam z todziną czaro\\mc

C zaro\\ nic'

Tak powiedziałam zadowolona z jego reakcji – Moja niania była czarów tik 4 B\la czarną kobietą z Puerto Cabello Opiekowała się mną dopóki nie weszłam \\ wiek dojrzewania Moi rodzice pracowali i chętnie mnie zostawiali pojej opieką kadziła sobie ze inną lepiej niż którekolwiek z moich rodziców Pozwalała mi robić ^o tvlko chciałam Rodzice oczywiście pozwalali jej wszędzie mnie ze sobą zabienc Podczas wakacji szkolmch zabierała mnie do swojej rodziny Nie była to jej biologiczna rodzina lecz rodzina czarów mc Chociaż me wolno mi było brać udziału w i.h ntuałach i sesjach \\padama w trans, wiele udało mi się zobaczyć

Spojrzał na mnie ciekawie jakby mi nie uwierzył Potem spytał z uśmiechem rozbawienia

Co z niej cz\mło czarownicę'

C dła masa izeczy Zabijała kurczaki i składała je w ofierze bogom w zamian za laski Ona i jej znajomi czarownicy – mężczyźni i kobiety – tańczyli aż wpadali w trans Recytowała tajemne zaklęcia, które miały moc uzdrawiania przyjaciół i szkodzenia wrogom Jej specjalnością były miłosne napoje Przygotowywała je z ziół i rozmait\ch wydzielin z ciała, na przykład krwi menstruac>jnej, obciętych paznokci i włosów może nawet z włosów łonowych Robiła amulety prz\ noszące szc/ę-scie w hazardzie lub w miłości

l lodzice ci na to wszystko pozwalali0 – spytał z niedowierzaniem

\\ domu nikt o t\m nie wiedział – oczywiście poza mną i klientami ni mi

w\jasmłam Odbywała wizyty domowe, jak każdy lekarz W domu t\lko paliła

świeczki za muszlą sedesów ą kied\ miałam złe sny Ponieważ naj w \razmej mi to

pomagało i me stwarzało niebezpieczeństwa pożarowego, moja matka otwarcie jej

ilu to pozwalała

Nagle wstał i w\buchnął śmiechem

Co cię tak śmieszy ' spytałam zastanawiając się cz\ sobie pomyślał zi to w sz\ stko zm\ sliłam Zapew mam cię, ze to praw da

Wmawiasz cos sobie i jeśli chodzi o ciebie, kiedy już postawisz to twierdzei ie staje się ono prawdą powiedział z poważną miną

Ale ja pow ledziałam prawdę – upierałam się pewna, ze miał na myśli moją niań c – Potrafię przejrzeć każdego – powiedział spokojnie – Na przykład widzę tw> le przekonanie ze będę usiłował cię podrywać Sama się utwierdziłaś w tym przekoi i-mu i teraz jest ono praw da O tym w łasnie mów lę

Próbowałam cos powiedzieć, ale z oburzenia aż mi dech zaparło w piersiach Miałam ochotę uciec, to jednak byłoby zbyt upokarzające

Lekko zmarszczył brwi, a ja odniosłam nieprzyjemne wrażenie, ze zna moje uczucia Twarz mi poczerwieniała Zatrzęsłam się od powstrzymywanego gniewu Niemniej jednak w ciągu paru chwil poczułam nadzwyczajny spokój Nie wynikał z moich świadomych wysiłków, a mimo to wydawało mi się, ze cos we mnie się zmieniło Niejasno sobie przypomniałam, ze już kiedyś miałam podobne doświadczenie, lecz wspomnienie to znikło równie szybko jak się pojawiło

– Co ty ze mną wyprawiasz9 – wymamrotałam

– Tak się składa, ze potrafię przejrzeć człowieka na wylot – powiedział ze skruchą – Nie cały czas i nie każdego, tylko te osoby, z którymi jestem bardzo blisko Nie wiem, dlaczego potrafię przejrzeć ciebie

Jego szczerość była oczywista Sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zakłopotanego niż ja Znowu usiadł i przysunął się bliżej do mnie Najakis czas zapadło całkowite milczenie Porzuciłam wszelkie wysiłki podtrzymania rozmowy, me czując się przy tym głupio i okazało się to nad wyraz przyjemną rzeczą Spojrzałam w niebo było bezchmurne i przezroczyste jak niebieskie szkło Lekki wietrzyk poruszał gałęziami sosen, a igły spadały na nas jak drobny deszczyk Potem lekka bryza przemieniła się w wiatr, który przywiał ku nam suche, żółte liście z pobliskiego jawora Zatańczyły wokół nas z cichym, rytmicznym dźwiękiem Jednym gwałtownym ruchem wiatr porwał je wysoko w powietrze

– Piękny przejaw ducha – wymruczał – Specjalnie dla ciebie Wiatr, liście wirujące przed nami w pow ictrzu Szaman, z którym pracuję powiedziałby, ze to omen Cos mi cię wskazało, dokładnie w tej chwili, kiedy miałem odejść Teraz me mogę tego zrobić

Myśląc tylko o jego ostatnim stwierdzeniu, poczułam niewytłumaczalne szczęście Nie było to szczęście triumfalne, lecz raczej radość, jaką się czuje, kiedy wszystko idzie po myśli, uczucie doskonałego samopoczucia, które jednak nie potrwało długo Wkrótce przeważyła moja refleksyjna natura każąc mi pozbyć się tych myśli

1 uczuć Nie miałam żadnego interesu w siedzeniu tam Opuściłam zajęcia i lunch z moimi prawdziwymi przyjaciółmi oraz codzienne okrążenie basenu w żeńskiej sali gimnastycznej

– Może będzie lepiej jak sobie pójdę – powiedziałam Miałam to wypowiedzieć

2 u'gą, lecz moje słowa zabrzmiały jakbym współczuła samej sobie – co w pewnym sensie było prawdą

Ale zamiast odejść, spytałam go – tak od niechcenia, jak tylko potrafiłam – czy zawsze potrafił przejrzeć każdego

~ Nie, nie zawsze – Ton jego głosu zdradził, ze był świadom zamętu w mojej głowie – Ten stary czarownik, z którym pracuję, niedawno mnie tego nauczył

– Myślisz, ze i mnie mógłby nauczyć9

~ Tak, myślę ze tak – Wydał mi się oszołomiony własnym stwierdzeniem ezeli sprawisz na mm takie samo wrażenie jak na mnie, to na pewno spróbuje cię tego nauczyć


– Wcześniej też znałeś się na magii? – spytałam nieśmiało, powoli otrząsając się ze wzburzenia.

– W Ameryce Łacińskiej wszystkim się wydaje, że się na tym znają, więc i mnie się tak wydawało. Jeśli o to chodzi, przypominasz mnie samego. Tak jak i ty byłem przekonany, że wiem, czym jest magia. Kiedy jednak rzeczywiście się z nią zetknąłem, okazało się, że to zupełnie co innego.

– Jak to było?

– Zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że aż przerażająco – wyznał. – Uważamy, że magia jest przerażająca z powodu swych złych motywów. Ta magia, z którą ja się zetknąłem, wcale nie była czymś złym i właśnie dlatego jest najbardziej przerażającą rzeczą, jaką znam.

Przerwałam mu uwagą, że chyba mówi o białej magii w odróżnieniu od czarnej.

– Cholera jasna, nie opowiadaj bzdur! – warknął niecierpliwie.

Szok spowodowany tymi słowami był tak wielki, że przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Momentalnie znowu ogarnęło mnie wzburzenie. Odwrócił głowę, żeby nie patrzeć mi prosto w twarz. Śmiał na mnie krzyknąć. Tak się rozzłościłam, że mogłam dostać jakiegoś ataku. W uszach mi dzwoniło. Przed oczami miałam mroczki. Uderzyłabym go, gdyby tak szybko nie odskoczył.

– Jesteś bardzo niezdyscyplinowana – powiedział, po czym usiadł z powrotem. – 1 agresywna. Twoja niania na pewno spełniała wszystkie twoje kaprysy i traktowała cię, jakbyś była zrobiona z kryształu. – Widząc moją nachmurzoną minę wyjaśnił, że naprawdę nie ryknął na mnie z niecierpliwości czy gniewu. – Osobiście mnie nie obchodzi, czy słuchasz, czy nie, ale obchodzi to kogoś innego, w czyim imieniu na ciebie krzyknąłem. Kogoś, kto nas obserwuje.

Początkowo się zmieszałam, potem zaniepokoiłam. Rozejrzałam się, zastanawiając się, czy podgląda nas jego nauczyciel szamanizmu.

Zignorował mnie i podjął wątek.

– Ojciec nigdy mi nie wspomniał o tym, że nieustannie jest przy nas świadek. A nie wspomniał o tym dlatego, że nie wiedział. Tak samo jak ty o tym nie wiesz.

– Co ty za bzdury wygadujesz? – Mój zgrzytliwy, pełen złości głos odzwierciedlał moje ówczesne uczucia. Wrzasnął na mnie, obraził mnie. Miałam mu za złe, że gada jak najęty, jakby nic się nie stało. Jeżeli uważał, że przeoczę jego postępek, to czekała go niespodzianka. “Nie ujdzie ci to na sucho" – pomyślałam, uśmiechając się złośliwie. “Nie ze mną, stary".

– Mówię o sile, o bycie, o obecności, która nie jest ani siłą, ani bytem ani obecnością– wyjaśnił z anielskim uśmiechem. Wyglądał na kompletnie nieświadomego mojego oburzenia. – To brzmi jak bełkot, ale nim nie jest. Mówię o czymś, co znają tylko szamani. Nazywają to duchem. Naszym osobistym obserwatorem, naszym wiecznym świadkiem.

Nie wiem dokładnie, w jaki sposób, albo które słowo to sprawiło, ale nagle przykuł całą mój ą uwagę. Opowiadał dalej o tej sile, która, jak powiedział, nie jest Bogiem, czy czymś związanym z religią lub moralnością, lecz bezosobową siłą, którą możemy

wykorzystywać, jeśli tylko nauczymy się wymazywać poczucie własnej wartości. Wziął mnie nawet za rękę, a ja nie miałam nic przeciwko temu. Prawdę mówiąc jego silny, miękki dotyk sprawiał mi przyjemność. Zafascynowała mnie dziwna moc, jaką nade mną roztoczył. Byłam osłupiona tym, że pragnęłam siedzieć na tej ławce i żeby on trzymał mnie za rękę.

Mówił dalej. A ja chłonęłam każde jego słowo. Ale jednocześnie snułam perwersyjne rozważania: kiedy złapie mnie za nogę? Wiedziałam bowiem, że moja ręka mu nie wystarczy, a nie mogłam zrobić nic, by go powstrzymać. A może wcale nie chciałam go powstrzymywać?

Wytłumaczył, że kiedyś był strasznie niezdyscyplinowany i nieostrożny, ale nigdy nie poznał różnicy, bo był uwięziony w nastroju czasu.

– Co to jest nastrój czasu? – spytałam ostrym, nieprzyjaznym głosem, żeby sobie nie pomyślał, że podoba mi się jego towarzystwo.

– Czarownicy nazywają to sposobem istnienia czasu – powiedział. – W naszych czasach jest to głównym problemem klasy średniej. Ja jestem mężczyzną z klasy średniej, tak samo jak ty jesteś kobietą z klasy średniej...

– Klasyfikacje tego rodzaju nie mają żadnego znaczenia – przerwałam mu niegrzecznie, wyrywając dłoń z jego dłoni. – To po prostu ogólniki. – Rzuciłam mu pełne złości podejrzliwe spojrzenie. W jego słowach było coś przerażająco znajomego, nie mogłam jednak sobie przypomnieć, kiedy je usłyszałam ani jakie znaczenie do nich przywiązywałam. Mimo to byłam pewna, że miały dla mnie żywotne znaczenie – gdybym tylko mogła sobie przypomnieć, co o nich wiedziałam.

Ogarnięta falą frustracji złapałam go za rękę i ugryzłam.

– Strasznie cię przepraszam – wymamrotałam chwilę później, zanim zdążył się otrząsnąć ze zdumienia. – Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Nie ugryzłam nikogo, odkąd byłam dzieckiem. – Przesunęłam się na brzeg ławki, obawiając się odwetu z jego strony. Ten jednak nie nastąpił.

– Jesteś absolutnie prymitywna – powiedział tylko, w osłupieniu rozcierając rękę.

Wydałam z siebie głośne westchnienie ulgi. Moc, jaką miał nade mną była dru-zgocząca. Przypomniałam sobie, że mamy rachunki do wyrównania. Zrobił ze mnie pośmiewisko przed moimi kolegami z antropologii.

-Wróćmy do naszego pierwotnego problemu – powiedziałam, próbując wzbudzić w sobie gniew. – Dlaczego naopowiadałeś mi tych bzdur o synu Evansa-Pritcharda? Musiałeś zdawać sobie sprawę z tego, że zrobię z siebie idiotkę. – Spojrzałam na niego uważnie, pewna, że taka konfrontacja tuż po ugryzieniu w końcu pokona jego samokontrolę albo przynajmniej nim wstrząśnie. Spodziewałam się, że ryknie na mnie, że straci pewność siebie i tupet. On jednak pozostał niewzruszony. Wziął głęboki oddech 1 Przybrał poważny wyraz twarzy.

– Wiem, że wygląda to tak, jakbym opowiadał ludziom bajdy, żeby ich rozśmieszyć – zaczął lekkim, beztroskim tonem. – Ale to jest o wiele bardziej złożone. – Za-Cfflchotał cicho, po czym przypomniał mi, że wtedy jeszcze nie wiedział, że jestem studentką antropologii. Urwał na chwilę jakby w poszukiwaniu odpowiednich słów,


r"

bezradnie wzruszył ramionami i dodał: – Naprawdę nie mogę ci wytłumaczyć, dlaczego przedstawiłem swojego przyjaciela jako syna Evansa-Pritcharda, dopóki nie opowiem ci więcej o sobie i swoich celach. A nie jest to praktyczne.

– Dlaczego?

– Dlatego, że im więcej będziesz o mnie wiedziała, tym bardziej się uwikłasz.

– Spojrzał na mnie zamyślony, widziałam, że z jego oczu bije szczerość. – 1 nie mam tu na myśli uwikłania umysłowego. Mam na myśli to, że osobiście zwiążesz się ze mną.

Był to tak jaskrawy przejaw tupetu, że odzyskałam całą pewność siebie. Znowu wybuchnęłam tym swoim wyćwiczonym sarkastycznym śmiechem i powiedziałam uszczypliwie:

– Jesteś odrażający. Znam takich jak ty. Jesteś typowym przykładem zarozumiałego latynoskiego macho, z jakimi spotykałam się przez całe życie. – Widząc jego zdziwioną minę, wpadłam w swój najbardziej wyniosły ton: – Jak śmiesz sądzić, że się z tobą zwiążę?

Nie zaczerwienił się, jak się spodziewałam. Klepnął się po kolanie i zaśmiał hałaśliwie, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jakąkiedykolwiek słyszał. I ku mej niewypowiedzianej konsternacji zaczął mnie łaskotać po żebrach jakbym była dzieckiem.

Bojąc się, że się roześmieję – miałam łaskotki – zaskrzeczałam z oburzenia.

– Jak śmiesz mnie dotykać! – Wstałam, chcąc odejść. Cała się trzęsłam. Po czym zaszokowałam samą siebie jeszcze bardziej, siadając z powrotem.

Widząc, że znowu chce mnie połaskotać, zacisnęłam dłonie w pięści i wyciągnęłam je przed siebie.

– Rozkwaszę ci nos, jeżeli mnie jeszcze raz dotkniesz – ostrzegłam go. Chociaż wcale nie przestraszony moją groźbą, odchylił jednak głowę do tyłu i zamknął oczy. Roześmiał się radośnie, aż cały się zatrząsł od rechotu.

– Jesteś typową niemiecką dziewczyną wychowaną przez czerwonoskórych

– powiedział, odwracając się do mnie bokiem.

– Skąd wiesz, że jestem Niemką? Nigdy ci tego nie mówiłam – powiedziałam drżącym głosem, który w moim zamyśle miał być groźny.

– Domyśliłem się, że jesteś Niemką w chwili, gdy cię poznałem – odparł.

– Potwierdziłaś to, kiedy skłamałaś mówiąc, że jesteś Szwedką. Tylko Niemcy urodzeni w Nowym Świecie po II wojnie światowej kłamią w ten sposób. Oczywiście, jeśli mieszkaj ą w Stanach Zjednoczonych.

Chociaż nie zamierzałam przyznawać mu racji, to jednak ją miał. Często czułam wrogość ludzi, gdy tylko dowiadywali się, że moi rodzice są Niemcami. W ich oczach czyniło to z nas nazistów. Nie miało dla nich żadnego znaczenia, gdy mówiłam, że moi rodzice są idealistami. Oczywiście sama przed sobą musiałam przyznać, że

-jako dobrzy Niemcy – uważali, że ich rasa jest z racji swego urodzenia lepsza, zasadniczo jednak byli to dobrzy ludzie, którzy nigdy nie interesowali się polityką.

– Ja się tylko z tobą zgodziłam – wytknęłam mu kwaśno. – Zobaczyłeś jasne włosy, niebieskie oczy, wystające kości policzkowe i od razu pomyślałeś sobie, że jestem Szwedką. Nie masz zbyt wielkiej wyobraźni, co? – Wysunęłam swój koronny argument. – Sam nie miałeś żadnego interesu w tym, żeby kłamać, chyba że z natury jesteś pieprzonym kłamcą– ciągnęłam, wbrew sobie podnosząc głos. Stukając go w pierś palcem wskazującym, dodałam szyderczo – Joe Cortez, co?

– Czy naprawdę nazywasz się Cristina Gebauer? – odszczeknął, naśladując mój pełen niechęci, podniesiony głos.

– Carmen Gebauer! – krzyknęłam obrażona, że nie zapamiętał dobrze imienia. Potem, nagle zawstydzona własnym wybuchem, chaotycznie zaczęłam się bronić. Po paru chwilach, uświadamiając sobie, że sama nie wiem, co mówię, wyznałam że rzeczywiście jestem Niemką i że Carmen Gebauer to nazwisko przyjaciółki z dzieciństwa.

– Ładnie – powiedział cicho z ledwo powstrzymywanym uśmiechem. Nie wiedziałam, czy mówi o moim fałszywym imieniu, czy o wyznaniu. Jego oczy promieniały dobrocią i rozbawieniem. Czułym, tęsknym głosem zaczął mi opowiadać historię swojej przyjaciółki z dzieciństwa, Fabioli Kunze.

Zdezorientowana jego reakcją zaczęłam się gapić na pobliskie jawory i rosnące opodal sosny. Potem, chcąc ukryć zainteresowanie jego opowieścią, zaczęłam bawić się paznokciami. Odpychałam skórki i zdrapywałam lakier, metodycznie w zamyśleniu.

Historia Fabioli Kunze tak bardzo przypominała moje własne życie, że po paru chwilach zupełnie zapomniałam o próbach udawania obojętności i zaczęłam go słuchać z uwagą. Podejrzewałam, że sfabrykował tę historię, a jednak musiałam przyznać, że wymyślił takie szczegóły, o których wiedziałaby tylko córka w niemieckiej rodzinie w Nowym Świecie.

Fabiola rzekomo bała się śmiertelnie ciemnoskórych latynoskich chłopców, lecz równie mocno bała się Niemców. Latynosi przerażali ją swoją nieodpowiedzialnością, Niemcy zaś tym, że byli tak przewidywalni.

Musiałam pohamować głośny śmiech, kiedy opisywał sceny, jakie się rozgrywały w domu Fabioli w niedzielne popołudnia, kiedy dwa tuziny Niemców siedziały przy pięknie zastawionym stole – najlepsza porcelana, srebra, kryształy – a ona musiała wysłuchiwać dwóch tuzinów monologów.

W miarę jak podawał coraz więcej szczegółów dotyczących tych niedzielnych popołudni, mnie ogarniał coraz większy niepokój: ojciec Fabioli zabraniał w swoim domu politycznych dyskusji, lecz obsesyjnie prowokował takowe, wyszukując pokrętne sposoby na opowiadanie nieprzyzwoitych kawałów o katolickich księżach. Albo śmiertelny strach jej matki: jej krucha porcelana znalazła się w rękach tych fajtłapów.

Jego słowa były hasłami, na które reagowałam zupełnie nieświadomie. Przed oczami, jak slajdy rzucane na ścianę, zaczęły mi się przesuwać sceny z moich niedzielnych popołudni.

Byłam istnym kłębkiem nerwów. Miałam ochotę zacząć tupać nogami i wściekać slCj jak to tylko ja umiałam. Chciałam nienawidzić tego mężczyzny, ale nie potrafiłam. yczekiwałam od niego wyjaśnień, przeprosin, ale się nie doczekałam. Chciałam nad nim "Onunować. Chciałam, żeby się we mnie zakochał, a wtedy go odrzucić. _ Zawstydzona tymi niedojrzałymi emocjami, uczyniłam wielki wysiłek, by wziąć le– w garść. Udając znudzenie pochyliłam się ku niemu i spytałam:


– Dlaczego mi podałeś fałszywe nazwisko?

– Nie skłamałem – odparł. – Naprawdę tak się nazywam. Mam kilka imion. Czarownicy mają różne imiona na różne okazje.

– Bardzo wygodnie! – wykrzyknęłam ironicznie.

– Bardzo wygodnie – powtórzył za mną, po czym mrugnął do mnie lekko, co mnie niewymownie zdenerwowało.

Wtedy zrobił coś niesamowicie dziwnego i niespodziewanego. Objął mnie. W geście tym nie było żadnego podtekstu seksualnego. Był to spontaniczny, uroczy i zwykły gest dziecka, które chce pocieszyć przyjaciela. Jego dotknięcie uspokoiło mnie tak szybko i całkowicie, że zaczęłam szlochać bez opanowania.

– Jestem taka beznadziejna – powiedziałam. – Mam ochotę cię pobić, a spójrz tylko. Jestem w twoich objęciach. – Już miałam dodać, że mi się to podoba, kiedy przetoczyła się przeze mnie fala energii. Odepchnęłam go, zupełnie jakbym obudziła się ze snu. – Puść mnie – syknęłam i odsunęłam się.

Usłyszałam, że aż dławi się ze śmiechu. Ani trochę mnie nie obchodziły jego śmiechy. Mój gniew w jednej chwili zniknął. Zerwałam się na równe nogi, cała się trzęsąc, lecz nie mogłam się ruszyć z miejsca. I nagle, jakbym była przywiązana do jakiejś gigantycznej gumy, wróciłam na ławkę.

– Nie czuj się źle – powiedział łagodnie. Wyglądało na to, że dokładnie wie, co mnie z powrotem przyciągnęło na ławkę. Poklepał mnie po plecach, tak jak się klepie maleńkie dziecko po jedzeniu. – Nie chodzi o to, co robimy – ciągnął. – Oddziałuje na nas coś z zewnątrz. Na mnie oddziałuje już od dawna. Przywykłem do tego. Ale rozumiem, jak to działa na ciebie. Nie pytaj, co to takiego – powiedział, spodziewając się mojego pytania. – Jeszcze nie mogę ci tego wytłumaczyć.

Aleja nie zamierzałam go o nic pytać. Mój umysł przestał pracować. Czułam się dokładnie tak jakbym spała, jakby mi się śniło, że rozmawiam.

Parę chwil później to otępienie ustąpiło. Poczułam się bardziej ożywiona, lecz dość nieswoja.

– Co się ze mną dzieje? – spytałam.

– Zostałaś rozpoznana i popchnięta przez coś, co nie pochodzi z ciebie – odparł. – Coś na ciebie napiera, wykorzystując mnie jako narzędzie. Coś nakłada inne kryteria na twoje przekonania rodem z klasy średniej.

– Nie zaczynaj znowu z tymi bzdurami o klasie średniej – zaoponowałam słabo. Zabrzmiało to bardziej tak, jakbym go błagała. Uśmiechnęłam się bezradnie myśląc, że straciłam cały tupet.

– Nie są to moje własne opinie czy idee – powiedział. – Tak jak i ty jestem produktem ideologii klasy średniej. Wyobraź sobie mojązgrozę, kiedy stanąłem twarzą w twarz z inną, bardziej przekonującą ideologią. Cały mój dotychczasowy świat legł w gruzach.

– Co to za ideologia? – spytałam słabo głosem tak cichym, że ledwo słyszalnym.

– Pewien człowiek przyniósł mi tę ideologię – wyjaśnił. – Albo raczej to duch przemówił i zadziałał poprzez niego. Ten człowiek jest szamanem. Pisałem o nimNazywa się Juan Matus. To on sprawił, że stanąłem twarzą w twarz z mojąmentalno-$ciąprzedstawiciela klasy średniej.

Juan Matus zadał mi kiedyś ważne pytanie: “Jak myślisz, co to jest uniwersytet?" Oczywiście odpowiedziałem mu jak socjolog: “To centrum kształcenia wyższego". Poprawił mnie oznajmiając, że uniwersytet powinno się określać jako “Instytut Klasy Średniej", gdyż jest to instytucja, do której uczęszczamy, by doskonalić nasze wartości klasy średniej. Powiedział, że chodzimy do tej instytucji, by stać się profesjonalistami. Ideologia naszej klasy społecznej mówi nam, że musimy się przygotować do zajmowania stanowisk kierowniczych. Juan Matus powiedział, że mężczyźni chodzą do instytucji klasy średniej, żeby zostać inżynierami, prawnikami, lekarzami, itd., a kobiety po to, by zdobyć odpowiedniego męża, opiekuna rodziny i ojca dla ich dzieci. To, co odpowiednie, określają oczywiście wartości klasy średniej.

Miałam ochotę mu się sprzeciwić. Chciałam krzyknąć, że znam ludzi, których niekoniecznie interesuje kariera czy szukanie współmałżonka, że znam ludzi, których obchodzą idee, uczenie się dla samej nauki. Ale nie znałam takich ludzi. Poczułam straszny ucisk w klatce piersiowej i dostałam ataku suchego kaszlu. Ale to nie kaszel ani fizyczny dyskomfort sprawiły, że zaczęłam się wiercić, przez co nie wyraziłam swojego sprzeciwu. Sprawiła to pewność, że mówi o mnie: chodziłam na uniwersytet dokładnie po to, by znaleźć odpowiedniego mężczyznę.

Znowu wstałam, chcąc sobie pójść. Nawet wyciągnęłam rękę, żeby na pożegnanie uścisnąć mu dłoń, kiedy poczułam potężne pchnięcie w plecy. Było tak silne, że musiałam usiąść, bo inaczej bym upadła. Wiedziałam, że mnie nie dotknął, przez cały czas na niego patrzyłam.

Mój umysł zaczął się zapełniać myślami o ludziach, których nie bardzo pamiętałam, o snach, które nie do końca zapomniałam, tworząc skomplikowany wzór, z którego nie potrafiłam wyodrębnić siebie. Nieznane twarze, na wpół usłyszane zdania, ciemne obrazy miejsc i zamazane twarze w jednej chwili wrzuciły mnie w jakąś próżnię. Byłam bliska przypomnienia sobie czegoś o całym tym kalejdoskopie wizji i dźwięków, lecz wiedza ta szybko zniknęła i ogarnęło mnie uczucie spokoju i relaksu, błogość tak wielka, że przesłoniła całą moją chęć przedstawienia swoich racji.

Wyciągnęłam przed siebie nogi, jakbym nie miała żadnych trosk – w tej chwili •Oczywiście nie miałam – i zaczęłam mówić. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek "łowiła tak szczerze i nie mogłam pojąć, dlaczego nagle tak się przed nim odsłoniłam. "powiedziałam mu o Wenezueli, o rodzicach, swoim dzieciństwie, niepokoju, życiu Pozbawionym znaczenia. Mówiłam o rzeczach, do których nie przyznałabym się na-w«t sarna przed sobą.

~ Od zeszłego roku studiuję antropologię. I naprawdę nie wiem, po co – powie"^ałam. Zaczynałam się lekko niepokoić tymi wyznaniami. Niespokojnie wierciłam

'S na ławce, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie dodać: – Dwa przedmioty,

"p^e mnie najbardziej interesują to literatura hiszpańska i niemiecka. Studia na wya*e antropologii przeczą wszystkiemu, co wiem o sobie.


F"

– Ten szczegół bardzo mnie intryguje – powiedział. – Teraz nie mogę go roztrząsać, ale wygląda na to, że zostałem tu przysłany po to, żebyś mnie znalazła, albo vice versa.

– Co to wszystko znaczy? – spytałam, po czym zarumieniłam się uświadamiając sobie, że wszystko interpretuję przez pryzmat swojej kobiecości.

Sprawiał wrażenie całkowicie świadomego stanu mojego umysłu. Wziął mojądłoń i przycisnął ją sobie do serca.

– Me gustas, nibelunga! – wykrzyknął dramatycznym tonem, po czym przetłumaczył te słowa na angielski: Bardzo mnie pociągasz, Nibelungu! – Rzucił mi spojrzenie latynoskiego kochanka, po czym zaniósł się ochrypłym śmiechem. – Jesteś przekonana, że prędzej czy później będę musiał ci to powiedzieć, więc równie dobrze mogę to wyznać teraz.

Zamiast się rozzłościć za to, że mi dokucza, roześmiałam się; jego poczucie humoru sprawiło mi ogromną przyjemność. Jedynym Nibelungiem, jakiego znałam, był ten z niemieckiej mitologii mojego ojca. Zygfryd i Nibelungi. O ile pamiętałam, były to zaczarowane skrzaty mieszkające pod ziemią.

– Nazywasz mnie skrzatem? – spytałam żartobliwie.

– Broń Boże! – zaprotestował. – Nazywam cię niemiecką mityczną istotą.

Wkrótce potem, jakby to była jedyna rzecz, jaką mogliśmy zrobić, pojechaliśmy w góry Santa Susana, w miejsce, gdzie się spotkaliśmy. Żadne z nas nie odezwało się ani słowem, kiedy usiedliśmy na klifie nad indiańskim cmentarzyskiem. Siedzieliśmy tak, połączeni poczuciem wspólnoty, niepomni tego, że popołudnie przemienia się w noc.

VII

Joe Cortez zaparkował swoją furgonetkę u stóp wzgórza. Obszedł wóz dokoła, żeby otworzyć mi drzwi i szarmancko pomógł mi wysiąść. Ulżyło mi, że w końcu się zatrzymaliśmy, chociaż nie wiem, dlaczego to zrobiliśmy. Znajdowaliśmy się na kompletnym odludziu. Jechaliśmy od wczesnego rana. Skwar, płaska pustynia, niemiłosierne słońce i kurz na drodze stały się teraz jedynie niewyraźnym wspomnieniem, kiedy wdychałam zimne, gęste nocne powietrze.

Ożywione wiatrem powietrze poruszało się wokół nas jak coś namacalnego, żywego. Na niebie nie było księżyca. Gwiazdy, niewiarygodnie liczne i jasne, zdawały się tylko potęgować naszą izolację. Pod tym przepychem rozciągały się wokół nas wzgórza i pustynią ledwo widoczne, pełne cieni i szemrzących dźwięków. Próbowałam zorientować się w kierunku, patrząc w niebo, ale nie umiałam rozpoznać konstelacji.

– Stoimy twarzą na wschód – szepnął Joe Cortez, jakbym głośno o to spytała-Następnie z wielką cierpliwością próbował mnie nauczyć głównych konstelacji na letnim niebie. Pamiętałam tylko gwiazdę Wegę, bo nazwa ta kojarzyła mi się z siedemnastowiecznym hiszpańskim pisarzem, Lope de Vega.

Kiedy tak siedzieliśmy w milczeniu na dachu jego furgonetki, patrząc na niebo, wróciłam myślami do wydarzeń towarzyszących nam w podróży.

Niespełna dwadzieścia cztery godziny temu, kiedy jedliśmy w japońskiej restauracji w centrum Los Angeles, ni z tego, ni z owego spytał mnie, czy nie chciałabym na parę dni pojechać z nim do Sonory.

– Bardzo bym chciała – odparłam impulsywnie. – Semestr się skończył. Jestem wolna. Kiedy planujesz wyjazd?

– Dziś wieczorem! – powiedział. – Prawdę mówiąc zaraz po tym jak zjemy. Roześmiałam się pewna, że jego zaproszenie było żartem.

– Nie mogę wyjechać tak nagle – zauważyłam. – Może jutro?

-Dzisiaj. – Uparł się. Potem ujął mojądłoń i uścisnął ją oficjalnie. Dopiero kiedy dostrzegłam zachwyt i wesoły błysk w jego oczach uświadomiłam sobie, że nie żegna się ze mną, tylko pieczętuje moją zgodę.

– Kiedy podejmuje się decyzję, należy natychmiast zacząć działać – oznajmił, a jego słowa zawisły przede mną w powietrzu. Oboje gapiliśmy się na nie, jakbyśmy rzeczywiście widzieli ich wielkość i kształt.

Kiwnęłam głową, ledwo świadoma tego, że podjęłam decyzję. Przede mną pojawiła się szansa, czekająca, nieuchronna. Nie musiałam robić nic, żeby ją sprowokować.

Nagle, ze wstrząsającą wyrazistością przypomniałam sobie inną podróż do Sonory, którą odbyłam rok wcześniej. Moje ciało zesztywniało ze strachu i szoku, kiedy w moim umyśle zaczęły pojawiać się oderwane od siebie obrazy. Wydarzenia, które miały miejsce w trakcie tej podróży tak całkowicie zostały wymazane z mojej świadomości, że jeszcze chwilę temu jakby zupełnie nie istniały. Teraz jednak stanęły mi przed oczami tak wyraźnie jak tego dnia, gdy to wszystko się wydarzyło.

Drżąc nie z zimna, lecz z nieokreślonego lęku, odwróciłam się twarzą do Joe Corteza i opowiedziałam o tej podróży. Patrzył na mnie z dziwną intensywnością. Jego oczy były niczym tunele, głębokie i nieprzejrzyści ciemne, wchłaniały moje przerażenie. Ale sprawiały też, że obrazy z tamtej podróży zaczęły się cofać. Kiedy straciły swoją intensywność, w moim umyśle zostały tylko już banalne, puste myśli. W tej chwili uważałam, że nie mogę wszystkiego opowiedzieć Joe Cortezo-wi, bo prawdziwa przygoda zawsze biegnie własnym torem i że najbardziej niezapomniane, ekscytujące wydarzenia mojego życia zawsze przebiegały bez żadnej interwencji z mojej strony.

– Jak mam do ciebie mówić? Joe Cortez czy Carlos Castaneda? – spytałam z okropną bezpośredniością.

Jego twarz miedzianej barwy skrzywiła się w uśmiechu.

-Jestem twoim kolegą z dzieciństwa. Daj mi imię. Ja będę cię nazywać Nibelung. Nie przychodziło mi do głowy żadne odpowiednie imię.

– Czy twoje imiona rządzą się jakąś zasadą? – spytałam.

– Cóż – zadumał się. – Joe Cortez to kucharz, ogrodnik, złota rączka, troskliwy 1 refleksyjny mężczyzna. Carlos Castaneda to człowiek ze świata nauki, ale jego jesz-&B chyba nie poznałaś. – Spojrzał na mnie bacznie i uśmiechnął się. W uśmiechu tym yio coś dziecinnego i intensywnie ufnego.

Postanowiłam, że będę na niego mówić “Joe Cortez".


Tę noc spędziliśmy – w osobnych pokojach – w motelu w Yumie w stanie Arizona. Po wyjeździe z Los Angeles przez całą długą podróż zamartwiałam się na śmierć, jak będziemy spali. Chwilami bałam się, że rzuci się na mnie jeszcze zanim dotrzemy do motelu. Był w końcu silnym, młodym mężczyzną, aż nadto pewnym siebie i energicznym. Nie martwiłabym się tak, gdyby był Amerykaninem lub Europejczykiem. On jednak był Latynosem i po prostu wiedziałam, jakie są jego przekonania. Przyjęcie jego propozycji spędzenia razem kilku dni oznaczało, że zgodzę się dzielić z nim łóżko.

Jego troskliwość i delikatność, jakie zachował przez całą podróż, doskonale pasowały do tego, czego się po nim spodziewałam: przygotowywał sobie grunt.

Było już późno, kiedy dojechaliśmy do motelu. Poszedł do biura, żeby dowiedzieć się o pokoje. Ja zostałam w samochodzie, wyobrażając sobie jeden tragiczny scenariusz po drugim.

Byłam tak pochłonięta tymi fantazjami, że nie zauważyłam, kiedy wrócił z biura. Słysząc, jak dzwoni przede mną pękiem kluczy, podskoczyłam na swoim fotelu i upuściłam brązową torbę, którą nieświadomie przyciskałam do piersi. Znajdowały się w niej moje przybory toaletowe, które kupiliśmy po drodze.

– Wynająłem dla ciebie pokój na tyłach motelu – powiedział. – Z dala od autostrady. – Wskazał na drzwi parę kroków od nas i dodał: – Ja będę spał tam, blisko ulicy. Przywykłem do spania w hałasie. – Zaśmiał się do siebie. – Zostały tylko te dwa pokoje.

Rozczarowana, wzięłam od niego klucz. Wszystkie moje scenariusze legły w gruzach. Nie była mi dana okazja odmówienia mu. Nie, żebym naprawdę chciała to zrobić. A jednak moja dusza domagała się zwycięstwa, choćby malutkiego.

– Nie rozumiem, dlaczego mamy wynajmować dwa pokoje – powiedziałam z wystudiowaną obojętnością. Ręka mi się trzęsła, kiedy zbierałam przybory toaletowe z podłogi i wpychałam je do torby. To, co powiedziałam, zabrzmiało w moich uszach niewiarygodnie, a jednak nie mogłam się powstrzymać. – Od hałasu nie będziesz mógł usnąć, a tak samo jak ja potrzebujesz snu. – Ani przez chwilę nie wierzyłam, że można usnąć w hałasie dobiegającym z autostrady.

Nie patrząc na niego wysiadłam z samochodu, po czym usłyszałam własny głos:

– Możemy spać w tym samym pokoju – to znaczy w dwóch łóżkach.

Stałam przez chwilę, osłupiała i przerażona. Nigdy w życiu nie zrobiłam czegoś takiego, nigdy też nie zareagowałam tak schizofrenicznie. Mówiłam rzeczy, których wcale nie miałam na myśli. A może miałam je na myśli, tylko nie wiedziałam, co czuję?

Jego uciecha położyła kres mojej dezorientacji. Roześmiał się tak głośno, że w jednym pokoju ktoś zapalił światło i wrzasnął, żebyśmy się zamknęli.

– Chcesz zostać ze mną w jednym pokoju, a potem wykorzystać mnie w środku nocy – powiedział między wybuchami śmiechu. – Zaraz potem jak wezmę prysznic. Nie ma mowy!

Spłonęłam takim rumieńcem, że uszy zaczęły mnie palić. Myślałam, że umr? ze wstydu. To nie był jeden z moich scenariuszy. Wróciłam do samochodu i trzasnęłam drzwiami.

– Zawieź mnie na przystanek autobusu Greyhounda – syknęłam z hamowaną wściekłością. – Po co, do diabła, zgodziłam się z tobąjechać? Powinnam iść do psychiatry! Wciąż się śmiejąc otworzył drzwi i delikatnie mnie wyciągnął z samochodu.

– Śpijmy nie tylko w jednym pokoju, ale i w jednym łóżku. – Popatrzył na mnie zarozumiale. – Proszę, kochaj się ze mną! – zaczął błagać, jakby rzeczywiście tego chciał. Oburzona, wyrwałam się z jego uścisku i wrzasnęłam:

– Kurwa, nigdy w życiu!

– No i masz – powiedział. – Odmawiasz tak stanowczo, że nie śmiem nalegać. – Wziął mnie za rękę i pocałował. – Odmówiłaś i usadziłaś mnie. Nie ma problemu. Zemściłaś się.

Odwróciłam się, gotowa się rozpłakać. Mój smutek nie był spowodowany tym, że Joe nie chciał spędzić ze mną nocy – gdyby rzeczywiście miał taki zamiar, to naprawdę nie wiedziałabym, co robić – lecz faktem, że znał mnie lepiej niż ja samą siebie. Nie chciałam dać wiary temu, co uważałam za jego schlebianie samemu sobie. Przejrzał mnie na wylot. Niespodziewanie to mnie wystraszyło.

Przysunął się bliżej i mnie przytulił. Był to słodki, zwyczajny gest. Tak jak to się zdarzało wcześniej, moje wzburzenie całkowicie zniknęło – jakby nigdy nie istniało. Odwzajemniłam jego gest i powiedziałam coś jeszcze bardziej niewiarygodnego:

– To najbardziej podniecająca przygoda mojego życia. – 1 od razu zapragnęłam cofnąć swoje słowa. Te, które padły z moich ust, nie pochodziły ode mnie. Nawet nie wiedziałam, co mam na myśli. To wcale nie była najbardziej podniecająca przygoda mojego życia. Odbyłam już wiele podniecających podróży. Zjechałam cały świat.

Moja irytacja sięgnęła zenitu, kiedy pocałował mnie na dobranoc, szybko i delikatnie, tak jak się całuje dziecko, co spodobało mi się wbrew własnej woli. Nie miałam już żadnej woli. Lekko popchnął mnie w korytarz prowadzący do mojego pokoju.

Przeklinając samą siebie usiadłam na łóżku i zaczęłam szlochać ze zdenerwowania, złości i żalu nad samą sobą. Odkąd pamiętam, zawsze zachowywałam się po swojemu. Przywykłam do tego. Mętlik w głowie i zagubienie były dla mnie doznaniem zupełnie nowym i niemile widzianym.

Spałam niespokojnie, całkowicie ubrana, dopóki wcześnie rano nie załomotał do nwich drzwi, żeby mnie obudzić.

Jechaliśmy cały dzień, klucząc po bocznych drogach. Jak twierdził wcześniej, Joe Cortez rzeczywiście okazał się bardzo troskliwym mężczyzną. Przez całą drogę był najmilszym, najbardziej opiekuńczym i zabawnym towarzyszem, jakiego tylko można sobie życzyć. Karmił mnie jedzeniem, piosenkami i historyjkami. Miał zdumiewająco PSboki, lecz czysty baryton. I znał wszystkie moje ulubione melodie.

Staromodne piosenki miłosne ze wszystkich krajów Ameryki Południowej, wszyst-We ich hymny, stare ballady, a nawet kołysanki.Jego historyjki tak mnie śmieszyły, aż rozbolały mnie mięśnie brzucha. Jako gawędziarz stale podsycał moją ciekawość. Był ™°<lzonym mimem. Jego niesamowita umiejętność naśladowania każdego akcentu po-"doiowoamerykańskiego – w tym portugalskiego z Brazylii – była czymś więcej niż tylko naśladownictwem, była istną magią.


– Lepiej zejdźmy z dachu samochodu. – Głos Joe Corteza przerwał moje zamyślenie. – Nocą na pustyni robi się zimno.

– To bardzo dzikie miejsce – powiedziałam, pragnąc wsiąść z powrotem do furgonetki i pojechać dalej. Z niepokojem patrzyłam, jak wyjmuje z samochodu jakieś torby. Kupił całą masę prezentów dla ludzi, których mieliśmy odwiedzić. – Dlaczego zaparkowałeś na takim odludziu?

– Zadajesz strasznie głupie pytania, Nibelungu – odparł. – Zaparkowałem , bo tu kończy się nasza podróż samochodem.

– Dotarliśmy do naszego tajemniczego celu podróży, o którym nie możesz mówić? – spytałam ironicznie.

Jedyną rzeczą, jaka rzucała cień na tę czarowną podroż było to, że nie chciał mi wyjawić, dokąd właściwie jedziemy.

W ułamku sekundy tak się na niego rozzłościłam, że miałam ochotę go walnąć. Myśl, że moja irytacja jest rezultatem długiego, męczącego dnia przyniosła mi ulgę.

– Jestem nieprzyjemna, ale naprawdę tego nie chcę – powiedziałam pogodnym tonem, który nawet mnie samej wydał się głupi. Mój głos był tak spięty, że zdradzał, ile mnie kosztuje wzięcie się w karby. Martwiło mnie, że tak łatwo i szybko potrafię się na niego złościć.

– Ty naprawdę nie umiesz rozmawiać – powiedział z szerokim uśmiechem. – Ty umiesz się tylko domagać.

– Och! Rozumiem, Joe Cortez poszedł sobie. Znowu będziesz mnie obrażał, Carlosie Castanedo?

Zachichotał radośnie w reakcji na moją uwagę, która wcale nie miała być zabawna.

– To miejsce wcale nie jest na odludziu – powiedział. – Nie opodal znajduje się miasto Arizpe.

– A granica USA jest na północy – wyrecytowałam. – A Chihuahua na wschodzie. A Los Angeles gdzieś na północny zachód stąd.

Lekceważąco pokręcił głową i ruszył przodem. W milczeniu szliśmy przez cha-parral, który bardziej wyczuwałam niż widziałam wzdłuż krętego, wąskiego szlaku. Ścieżka się poszerzyła, kiedy się zbliżyliśmy do rozległej polany otoczonej niskimi drzewami mesąuite. W ciemnościach wypatrzyłam sylwetki dwóch domów. W większym paliły się dwa światła. Mniejszy, ciemny dom stał nieco dalej. Podeszliśmy do dużego domu. Blade ćmy trzepotały w świetle, wślizgując się przez okiennice.

– Muszę cię ostrzec, że ludzie, których poznasz, są nieco dziwni – powiedział szeptem. – Nie odzywaj się. Ja będę mówił.

– Zawsze robię, co chcę – stwierdziłam. – 1 nie lubię jak mi się mówi, jak mam się zachowywać. Nie jestem dzieckiem. Poza tym mam nienaganne maniery. Zapewniam cię, że nie przyniosę ci wstydu.

– Cholera, przestań w końcu zadzierać nosa! – syknął, ledwo hamując gniew.

– Nie traktuj mnie tak, jakbym była twoją żoną, Carlosie Castanedo! – wrzasnęłam, wymawiając jego nazwisko tak, jak mi się to wydawało poprawne: z tyldą nad n, czego – jak wiedziałam – bardzo nie lubił.

On jednak się nie rozzłościł. Roześmiał się, jak to się często zdarzało, kiedy się spodziewałam wybuchu gniewu. “On się nigdy nie gniewa" – pomyślałam i westchnęłam ze zniechęceniem. Cechował go nadzwyczajny spokój. Nic nigdy go nie irytowało ani nie wyprowadzało z równowagi. Nawet kiedy krzyczał, zawsze brzmiało to jakoś dziwnie. Właśnie miał zapukać, kiedy drzwi się otworzyły. Jakiś chudy mężczyzna rzucał ciemny cień w prostokącie światła. Niecierpliwym ruchem ręki nakłonił nas do wejścia. Weszliśmy w korytarz, w którym stało mnóstwo roślin. Szybko, jakby bał się pokazać twarz, mężczyzna ruszył przodem i bez słowa powitania otworzył wewnętrzne drzwi z brzęczącymi szybkami.

Poszliśmy za nim ciemnym korytarzem, po czym przecięliśmy wewnętrzne patio, gdzie na plecionym krześle siedział jakiś młody mężczyzna, który grał na gitarze, śpiewając przy tym cichym, tęsknym głosem. Przerwał w chwili, gdy nas zobaczył. Nie odwzajemnił mojego powitania i podjął grę, gdy tylko skręciliśmy za róg i weszliśmy w następny, równie ciemny, korytarz.

– Dlaczego wszyscy tu są tacy nieuprzejmi? – szepnęłam do ucha Joe Cortezowi.

– To na pewno ten dom? Zachichotał cicho.

– Mówiłem ci, że to ekscentrycy – wymruczał.

– Na pewno znasz tych ludzi? – dopytywałam się.

– A cóż to za pytanie? – warknął cicho, lecz groźnie. – Oczywiście, że ich znam. Dotarliśmy do oświetlonego wejścia. Jego źrenice lśniły.

– Zostaniemy tu na noc? – spytałam z niepokojem.

-Nie wiem – szepnął mi do ucha, po czym pocałował mnie w policzek. – 1 proszę, nie zadawaj już pytań. – Robię, co mogę, żeby wykonać niemal niewykonalny manewr.

– Jaki manewr? – szepnęłam. Kiedy nagle coś sobie uświadomiłam, poczułam niepokój i dyskomfort, ale również podniecenie. Słowo manewr było kluczem.

Najwyraźniej znając moje najgłębsze odczucia, wziął wszystkie torby w jedną rękę, delikatnie ujął mnie za rękę i pocałował – od jego dotknięcia po całym ciele przeszedł mi przyjemny dreszczyk – po czym powiódł przez próg. Weszliśmy do wiel-faego, pogrążonego w półmroku, skąpo umeblowanego salonu. Nie tego się spodziewałam po prowincjonalnym meksykańskim salonie. Ściany i niski sufit były nieskazitelnie białe, a bieli tej nie zakłócały żadne obrazy ani tapety.

Pod ścianą naprzeciwko drzwi stała ogromna kanapa. Siedziały na niej trzy star*&, elegancko ubrane kobiety. Nie widziałam dobrze ich twarzy, ale w przyćmionym świetle wydały mi się dziwnie podobne – chociaż właściwie nie wyglądały tak samo ~ i niejasno znajome. Tak mnie to zaskoczyło, że ledwo zauważyłam dwoje ludzi sie•kących nieopodal na rozłożystych fotelach.

Chcąc szybko podejść do tych trzech kobiet, wykonałam gigantyczny skok. Nie ZWróciłam uwagi na to, że salon jest dwupoziomowy. Kiedy już złapałam równowagę, ^ostrzegłam piękny orientalny dywan i kobietę siedzącą w jednym z foteli.

~ Delia Flores! – wykrzyknęłam. – Mój Boże! Nie do wiary! – Dotknęłam jej, ^ciałam się bowiem upewnić, że to nie wytwór mojej wyobraźni. – Co się tu dzieje?


– spytałam, zamiast się z nią przywitać. W tej samej chwili uświadomiłam sobie, że kobiety na kanapie to te same kobiety, które poznałam w ubiegłym roku w domu uzdrowicielki.

Stałam, gapiąc się skamieniała, osłupiała z szoku. W kącikach ich ust pojawiły się lekkie uśmieszki, kiedy odwróciły się do siwego mężczyzny siedzącego w drugim fotelu.

– Mariano Aureliano. – Mój głos ograniczył się do cichego, drżącego szeptu. Uszła ze mnie cała energia. Odwróciłam się twarzą do Joe Corteza i tym samym słabym głosikiem oskarżyłam go o to, że zrobił mi głupi dowcip. Miałam ochotę krzyknąć na niego, wyrządzić mu krzywdę fizyczną. Nie miałam jednak siły nawet na to, by podnieść rękę. Ledwo zauważyłam, że podobnie jak ja stał jak wryty, a na jego twarzy malowało się zdumienie.

Mariano Aureliano podniósł się z fotela i podszedł do mnie z rozłożonymi rękoma.

– Tak się cieszę, że znowu cię widzę. – Jego głos był cichy, a oczy lśniły z podniecenia i radości. W niedźwiedzim uścisku podniósł mnie do góry. Moje ciało było bezwładne. Nie miałam siły – ani ochoty – odwzajemnić jego ciepłego uścisku. Nie mogłam z siebie wykrztusić ani słowa. Postawił mnie z powrotem i z taką samą wylewnością przywitał się z Joe Cortezem.

Podeszły do mnie Delia Flores i jej przyjaciółki. Jedna po drugiej obejmowały mnie i coś mi szeptały do ucha. Pocieszyły mnie ich pełne tkliwości uściski i łagodne głosy, ale nie rozumiałam ani słowa z tego, co mówiły. Mój umysł przestał pracować. Czułam i słyszałam, ale nie rozumiałam ani trochę z tego, co czułam i słyszałam.

Mariano Aureliano spojrzał na mnie i powiedział czystym głosem, który rozproszył mgłę w moim umyśle:

– Nie zostałaś nabrana. Od początku ci mówiłem, że zdmuchnę cię do niego.

– A więc jesteś... – Pokręciłam głową, nie mogąc dokończyć zdania, kiedy w końcu mnie olśniło, że Mariano Aureliano to ten człowiek, o którym Joe Cortez tyle mi opowiadał: to Juan Matus, szaman, który zmienił bieg jego życia.

Otworzyłam usta chcąc coś powiedzieć, ale znowu je zamknęłam. Miałam wrażenie, że zostałam odcięta od własnego ciała. Mój umysł nie mógł już w sobie pomieścić więcej zdumienia. Wtedy zobaczyłam, że z cienia wyłania się pan Flores. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że to ten mężczyzna, który nas wpuścił, po prostu zemdlałam.

Kiedy odzyskałam świadomość, leżałam na kanapie. Czułam się niezwykle wypoczęta i wolna od niepokoju. Zastanawiając się, jak długo byłam nieprzytomna, wstałam, podniosłam rękę i spojrzałam na zegarek.

– Byłaś nieprzytomna dokładnie dwie minuty i dwadzieścia sekund – oznajmił pan Flores, spoglądając na własny nadgarstek, na którym nie miał żadnego zegarka. Siedział na skórzanej otomanie koło kanapy. W pozycji siedzącej sprawiał wrażenie wyższego niż na stojąco, gdyż miał krótkie nogi i długi tułów. – Takie omdlenie to strasznie dramatyczna rzecz – powiedział, siadając koło mnie na kanapie. – Naprawdę, bardzo mi przykro, że cię wystraszyliśmy. – Jego żółtobursztynowe oczy, błyszczące od śmiechu, zadawały kłam szczerze stroskanemu głosowi. – 1 bardzo przepraszam, że

się, / tobą nie przywitałem w drzwiach. – Na jego twarzy malowało się rozbawienie graniczące z fascynacją, kiedy pociągnął mnie za warkocz. – Z tymi włosami schowanymi pod kapeluszem i w ciężkiej, skórzanej kurtce wziąłem cię za chłopaka.

Wstałam i musiałam przytrzymać się kanapy. Ciągle jeszcze trochę kręciło mi się w głowie. Niepewnie się rozejrzałam. Kobiet już nie było w pokoju, nie znalazłam też Joe Corteza. Mariano Aureliano siedział w jednym z foteli, utkwiwszy wzrok w przestrzeni przed sobą. Może spał z otwartymi oczami.

– Kiedy zobaczyłem, jak trzymacie się za ręce – ciągnął pan Flores – przestraszyłem się, że Charlie Pająk został gejem. – Powiedział całe to zdanie po angielsku. Słowa wymawiał pięknie, precyzyjnie i z wielkim smakiem.

– Charlie Pająk? – Roześmiałam się na dźwięk tego nazwiska i jego oficjalnej wymowy. – Kto to taki?

-Nie wiesz? – spytał, szeroko otwierając oczy w niekłamanym zdumieniu.

– Nie, nie wiem. A powinnam?

Podrapał się po głowie, zaskoczony moimi słowami, po czym spytał:

– To kogo trzymałaś za rękę?

– Trzymałam za rękę Carlosa, kiedy weszliśmy do tego pokoju.

-No właśnie – powiedział pan Flores, spoglądając na mnie z najwyższym uznaniem, jakbym rozwiązała jakąś szczególnie trudną zagadkę. Widząc moją nadal zaintrygowaną minę, dodał: – Carlos Castaneda to nie tylko Joe Cortez, ale również Charlie Pająk.

– Charlie Pająk – wymamrotałam cicho. – To bardzo chwytliwe nazwisko. – Ze wszystkich trzech nazwisk to podobało mi się najbardziej, bez wątpienia dlatego, że niezwykle lubiłam pająki. W ogóle się ich nie bałam, nawet tych dużych, tropikalnych. W kątach mojego pokoju zawsze pełno było pajęczyn. Za każdym razem, kiedy sprzątałam, nie mogłam się zmusić, żeby zniszczyć te cieniutkie sieci. – Dlaczego nazywa się Charlie Pająk? – spytałam z ciekawością.

– Różne imiona na różne sytuacje – pan Flores wyrecytował odpowiedź, jakby to było jakieś hasło. – Mariano Aureliano powinien ci wszystko wytłumaczyć.

– Czy pan Aureliano nazywa się również Juan Matus? Pan Flores z naciskiem pokiwał głową.

-Niezaprzeczalnie – powiedział z szerokim, radosnym uśmiechem. – On również ffla różne imiona na różne okazje.

– A co z panem, panie Flores? Pan też ma różne nazwiska?

– Flores to moje jedyne nazwisko. Genaro Flores. – Przybrał uwodzicielski ton. Pochylił się ku mnie i zaproponował przymilnym szeptem: – Możesz mi mó-*tó “Genarito".

Mimowolnie pokręciłam głową. Było w nim coś, co mnie przerażało bardziej

°iz Mariano Aureliano. Na racjonalnym poziomie nie mogłam dojść, co wywołyało u mnie takie odczucia. Na pozór pan Flores wydawał się bardziej bezpośred01 niż ten drugi. Był dziecinny, swawolny i luzacki. A jednak w jego obecności nie

SZułam się swobodnie.


– Mam tylko jedno imię – pan Flores wdarł się w moje rozważania – dlatego, że jestem nagualem.

– A co to jest nagual?

– Och, to strasznie trudno wytłumaczyć. – Uśmiechnął się rozbrajająco. – Tylko Mariano Aureliano albo Isidoro Baltazar potrafią to wytłumaczyć.

– Kto to jest Isidoro Baltazar?

– Isidoro Baltazar to nowy nagual.

– Proszę nie mówić nic więcej – powiedziałam z lękiem. Przyłożyłam dłoń do czoła i znowu usiadłam na kanapie. – Przez pana mam mętlik w głowie, panie Flores, a ciągle jeszcze jest mi trochę słabo. – Spojrzałam na niego błagalnie i spytałam:

– Gdzie jest Carlos?

– Charlie Pająk śni jakiś pajęczy sen – pan Flores wypowiedział całe to zdanie swym ekstrawagancko wymawianym angielskim, po czym zaśmiał się z niepocha-mowanym zadowoleniem, jakby się rozkoszował jakimś szczególnie udanym dowcipem. Zerknął z uciechą na Mariano Aureliano – wciąż wpatrującego się w ścianę

– po czym z powrotem przeniósł wzrok na mnie i znowu na swojego przyjaciela. Musiał wyczuć moje rosnące zrozumienie, bo bezradnie wzruszył ramionami, z rezygnacją podniósł ręce i powiedział: – Carlos, znany również jako Isidoro Baltazar pojechał odwiedzić...

– Wyjechał? – Mój krzyk sprawił, że Mariano Aureliano odwrócił się i spojrzał na mnie. Bardziej niepokoiło mnie przebywanie sam na sam z tymi dwoma starymi mężczyznami niż to, że Carlos Castaneda znany jest pod jeszcze jednym nazwiskiem i że jest nowym nagualem, cokolwiek to znaczyło.

Mariano Aureliano wstał z krzesła, skłonił się głęboko, po czym wyciągnął rękę, żeby pomóc mi wstać i powiedział:

– Cóż mogłoby być rozkoszniejszego i bardziej satysfakcjonującego dla dwóch starych mężczyzn niż pilnowanie cię, dopóki się nie obudzisz ze swych snów?

Nie mogłam się oprzeć jego ujmującemu uśmiechowi i staroświeckiej kurtuazji. Natychmiast się rozluźniłam.

– Rzeczywiście, nie ma nic bardziej rozkosznego – wesoło mu przytaknęłam i pozwoliłam się zaprowadzić przez korytarz do jasno oświetlonej jadalni i owalnego stołu z mahoniu na drugim końcu pokoju. Z galanterią podsunął mi krzesło, zaczekał, aż wygodnie usiądę, po czym orzekł, że nie jest za późno na kolację i że sam pójdzie do kuchni i przyniesie mi coś pysznego do jedzenia. Z wdziękiem odrzucił moją ofertę pomocy.

Pan Flores, zamiast normalnie podejść do stołu, robiąc gwiazdy pokonał dzielącą go odległość, obliczając jaz taką precyzją, że wylądował parę cali od stołu. Szczerząc zęby w uśmiechu usiadł koło mnie. Na jego twarzy nie było śladu zmęczenia; nawet się nie zadyszał.

– Chociaż twierdzi pan, że nie jest akrobatą, to i tak myślę, że razem z pańskim' przyjaciółmi występujecie w jakimś pokazie magii – powiedziałam. Pan Flores poderwał się z krzesła, krzywiąc się figlarnie.

-Masz absolutną rację. Występujemy w pokazie magii! – wykrzyknął, sięgając po jeden z dwóch glinianych dzbanków stojących na długim kredensie. Nalał mi filiżankę gorącej czekolady. – Jem do niej ser. – Ukroił mi plaster sera Machengo.

Razem smakowały wybornie.

Miałam ochotę na dokładkę, ale mi jej nie zaproponował. Pomyślałam, że jedna filiżanka – a była napełniona tylko do połowy – to za mało. Zawsze przepadałam za czekoladą i potrafiłam zajadać się nią bez żadnych złych skutków. Byłam pewna, że jeśli tylko skupię się na tym pragnieniu, naleje mi drugą filiżankę, choć nawet o to nie poproszę. Jako dziecko umiałam tak robić, kiedy bardzo czegoś chciałam.

Przyglądałam mu się chciwie, kiedy wyjmował z kredensu dwie dodatkowe filiżanki i dwa talerzyki. Zauważyłam, że między kryształami, porcelaną i srebrami na półkach stała dziwna kolekcja prehiszpańskich glinianych figurynek i prehistorycznych potworów z plastiku.

– To dom czarownic – powiedział konspiracyjnym tonem pan Flores, jakby mi tłumaczył bezsensowność bibelotów w kredensie na porcelanę.

– Żon Mariano Aureliano? – spytałam prowokacyjnie.

Nie odpowiedział, tylko nakazał mi ruchem ręki, bym się odwróciła. Tuż za mną stał Mariano Aureliano.

– Tych samych – powiedział wesoło Mariano Aureliano, stawiając na stole porcelanową wazę. – Tych samych czarownic, które ugotowały tę pyszną ogonówkę. – Srebrną łyżką wazową nalał mi pełen talerz zupy i zaproponował, bym dodała do niej cząstkę limony i plasterek awokado.

Posłuchałam jego rady, po czym kilkoma łykami pożarłam zupę. Zjadłam kilka talerzy, aż poczułam się fizycznie zaspokojona, niemal zapchana. Długo siedzieliśmy przy stole. Zupa ogonowa miała na mnie niezwykle kojące działanie. Byłam rozluźniona. Cały mój paskudny temperament gdzieś się ulotnił. Całą sobą, ciałem i duszą, byłam wdzięczna, że nie zużyłam energii na obronę.

Kiwając głową, jakby w milczeniu przytakiwał moim myślom, Mariano Aureliano obserwował mnie serdecznie i z rozbawieniem.

Już miałam się do niego zwrócić jako do Juana Matusa, kiedy przewidując mój zamiar, powiedział:

– Jestem Juanem Matusem dla Isidoro Baltazara. Dla ciebie jestem nagualem Mariano Aureliano. – Przysunął się z uśmiechem i szepnął poufnym tonem: – Mężczy-sna, który cię tu przywiózł to nowy nagual, nagual Isidoro Baltazar. Tego imienia powinnaś używać, kiedy mówisz do niego albo o nim.

-Nie całkiem śpisz, ale też nie całkiem czuwasz – tłumaczył dalej Mariano Aure-"ano – więc zrozumiesz i zapamiętasz wszystko, o czym mówimy. – Widząc, że chcę °Hi przerwać, dodał surowo: – 1 dzisiaj nie będziesz zadawać głupich pytań.

Dreszczem mnie przejął nie tyle jego ton, co pewna moc. Język mi stanął kołkiem, lecz głowa wykonała potakujący ruch.

– Musisz ją przetestować – pan Flores przypomniał przyjacielowi. W jego oczach Prawił się złośliwy błysk, kiedy dodał: – Albo jeszcze lepiej, jaja przetestuję.


Mariano Aureliano urwał, odczekał długą, pełną namysłu chwile, najeżoną złowróżbnymi możliwościami, po czym przyjrzał mi się krytycznie, jakby moje rysy twarzy stanowiły dla niego klucz do jakiejś ważnej zagadki.

Zahipnotyzowana jego ostrym, przenikliwym spojrzeniem, nawet nie zamrugałam.

W zamyśleniu pokiwał głową, a pan Flores spytał mnie głębokim, poważnym głosem:

– Jesteś zakochana w Isidoro Baltazarze?

I niech mnie wszyscy diabli, jeśli nie przytaknęłam mechanicznym, martwym głosem. Pan Flores przysunął się, aż nasze głowy niemal się zetknęły i szeptem drżącym od powstrzymywanego śmiechu spytał:

– Czy naprawdę szaleńczo, szaleńczo się w nim zakochałaś?

A ja znowu przytaknęłam i wtedy obaj mężczyźni wybuchnęli głośnym, radosnym śmiechem. Dźwięk ten, odbijający się po pokoju niczym piłeczki do ping-pon-ga, wreszcie przerwał mój trans. Uczepiłam się tego dźwięku i wyrwałam z zaklęcia.

– Co to, cholera, ma być?! – krzyknęłam z całych sił.

Obaj mężczyźni, przestraszeni, zeskoczyli z krzeseł. Spojrzeli na mnie, potem na siebie nawzajem i znowu zanieśli się ekstatycznym śmiechem. Im bardziej wymyślne były moje przekleństwa, tym bardziej rosła ich uciecha. W ich śmiechu było coś tak zaraźliwego, że i ja zaczęłam chichotać.

Kiedy tylko wszyscy się uspokoiliśmy, Mariano Aureliano i pan Flores zaczęli mnie bombardować pytaniami. Szczególnie ich interesowało, w jaki sposób i kiedy poznałam Isidoro Baltazara. Radował ich każdy absurdalny szczególik. Po czwartym czy piątym opowiedzeniu całej historii albo ją zmieniłam i wyolbrzymiłam, albo przypomniałam sobie szczegóły, o których zapamiętanie wcale bym się nie posądziła.

– Isidoro Baltazar przejrzał na wylot ciebie i całą sprawę – ocenił Mariano Aureliano, kiedy w końcu skończyłam swoje sprawozdania. – Ale jeszcze nie widzi wystarczająco dobrze. Nie mógł pojąć nawet tego, że przysłałem cię do niego. – Spojrzał na mnie złośliwie i poprawił się: – A właściwie to nie ja cię do niego wysłałem. Wysłał cię duch. Duch wybrał mnie, bym spełnił jego rozkaz, a ja cię do niego zdmuchnąłem, kiedy miałaś w sobie największą moc, w samym środku twego śnienia na jawie.

– Mówił od niechcenia, niemal obojętnie, tylko po jego oczach mogłam poznać wagę tych słów. – Może to twoja moc śnienia na jawie sprawiła, że Isidoro Baltazar nie uświadomił sobie, kim jesteś, chociaż widział. Chociaż duch mu o tym powiedział w chwili, gdy po raz pierwszy na ciebie spojrzał. Światła we mgle to ostateczny dowód. Jakie to głupie ze strony Isidoro Baltazara, że nie zobaczył tego, co oczywiste. – Zachichotał cicho, a ja potakująco kiwnęłam głową, nie wiedząc nawet z czym się zgadzam. – To ci pokazuje, że bycie czarownikiem to żadne wielkie halo – ciągnął.

– Isidoro Baltazar jest czarownikiem. Bycie człowiekiem oświeconym to zupełnie co innego. Na to czarownicy muszą czekać niekiedy całe życie.

– A jaka to różnica? – spytałam.

– Człowiek oświecony to przywódca – wyjaśnił głosem cichym i nieco tajemniczym. – Czarownicy potrzebują przywódców, którzy nas przeprowadzą przez nieznang Przywódcę poznaje się po jego uczynkach. Przywódcy nie mają metki z ceną na głowie, co znaczy, że nie można ich kupić, przekupić, albo wkupić się w ich łaski.

Usadowił się wygodniej na krześle i zaczął tłumaczyć, że wszyscy ludzie w jego grupie stawiają sobie za cel studiowanie życia przywódców na przestrzeni wieków, by sprawdzić, czy któryś z nich spełniał wymagania.

-1 znaleźliście jakichś?

– Paru – przyznał. – Ci, których znaleźliśmy, mogli być nagualami. – Przycisnął palce do moich ust i dodał: – Naguale są więc naturalnymi przywódcami, ludźmi obdarzonymi ogromną energią, którzy zostaj ą czarownikami, dodając jeszcze jedną ścieżkę do swojej działalności: nieznane. Jeżeli czarownikom tym uda się zostać ludźmi oświeconymi, wówczas nie istnieją dla nich właściwie żadne ograniczenia w tym, co robią.

– Czy kobiety... – Nie pozwolił mi dokończyć.

– Kobiety, jak się kiedyś dowiesz, mogą robić nieskończenie bardziej złożone rzeczy – zapewnił mnie.

– Czy Isidoro Baltazar przypomina ci kogoś, kogo kiedyś znałaś? – przerwał mu pan Flores.

– No cóż – zaczęłam przeciągle. – W jego obecności czułam się zupełnie swobodnie. Miałam wrażenie, że znam go całe życie. Przypominał mi może kogoś z dzieciństwa, jakiegoś zapomnianego przyjaciela.

-Więc naprawdę nie pamiętasz, że go wcześniej spotkałaś? – wtrącił pan Flores.

– To znaczy w domu Esperanzy? – spytałam, zastanawiając się, czy widziałam go w domu znachorki i nie pamiętałam tego.

Z rozczarowaniem pokręcił głową. Potem, najwyraźniej już nie zainteresowany moją odpowiedzią spytał, czy widziałam jak ktoś do nas machał w drodze do tego domu.

– Nie – odparłam. – Nie widziałam, żeby ktoś do nas machał.

– Zastanów się – nalegał.

Powiedziałam im, że za Yumą, zamiast jechać na wschód do Nogales autostradą 8

– najbardziej logiczną trasą – Isidoro Baltazar skierował się na południe do Meksyku, a potem na wschód przez “El Grań Desierto", po czym znowu na północ do Stanów Zjednoczonych przez Sonoyta do Ajo, Arizony i z powrotem do Meksyku do Caborca, gdzie zjedliśmy przepyszny lunch złożony z wołowego ozora w sosie z zielonego chili. Wsiadłam do samochodu z pełnym żołądkiem, więc prawie nie zwracałam uwagi na drogę – przyznałam się. – Wiem, że przejeżdżaliśmy przez Santa Ana, a potem skierowaliśmy się znowu na północ do Cananea i znowu na południe. Istny mętlik, J*śli chodzi o mnie.

– Nie pamiętasz, czy ktoś stał na drodze? – upierał się pan Flores. – Nikt na was We czekał?

Zacisnęłam powieki, usiłując zwizualizować sobie kogoś czekającego na nas. Ale

* tej podróży pamiętałam tylko historyjki, piosenki i fizyczne zmęczenie. I nagle, gdy

•l^ż miałam otworzyć oczy, mignął mi pod powiekami obraz mężczyzny. Powiedzia-^b im, że niejasno sobie przypominam, że na przedmieściach jednego z miast stał J*wś młody mężczyzna, którego wzięłam za autostopowicza.


– Może i machał do nas – powiedziałam. — Ale nie jestem pewna.

Obaj mężczyźni zachichotali jak dzieci, które ledwo mogą dochować tajemnicy.

– Isidoro Baltazar nie był zbyt pewien, czy nas znajdzie – zauważył wesoło Mariano Aureliano. – Dlatego wybrał tę boczną drogę. Pojechał ścieżką czarowników, szlakiem kojota.

– Dlaczego miałby nie być pewien, czy was znajdzie? – wtrąciłam.

– Nie wiedział, czy nas znajdzie dopóki nie zobaczył tego młodego mężczyzny, który do niego machał – wyjaśnił Mariano Aureliano. – Ten młody człowiek to strażnik z innego świata. Jego machanie było znakiem, że można jechać dalej. Isidoro Baltazar powinien wtedy się domyślić, kim naprawdę jesteś, ale bardzo cię przypomina, jest niezwykle ostrożny, a kiedy nie jest ostrożny, to z kolei niezwykle lekkomyślny.

– Urwał na chwilę, bym przyswoiła te słowa, po czym dodał znacząco: – Poruszanie się między tymi dwiema cechami to najpewniejszy sposób na przegapienie tego, co najważniejsze. Ostrożność zaślepia równie mocno jak lekkomyślność.

– Nie rozumiem tej logiki – wymruczałam ze zmęczeniem.

– Za każdym razem, gdy Isidoro Baltazar przyprowadza gościa – wyjaśnił – musi zwracać uwagę na sygnał strażnika, zanim może kontynuować swoją podróż.

– Kiedyś przywiózł dziewczynę, w której był zakochany. – Pan Flores się zaśmiał, zamykając oczy, jakby porwało go wspomnienie tamtej dziewczyny. – Wysoka, ciemnowłosa dziewczyna. Silna dziewczyna. Duże stopy. Ładna twarz. Przejechał całą Baja California, a strażnik w ogóle go nie przepuścił.

– To znaczy, że przywozi tu swoje dziewczyny? – spytałam z niezdrową ciekawością. – Ile już przywiózł?

– Całkiem sporo – powiedział wesoło pan Flores. – Oczywiście robił to na własną rękę. Twój przypadek to zupełnie co innego – wyjaśnił. – Nie jesteś jego dziewczyną, po prostu wracałaś. O mało nie padł, kiedy się dowiedział, że tak się wygłupił, przegapiając wszystkie wskazówki ducha. Był tylko twoim szoferem. Czekaliśmy na ciebie.

– Co by się stało, gdyby strażnika tam nie było?

– To, co zwykle się zdarza, kiedy Isidoro Baltazar przyjeżdża w towarzystwie

– odparł Mariano Aureliano. – Nie znalazłby nas, bo nie od niego zależy wybór, kogo wprowadzić w świat szamanów. – Jego głos był ponętnie miękki, gdy dodał: – Tylko wskazani przez ducha mogą zapukać do naszych drzwi, do których zostaną przyprowadzeni przez jednego z nas.

Już miałam się wtrącić, kiedy przypomniałam sobie jego przestrogę, bym nie zadawała głupich pytań i przycisnęłam rękę do ust.

Uśmiechając się z aprobatą, Mariano Aureliano powiedział następnie, że w moim wypadku to Delia mnie wprowadziła do ich świata.

– Jest jedną z kolumn, że tak powiem, które wspierają drzwi naszych drzwi. Drugą kolumną jest Clara. Poznasz jej syna.

W jego oczach i głosie był prawdziwy podziw, kiedy powiedział:

– Delia przekroczyła granicę tylko po to, by sprowadzić cię do domu. Granica jest faktem, ale szamani używają jej symbolicznie. Znajdowałaś się po drugiej stroje, więc trzeba było cię sprowadzić na tę stronę. Po tamtej stronie jest codzienny świat, po tej stronie jest świat szamanów.

Delia wprowadziła cię bardzo gładko, naprawdę profesjonalnie. Był to manewr bez zarzutu, który w miarę upływu czasu będziesz doceniać coraz bardziej.

Mariano Aureliano na wpół uniósł się z krzesła i sięgnął po porcelanową kompo-tierkę stojącą na kredensie. Postawił ją przede mną.

– Poczęstuj się. Są pyszne.

Zachwycona wpatrywałam się w mięsiste suszone morele w ręcznie malowanym naczyniu i skosztowałam jedną. Były więcej niż cudowne. Wepchnęłam trzy do ust. Pan Flores mrugnął do mnie.

– Nie krępuj się – zachęcił mnie. – Włóż je wszystkie do buzi, zanim zabierzemy talerz. .' Zarumieniłam się i spróbowałam przeprosić z ustami pełnymi moreli.

– Nie przepraszaj! – wykrzyknął Mariano Aureliano. – Bądź sobą, ale panuj nad sobą. Jeśli chcesz dokończyć morele, to je dokończ i już. Nie powinnaś tylko ich dokończyć, a potem tego żałować.

– No to je dokończę – powiedziałam, co ich wielce rozbawiło. ( – Wiesz, że w zeszłym roku spotkałaś Isidoro Baltazara? – spytał pan Flores. Tak niebezpiecznie balansował na przechylonym krześle, że mógł upaść do tyłu i przewrócić się na kredens z porcelaną. W jego oczach zamigotała pełna złośliwości uciecha, kiedy zaczął nucić znaną piosenkę ranchera. W miejsce właściwych słów wstawił tekścik o Isidoro Baltazarze, słynnym kucharzu z Tuscon, kucharzu, który nigdy nie tracił zimnej krwi, nawet gdy go posądzono o wkładanie zdechłych karaluchów do jedzenia.

– Och! – wykrzyknęłam. – Kucharz! Ten kucharz w kawiarni to był Isidoro Baltazar! Ale to niemożliwe – wymamrotałam. – On by chyba nie... – Urwałam w pół zdania.

Gapiłam się na Mariano Aureliano, mając nadzieję, że odkryję coś w jego twarzy, w tym orlim nosie, w przenikliwym spojrzeniu. Zadrżałam mimowolnie, jakbym nagle zmarzła. W jego zimnych oczach było coś dzikiego.

Tak? – Ponaglił mnie. – Myślisz, że on by nie... – Ruchem głowy dał mi znak, bym dokończyła.

Już miałam głupio odpowiedzieć, że nie wydaje mi się, by Isidoro Baltazar mógł tooie tak nikczemnie okłamać. Nie mogłam jednak z siebie tego wydusić.

Spojrzenie oczu Mariano Aureliano jeszcze stwardniało, ale byłam za bardzo zde-nerwowana, za bardzo współczułam samej sobie, żeby się przestraszyć.

A więc jednak nabrano mnie — w końcu wyrzuciłam z siebie, spoglądając na niego SBiewnie. – Isidoro Baltazar przez cały czas wiedział, kim jestem. To wszystko gra.

– To wszystko gra – ochoczo mi przytaknął. – Ale wspaniała gra. Jedyna, w jaką

*arto grać. – Urwał, jakby chciał mi dać czas na kolejne skargi. Zanim jednak zdąży*n to uczynić, przypomniał mi o peruce, którą naciągnął mi na głowę. – Skoro nie "^Poznałaś Isidoro Baltazara – który przecież nie był przebrany – to dlaczego my-^z. że on cię rozpoznał w tej peruce pudla?


Przez cały czas mi się przyglądał. Jego spojrzenie straciło całą twardość, teraz było smutne, zmęczone.

– Nie nabrano cię. Nawet nie zostałaś omamiona. Nie, żebym tego nie zrobił, gdyby się to okazało konieczne – zauważył lekkim tonem. – Od samego początku mówiłem ci, co jest co. Byłaś świadkiem zdumiewających wydarzeń, a jednak nie zwróciłaś na nie uwagi. Jak większości ludzi, magia kojarzy ci się z dziwacznym zachowaniem, rytuałami, narkotykami, zaklęciami. – Pochylił się ku mnie i zniżył głos do szeptu, po czym dodał, że prawdziwa magia to najsubtelniejsza i najbardziej misterna manipulacja percepcją.

– Prawdziwa magia – wtrącił pan Flores – nie pozwala na interwencję człowieka.

– Ale Mariano Aureliano twierdzi, że zdmuchnął mnie do Isidoro Baltazara – stwierdziłam z tupetem. – Czy to nie jest interwencja?

– Jestem nagualem – powiedział po prostu Mariano Aureliano. – Jestem nagualem Mariano Aureliano, a fakt bycia nagualem umożliwia mi manipulowanie percepcją.

Pilnie słuchałam jego słów, ale nie miałam najmniejszego pojęcia, co rozumie przez manipulowanie percepcją. Z czystego zdenerwowania sięgnęłam po ostatnią suszoną morelę na talerzu.

– Zemdli cię – powiedział pan Flores. – Jesteś taka malutka, a jednak prawdziwy z ciebie wrzód na... oku.

Mariano Aureliano stanął za mną, po czym w ten sposób nacisnął na moje plecy, że wykrztusiłam z siebie ostatnią morelę, którą włożyłam do ust.

VIII

W tym momencie kolejność wydarzeń, tak jak je pamiętam, zamazuje się. Nie wiem, co się stało potem. Może usnęłam i nie byłam tego świadoma, a może ucisk na plecy był tak silny, że zemdlałam.

Kiedy znowu odzyskałam świadomość, leżałam na macie na podłodze. Otworzyłam oczy i natychmiast uświadomiłam sobie intensywną jasność wokół mnie. Wyglądało to tak, jakby do pokoju wpadały promienie słońca. Zamrugałam parę razy zastanawiając się, czy coś mi się stało w oczy. Nie mogłam skupić wzroku.

– Panie Aureliano! – zawołałam. – Coś mi się stało w oczy. – Chciałam usiąść, ale nie mogłam.

Koło mnie stał nie Mariano Aureliano czy pan Flores, tylko jakaś kobieta. Pochylała się nade mną, zasłaniając światło. Czarne włosy spływały jej luźno z ramion. Miała okrągłą twarz i imponujący biust. Znowu usiłowałam usiąść. Nie dotknęła mnie, a jednak wiedziałam, że w jakiś sposób mnie przytrzymuje.

– Nie mów na niego “panie Aureliano" – powiedziała. – Ani “Mariano". To bardzo niegrzecznie z twojej strony. Mów na niego “nagual", a kiedy o nim mówisz, nazywaj go nagualem Mariano Aureliano. Lubi jak się go nazywa imieniem i nazwiskiem. – Miała melodyjny głos. Spodobała mi się.

Zirytowałam się. Chciałam ją spytać, dlaczego sobie ubzdurała, że jestem niegrzeczna. Słyszałam jak Delia i pozostałe kobiety zwracały się do niego, używając tozmaitych dziwacznych zdrobnień i cackały się z nim jakby był ich ulubioną lalką. Niewątpliwie bardzo mu się to podobało. Nie pamiętałam jednak kiedy i gdzie byłam świadkiem tego.

– Rozumiesz? – spytała kobieta.

Chciałam przytaknąć, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Bezskutecznie próbowałam otworzyć usta, żeby coś powiedzieć. Kiedy dopytywała się, czy rozumiem, zdołałam tylko kiwnąć głową.

Podała mi rękę, chcąc pomóc mi wstać. Zanim mnie dotknęła, podniosłam się, jakby pragnienie wstania zastąpiło kontakt z jej ręką i podciągnęło mnie do pozycji siedzącej.

Zdumiona tym zdarzeniem, chciałam ją o to spytać, lecz ledwo trzymałam się w pozycji wyprostowanej. Jeśli zaś chodzi o mówienie, to słowa po prostu nie chciały mi przejść przez gardło.

Parę razy pogłaskała mnie po głowie. Najwyraźniej była świadoma mojego stanu. Uśmiechnęła się miło i powiedziała:

– Śnisz.

Nie słyszałam, jak to mówiła, lecz wiedziałam, że te słowa przeszły z jej umysłu prosto do mojego. Pokiwała głową i powiedziała, że rzeczywiście słyszę jej myśli i że ona słyszy moje. Zapewniła mnie, że jest jak wymysł mojej wyobraźni, lecz może działać ze mną lub na mnie.

– Patrz! – rozkazała mi. – Nie poruszam ustami, a jednak mówię do ciebie. Zrób to samo.

Jej usta w ogóle się nie poruszały. Ciekawa, czy poczuję ruch jej warg, kiedy bezgłośnie wypowiada słowa, chciałam przyłożyć pałce do jej ust. Była bardzo przystojna, ale i groźna. Wzięła mnie za rękę i przycisnęła mój ą dłoń do swych uśmiechniętych warg. Nic nie poczułam.

“Jak mogę mówić, nie używając ust?" – pomyślałam.

– Masz dziurę między nogami – powiedziała prosto do mojego umysłu. – Skup na "lej swoją uwagę. Twoja cipka mówi.

Ta uwaga mnie rozśmieszyła. Roześmiałam się tak głośno, że straciłam oddech i znowu zemdlałam.

Kobieta potrząsnęła mną i mnie obudziła. Wciąż leżałam na tej samej macie na Podłodze, lecz opierałam się na grubej poduszce pod plecami. Zamrugałam i za-•"żałam, po czym wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na nią. Siedziała na podłoże koło mnie.

– Nie mam skłonności do omdleń – powiedziałam, dziwiąc się, że mogłam wypo-J^dzieć te słowa. Dźwięk własnego głosu był dla mnie tak uspokajający, że roześmia-wm się w głos i parę razy powtórzyłam to samo zdanie.

– Wiem, wiem – uspokoiła mnie. – Nie martw się, jeszcze i tak nie całkiem się "widałaś. Jestem Clara. Już się spotkałyśmy u Esperanzy.


Powinnam była zaprotestować albo spytać, co ma na myśli. Zamiast tego bez wahania zaakceptowałam to, że wciąż śpię i że się spotkałyśmy u Esperanzy.

Wspomnienia, mgliste myśli, obrazy ludzi, miejsc, zaczęły się powoli wyłaniać w moim umyśle. W mojej głowie pojawiła się jasna myśl: kiedyś mi się śniło, że ją spotkałam. To był sen. Nigdy nie myślałam o tym w kategoriach rzeczywistych wydarzeń. W chwili, gdy uczepiłam się tej myśli, przypomniała mi się Clara.

– Oczywiście, że się spotkałyśmy – powiedziałam triumfalnie. Ale spotkałyśmy się we śnie, więc nie jesteś prawdziwa. Teraz na pewno śnię, dlatego cię pamiętam.

Westchnęłam zadowolona, że wszystko dało się tak łatwo wytłumaczyć i rozluźniona, oparłam się o grubą poduszkę. W moim umyśle pojawiło się kolejne wyraźne wspomnienie ze snu. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy miałam ten sen, ale pamiętałam go tak dobrze, jakby to wydarzenie rzeczywiście miało miejsce. W tym śnie Delia przedstawiła mnie Clarze. Delia opisała Clarę jako najbardziej towarzyską ze śniących kobiet. “Ma przyjaciół, którzy ją uwielbiają" – wyznała Delia.

Clara z tego snu była dość wysoka, silna i pulchna. Obserwowała mnie bacznie, tak jak się obserwuje przedstawiciela nieznanego gatunku, z uwagą i nerwowym uśmiechem. A jednak, pomimo jej krytycznego spojrzenia, niezmiernie ją polubiłam. Jej oczy były zamyślone, uśmiechnięte i zielone. Z tej intensywnej czujności najlepiej zapamiętałam to, że patrzyła na mnie nieruchomym wzrokiem kota.

– Wiem, że to tylko sen, Clara – powtórzyłam, jakbym musiała upewnić samą siebie.

– Nie. To nie tylko sen, to wyjątkowy sen – gwałtownie mi zaprzeczyła. – Nie powinnaś mieć takich myśli. Myśli mają moc; uważaj na nie.

– Nie jesteś prawdziwa, Clara – upierałam się spiętym, wysokim głosem. – Jesteś snem. Dlatego na jawie cię nie pamiętam. Widząc mój upór, Clara zachichotała.

– Nigdy nie próbowałaś sobie mnie przypomnieć – wyjaśniła w końcu. – To nie ma sensu, nie ma powodu. My, kobiety, jesteśmy potwornie praktyczne. To nasza największa wada albo największy skarb.

Już miałam ją spytać, jaki jest praktyczny aspekt tego, że teraz ją sobie przypomniałam, kiedy uprzedziła moje pytanie.

– Ponieważ siedzę przed tobą, musisz mnie pamiętać. I pamiętasz. – Pochyliła się i wbijając we mnie swój koci wzrok, dodała: – 1 już mnie nie zapomnisz. Czarownicy, którzy mnie wychowali, powiedzieli, że kobiety potrzebują podwójnej liczby wszystkiego, żeby to sobie utrwalić. Muszą dwa razy coś ujrzeć, przeczytać, przestraszyć się, itd. My spotkałyśmy się już dwa razy. Teraz stałam się namacalna i rzeczywista.

By udowodnić, jak jest namacalna, podciągnęła rękawy bluzki i napięła bicepsy.

– Dotknij – zachęciła mnie.

Chichocząc uczyniłam to. Rzeczywiście miała twarde, wyraźnie zaznaczone mu-skuły. Wydały mi się bardzo rzeczywiste. Kazała mi też dotknąć jej mięśni uda i łydki.

– Jeżeli to wyjątkowy sen – powiedziałam ostrożnie – to co ja w nim robię?

– Wszystko, czego dusza zapragnie – odparła. – Na razie świetnie sobie radzisz. Nie mogę cię jednak poprowadzić, bo nie jestem twoją nauczycielką śnienia. Jestem

po prostu grubą czarownicą, która opiekuje się innymi czarownicami. Moja partnerka, Delia, wprowadziła cię w świat czarowników, jak położna. Ale to nie ona cię znalazła. Znalazła cię Florinda.

– Kim jest Florinda? – Zachichotałam bez opanowania. – 1 kiedy mnie znalazła?

– Florinda to inna czarownica – powiedziała rzeczowo Clara, po czym również zaczęła chichotać. – Poznałaś ją. To ta, która zabrała cię w swój sen w domu Esperanzy. Pamiętasz piknik?

– Ach – westchnęłam ze zrozumieniem. – Mówisz o tej wysokiej kobiecie z ochrypłym głosem? – Przepełniła mnie promienna radość. Zawsze podziwiałam wysokie kobiety.

– O tej wysokiej kobiecie z ochrypłym głosem – przytaknęła Clara. – Znalazła cię parę lat temu na przyjęciu, na którym byłaś ze swoim chłopakiem. Na luksusowym przyjęciu w Houston w Teksasie, w domu nafciarza.

– A co czarownica miałaby robić na przyjęciu w domu nafciarza? – spytałam. Wtedy zrozumiałam pełne znaczenie jej wypowiedzi. Odjęło mi mowę. Chociaż nie pamiętam, żebym widziała Florindę, niewątpliwie przypominałam sobie to przyjęcie. Poszłam na nie z przyjacielem, który przyleciał z Los Angeles swoim prywatnym odrzutowcem po to tylko, żeby pójść na przyjęcie, a następnego dnia odleciał z powrotem. Byłam jego tłumaczką. Na przyjęciu było paru meksykańskich biznesmenów, którzy nie znali angielskiego. – Jezu! – wykrzyknęłam półgłosem. – Co za przedziwny splot okoliczności!

– Bardzo szczegółowo opisałam Clarze to przyjęcie. Wtedy po raz pierwszy byłam w Teksasie. Jak jakaś zwariowana fanka oglądałam się za mężczyznami – nie dlatego, że byli przystojni, lecz dlatego, że wyglądali zdumiewająco w swych kapeluszach Stetsona, pastelowych garniturach i kowbojskich butach. Nafciarz zatrudnił muzyków. W nocnym klubie wybudowanym specjalnie na tę okazję dali show godny Las Yegas. Wnętrze pulsowało głośną muzyką i stroboskopowymi światłami. A jedzenie było fantastyczne.

-Ale dlaczego Florinda miałaby iść na takie przyjęcie? – spytałam.

– Świat szamanów jest najdziwniejszą rzeczą pod słońcem – powiedziała w odpowiedzi Clara. Bez użycia rąk podskoczyła jak akrobatka z pozycji siedzącej do stojącej. Zaczęła w tę i z powrotem chodzić przed moją matą po pokoju. Wyglądała imponująco w ciemnej spódnicy z pełnego klosza, kowbojskiej kurtce – barwnie haftowanej na plecach – i mocnych kowbojskich butach. Australijski kapelusz, naciągnięty nisko na czoło jakby miał ją chronić przed słońcem południa, był ostatnim akcentem w jej ekscentrycznym, dziwacznym wyglądzie. – Jak ci się podoba mój strój? – spyta-&> przystając przede mną. Jej twarz promieniała.

– Jest wspaniały. – Zachwyciłam się. Z pewnością miała dryg do noszenia każde-EO rodzaju stroju. – Naprawdę super.

Klęknęła przede mną na macie i powiedziała konfidencjonalnym szeptem:

– Delia zzieleniała z zazdrości. Ciągle prześcigamy się w tym, która wymyśli bar-^iej zwariowany strój. Musi być zwariowany, ale nie głupi. – Przez chwilę milczała, Jej oczy uważnie mi się przyglądały. – Zapraszamy do udziału – zaproponowała. ""Chcesz się włączyć do naszej gry?


Z zapałem pokiwałam głową, a ona wymieniła zasady.

– Oryginalność, praktyczność, niska cena i brak wysokiego mniemania o sobie – trajkotała. Potem znowu wstała i zakręciła się parę razy po pokoju. Śmiejąc się, klapnęła koło mnie i powiedziała: – Florinda uważa, że powinnam cię zachęcić do wzięcia udziału w naszej grze. Mówi, że na tym przyjęciu odkryła, że masz wyczucie absolutnie praktycznych strojów.

Ledwo zdołała dokończyć to zdanie, dostała ataku śmiechu.

– Czy Florinda rozmawiała tam ze mną? – spytałam i spojrzałam na nią chytrze, zastanawiając się, czy powie mi to, co ominęłam w swoim opowiadaniu, informację, której nie chciałam udzielić.

Clara pokręciła głową, po czym uśmiechnęła się z roztargnieniem, odrzucając w ten sposób dalsze pytania o przyjęcie.

– W jaki sposób Delia znalazła się na tamtym chrzcie w Nogales w Arizonie? – spytałam, przenosząc ciężar rozmowy na wydarzenia z innego przyjęcia.

– Florinda ją tam wysłała – przyznała Clara, wtykając rozpuszczone włosy pod australijski kapelusz. – Nieproszona dostała się na przyjęcie twierdząc, że przyszła z tobą.

– Chwileczkę! – przerwałam jej. – To nie sen. Co ty próbujesz ze mną zrobić?

– Próbuję cię poinstruować – upierała się Clara, nie rezygnując z obojętnego tonu. Mówiła gładko, niemal od niechcenia. Nie sprawiała wrażenia zainteresowanej efektem, jaki wywierały na mnie jej słowa. Mimo to przyglądała mi się uważnie, gdy dodała: – To jest sen i z całą pewnością rozmawiamy w twoim śnie, bo ja również śnię twój sen.

To, że jej dziwaczne słowa wystarczyły, by mnie uspokoić, było dla mnie dowodem, że to jednak sen. Mój umysł się uspokoił, stał się senny i skłonny zaakceptować tę sytuację. Usłyszałam własny głos, który wydobywał się z mojego gardła bez udziału mej woli.

– Florinda w żaden sposób nie mogła wiedzieć o tym, że jadę do Nogales – powiedziałam. – Zaproszenie od znajomej przyjęłam pod wpływem impulsu.

– Wiedziałam, że będzie to dla ciebie niezrozumiałe. – westchnęła Clara. Potem, zaglądając mi w oczy i starannie dobierając słowa, oznajmiła: – Florinda jest w większym stopniu twoją matką niż jakakolwiek matka, którą miałaś.

Jej stwierdzenie wydało mi się niedorzeczne, lecz nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.

– Florinda cię czuje – ciągnęła Clara. W jej oczach zamigotały diabelskie ogniki, kiedy dodała: – Ma takie urządzenie namierzające. Zawsze wie, gdzie jesteś.

– Jakie znowu urządzenie? – spytałam, nagle całkowicie odzyskując kontrolę nad umysłem. Myśl, że ktoś zawsze wie, co robię, przepełniła mnie przerażeniem.

– Jej uczucia do ciebie są tym urządzeniem — powiedziała Clara z piękną prostotą, tonem tak miękkim i harmonijnym, że zniknął cały mój niepokój.

– Jakie uczucia wobec mnie, Clara?

– Kto wie, dziecko? – powiedziała tęsknie. Podciągnęła nogi, objęła je rękoma i oparła brodę na kolanach. – Nigdy nie miałam takiej córki.

Nastrój z powrotem zmienił mi się raptownie z rozbawienia w niepokój. W typowy dla siebie racjonalny, przemyślany sposób zaczęłam się zamartwiać subtelnymi implikacjami stwierdzenia Clary. I znowu moje racjonalne rozważania przywró-gjły wątpliwości. To nie mógł być sen. Nie spałam, moja koncentracja była zbyt intensywna, by mogło być inaczej.

Ześlizgując się po poduszce, na której się opierałam, przymknęłam oczy. Wciąż obserwowałam Clarę przez rzęsy zastanawiając się, czy powoli zniknie tak jak znikają ludzie i sceny w snach. Nie zniknęła. Na chwilę zyskałam pewność, że nie śpię i że nie śpi też Clara.

– Nie, to nie jawa – zaprzeczyła, znowu wkraczając w moje myśli.

– Mogę mówić – powiedziałam, chcąc w ten sposób udowodnić swoją świadomość.

– Wielkie rzeczy! – zarechotała. – Teraz zrobię coś, co cię obudzi, żebyś mogła kontynuować rozmowę na jawie. – Ostatnie słowo wymówiła z wielką starannością, przeciągając je z przesadą.

– Czekaj. Czekaj, Clara – poprosiłam. – Daj mi czas, żebym mogła się do tego przystosować. – Wolałam nie mieć pewności, co może ze mną zrobić.

Ignorując moje prośby Clara wstała i sięgnęła po dzban z wodą stojący na pobliskim stole. Wciąż chichocząc pochyliła się nade mną z dzbanem w ręce. Próbowałam przekręcić się na bok, ale nie mogłam. Ciało nie chciało mnie usłuchać, zupełnie jakby zostało przyklejone do maty. Zanim Clara rzeczywiście polała mnie wodą, poczułam zimny, delikatny deszczyk na twarzy. To właśnie to zimno, a nie wilgoć wywołało u mnie przedziwne odczucia. Najpierw zamazało mi przed oczami pochyloną nade mną twarz Clary, tak jak drobne fale zniekształcają powierzchnię wody. Potem ten chłód umiejscowił się w moim brzuchu i wciągnął mnie do środka jak rękaw przewleczony na lewą stronę. Moją ostatnią myślą było, że utonę w dzbanie wody. Zaczęły mnie otaczać bąbelki ciemności, aż wszystko stało się czarne.

Kiedy znowu przyszłam do siebie, nie leżałam już na macie na podłodze, tylko na kanapie w salonie. U stóp kanapy stały dwie kobiety, gapiąc się na mnie zaciekawionymi, szeroko otwartymi oczami. Florinda, wysoka, siwa kobieta o ochrypłym głosie, siedziała koło mnie, nucąc starą kołysankę – a przynajmniej tak mi się wydawało – i z wielką czułością głaszcząc mnie po włosach, twarzy, rękach.

Jej dotyk i dźwięk głosu nie pozwoliły mi wstać. Po prostu leżałam, wpatrując się w nią nieruchomym wzrokiem pewna, że to jeden z tych moich wyrazistych snów, które zawsze zaczynają się jako sny, a kończąjako nocne koszmary. Florinda mówiła «o mnie. Kazała mi spojrzeć sobie prosto w oczy. Jej słowa płynęły bezszelestnie niczym motyle. To, co ujrzałam w jej oczach przepełniło mnie znajomym uczuciem — irracjonalnym, skrajnym przerażeniem, jakiego doświadczałam w swych koszma-rach. Podskoczyłam i rzuciłam się do drzwi. Była to automatyczna, zwierzęca reakcja, Jaką zwykle miałam we snach.

-Nie bój się, moja kochana – powiedziała wysoka kobieta, idąc za mną. – Rozluź-^j się. Jesteśmy tu, by ci pomóc. Nie ma powodu do zdenerwowania. Wyrządzisz krzywdę swemu małemu ciałku, ulegając niepotrzebnemu strachowi.


Zatrzymałam się przy drzwiach, nie dlatego, że mnie namówiła do pozostania, ale dlatego, że nie mogłam ich otworzyć. Gorączkowo pchałam je i szarpałam, ale ani drgnęły. Wysoka kobieta stała tuż za mną. Moje drżenie nasiliło się. Trzęsłam się tak bardzo, że bolało mnie całe ciało, a serce biło tak głośno i nierówno, aż byłam pewna, że pęknie.

– Nagual! – zawołała wysoka kobieta, spoglądając przez ramię. – Lepiej zrób coś. Ona umrze ze strachu.

Nie widziałam, do kogo mówi, ale w swych dzikich próbach ucieczki dostrzegłam drugie drzwi na przeciwległym końcu pokoju. Byłam pewna, że zostało mi wystarczająco dużo energii do tego, by się do nich rzucić, ale nogi się pode mną ugięły. Zupełnie jakby całe życie ze mnie wyciekło, osunęłam się na podłogę. Wydałam z siebie ostatnie tchnienie. Długie ręce kobiety spłynęły na mnie niczym skrzydła ogromnego orła. Podtrzymała mnie, przyłożyła usta do moich ust i wdmuchnęła we mnie powietrze.

Powoli moje ciało się rozluźniło, tętno wróciło do normy. Przepełnił mnie dziwny spokój, który szybko przeszedł w dzikie podniecenie. To nie strach mnie tak podniecił, lecz jej oddech. Był gorący, drapał mnie w gardło, płuca, żołądek, lędźwia, przenikając mnie od dłoni aż po stopy. W ułamku sekundy zrozumiałam, że ta kobieta wygląda dokładnie tak samo jak ja, ale jest wyższa, tak wysoka, jak ja bym chciała być. Poczułam do niej taką miłość, że zrobiłam coś zupełnie niedorzecznego: pocałowałam ją namiętnie.

Poczułam, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu. Nagle odrzuciła głowę do tyłu i się roześmiała.

– Ten mały szczurek mnie pocałował – powiedziała, zwracając się do reszty.

– Ja śnię! – wykrzyknęłam i wszyscy roześmiali się z dziecięcą żywiołowością.

Początkowo i ja nie mogłam się nie roześmiać. Jednakże po paru chwilach znowu wróciłam do swojego ,ja" – zawstydziłam się tego impulsywnego uczynku i rozzłościłam, że mnie na nim przyłapano.

Wysoka kobieta mnie objęła.

Jestem Florinda – powiedziała, podniosła mnie i utuliła w ramionach, jakbym była maleńkim dzieckiem. – Ty i ja jesteśmy takie same – ciągnęła. – Jesteś taka malutka, jaką i ja bym chciała być. Wysoki wzrost to wada. Nikt nie może cię nawet wziąć na ręce. Mam pięć stóp i dziesięć cali wzrostu.

– Ja mam pięć stóp i dwa cale – wyznałam i obie wybuchnęłyśmy śmiechem – tak doskonale się rozumiałyśmy. Ten drugi cal zawsze sobie dodawałam. Byłam pewna, że Florinda ma raczej pięć stóp i dwanaście cali, ale zawsze zaokrąglała do dziesięciu. Ucałowałam ją w policzki i w oczy. Kochałam jąmiłością całkowicie dla mnie niezrozumiałą. Było to uczucie, którego nie zakłócały wątpliwości, strach czy oczekiwania. Była to miłość, jaką czuje się tylko we śnie.

Najwyraźniej całkowicie mnie rozumiejąc, Florinda zaśmiała się cicho. Nieuchwytne światło w jej oczach, upiorna biel jej włosów coś mi przypominały. Miałam wrażenie, że znam ją od urodzenia. Przyszło mi do głowy, że dzieci, którym podobają się ich

wjasne matki, to dzieci zgubione. Miłość synowska w połączeniu z uwielbieniem dla gzyczności matki musi dać w rezultacie uczucie totalnej miłości – takiej jak ta, którą czułam do owej wysokiej, tajemniczej kobiety. , Postawiła mnie z powrotem na ziemi.

– To jest Carmela – powiedziała, odwracając mnie w stronę pięknej, ciemnookiej jcJemnowłosej kobiety. Miała delikatne rysy twarzy i nieskazitelną cerę. Jej skóra była gładka i kremowa jak u kogoś, kto dużo czasu spędza w domu. > – Kąpię się tylko w świetle księżyca – szepnęła mi do ucha, obejmując mnie. r– Powinnaś robić to samo. Masz za jasną cerę, żeby przebywać na słońcu. Niszczysz gubię skórę.

To właśnie jej głos, bardziej niż cokolwiek innego, wydał mi się znajomy. Była to ta sama kobieta, która zadawała mi wszystkie te bezpośrednie, osobiste pytania na pikniku. Przypomniałam sobie ją w pozycji siedzącej; wtedy sprawiała wrażenie małej i kruchej. Ku memu zdziwieniu była trzy lub cztery cale wyższa ode mnie. W porów-naniu z jej mocnym, umięśnionym ciałem, moje było zupełnie nijakie.

•“ Obejmując mnie ramieniem, Florinda podprowadziła mnie do drugiej kobiety, która piała koło kanapy, gdzie się obudziłam. Była umięśniona i wysoka, ale nie aż tak wysoka jak Florinda. Nie miała klasycznej urody – jej rysy twarzy były zbyt ostre – a jednak było w niej coś uderzającego, coś niezmiernie atrakcyjnego, również ten ledwo widoczny meszek nad górną wargą, którego najwyraźniej nie zamierzała usunąć za po-mocą wosku, czy rozjaśnić. Wyczuwałam w niej jakąś niesamowitą siłę, wzburzenie całkowicie opanowane, a jednak istniejące.

•“ – To jest Zoila – powiedziała do mnie Florinda.

Zoila nie wykonała żadnego ruchu, by mi uścisnąć dłoń, czy objąć. Carmela roześmiała się i powiedziała do Zoili:

– Bardzo się cieszę, że znowu cię widzę.

Usta Zoili ułożyły się w prześliczny uśmiech, odsłaniający białe, duże, równe zęby. Kiedy jej długa, szczupła dłoń połyskująca pierścionkami ze szlachetnymi kamieniami przesunęła się po moim policzku, uświadomiłam sobie, że to właśnie ta twarz ukrywa-h się pod skłębioną masą włosów. To Zoila obszyła belgijską koronką płótno, na którym siedziałyśmy podczas pikniku.

Trzy kobiety otoczyły mnie i zaproponowały, żebym usiadła na kanapie.

– Kiedy cię spotkałyśmy po raz pierwszy, śniłaś – powiedziała Florinda. – Więc tok naprawdę nie miałyśmy czasu na rozmowę. Ale tym razem nie śnisz, więc opo-Wiedz nam o sobie.

Już miałam jej przerwać i powiedzieć, że to sen i że na pikniku, czy śniłam, czy też

•yłam przytomna, opowiedziałam im wszystko, co warto o mnie wiedzieć.

_'' – Nie, nie. Mylisz się – powiedziała Florinda, jakbym na głos wypowiedziała swoJ* ffiyśli. – Teraz jesteś całkowicie przytomna. A my chcemy wiedzieć, co robiłaś od

^Zego ostatniego spotkania. Opowiedz nam dokładnie o Isidoro Baltazarze.

; — To znaczy, że to nie jest sen? – spytałam bojaźliwie.

T — Nie. To nie sen – zapewniła mnie. – Pięć minut temu śniłaś, ale teraz to co innego.


– Nie widzę żadnej różnicy.

– Dlatego, że jesteś dobrą śniącą – wyjaśniła. – Twoje koszmary są prawdziwe, sama tak mówiłaś.

Całe ciało miałam spięte. I nagle, jakby wiedziało, że nie zniesie kolejnego ataku lęku, ustąpiło. Poddało się chwili. Powtórzyłam im to, co już powiedziałam i co ponownie opowiedziałam Mariano Aureliano i panu Floresowi. Tym razem jednak pamiętałam szczegóły, które wtedy zupełnie przeoczyłam, na przykład dwie strony twarzy Isidoro Baltazara, dwa jednoczesne nastroje, jakie zdradzały jego oczy. Lewe oko było groźne, prawe – przyjazne, otwarte.

– To niebezpieczny człowiek – stwierdziłam, porwana własnymi obserwacjami. – Ma dziwną moc poruszania wydarzeniami w każdą stronę, w jaką tylko sobie życzy, sam zaś pozostaje na zewnątrz patrząc, jak ty się skręcasz.

Kobiety były oczarowane moimi słowami. Florinda dała mi znak, bym nie przerywała.

– Ludzie tak ulegają jego wdziękowi dlatego, że Isidoro to bardzo hojny człowiek – ciągnęłam. – A hojność to prawdopodobnie jedyna cecha, jakiej nikt z nas nie może się oprzeć, gdyż jesteśmy wywłaszczeni, nie zwracamy uwagi na swoją przeszłość. – Uświadamiając sobie, co powiedziałam, urwałam raptownie i spojrzałam na nie, osłupiała. – Nie wiem, co mnie naszło – wymamrotałam, próbując je przepraszać. – Naprawdę nie wiem, dlaczego to powiedziałam, skoro sama nigdy w tych kategoriach nie myślałam o Isidoro Baltazarze. To nie ja mówię. Ja nawet nie potrafię wydawać takich opinii.

– Nieważne, dziecko, skąd bierzesz te myśli – powiedziała Florinda. – Najwyraźniej podłączasz się do samego źródła. Wszyscy tak robią – podłączają się do samego źródła – ale by mieć świadomość tego, trzeba być czarownikiem.

Nie rozumiałam tego, co próbowała mi powiedzieć. Powtórzyłam, że nie miałam zamiaru tak rozpuszczać języka.

Florinda zachichotała i przez parę chwil przyglądała mi się w zamyśleniu.

– Zachowuj się tak jak we śnie. Bądź śmiała i nie przepraszaj – powiedziała.

Czułam się głupio, nie potrafiłam przeanalizować własnych uczuć. Florinda pokiwała głową, jakby na znak zgody, po czym odwróciła się do swych towarzyszek i powiedziała:

– Opowiedzcie jej o nas.

Carmela odchrząknęła i nie patrząc na mnie powiedziała:

– Nasza trójka i Delia tworzymy zespół. Zajmujemy się światem codziennym. Słuchałam łapczywie każdego słowa, ale w ogóle jej nie rozumiałam.

– Jesteśmy zespołem czarowników, którzy zajmują się ludźmi – wyjaśniła Carmela. – Jest jeszcze inny zespół utworzony z czterech kobiet, które w ogóle nie zajmują się ludźmi. – Ujęła mnie za rękę i obejrzała moją dłoń – jakby chciała odczytać z niej mój ą przyszłość – po czym delikatnie zacisnęła ją w pięść i dodała: – Ogólnie rzecz biorąc jesteś taka jak my. To znaczy możesz zajmować się ludźmi. Przypominasz zwłaszcza Florindę. – Znowu urwała i z marzycielskim wyrazem twarzy powtórzyła to, co już mi powiedziała Clara: – To Florinda cię znalazła. Dlatego W czasie, kiedy znajdujesz się w świecie czarowników, należysz do niej. Ona cię poprowadzi i będzie się tobą opiekować. – W jej głosie brzmiała tak wielka pewność, że ogarnął mnie prawdziwy niepokój.

– Do nikogo nie należę – powiedziałam. – I nie potrzebuję, żeby ktoś się mną opiekował. – Mój głos był spięty, nienaturalny, niepewny.

Kobiety obserwowały mnie w milczeniu, uśmiechając się z roztargnieniem.

– Myślicie, że potrzebuję przewodnika? – spytałam defensywnym tonem, spoglądając z jednej na drugą. Miały na wpół zamknięte oczy, usta rozchylone w takim samym zamyślonym uśmiechu. Ledwo dostrzegalny ruch brodą jasno mówił, że czekają, aż dokończę swą myśl. – Uważam, że sama doskonale sobie radzę – skończyłam koślawo.

– Pamiętasz, co wyprawiałaś na przyjęciu, zanim cię znalazłam? – spytała mnie Florinda.

Kiedy gapiłam się na nią ze zdumieniem, Carmela szepnęła mi do ucha:

-Nie martw się, zawsze wszystko da się jakoś wytłumaczyć. – Kiwnęła na mnie palcem, ani trochę nie zaniepokojona. Ogarnęła mnie panika na myśl, że mogą wiedzieć o tym, że na tym przyjęciu chodziłam nago na oczach kilkudziesięciu osób.

Do tej pory moje zachowanie, jeśli nie napawało mnie dumą, to przynajmniej było dla mnie do przyjęcia. Zgodnie z moim sposobem myślenia, to co zrobiłam na tamtym przyjęciu, było manifestacją mojej spontaniczności. Najpierw przejechałam się z gospodarzem konno w sukni wieczorowej i na oklep, by mu pokazać – po tym, jak mi rzucił wyzwanie – że umiem jeździć konno jak kowboj. Miałam wujka w Wenezueli, który miał farmę ogierów i od maleńkości jeździłam konno. Kiedy wygrałam ten zakład, oszołomiona wysiłkiem i alkoholem, wskoczyłam do jego ogromnego basenu – nago.

– Byłam koło basenu, kiedy weszłaś nago – powiedziała Florinda, najwyraźniej czytając w moich myślach. – Otarłaś się o mnie gołymi pośladkami. Zaszokowałaś wszystkich, łącznie ze mną. Podobała mi się twoja odwaga. A ponad wszystko spodobało mi się to, że przeszłaś nago z drugiego końca basenu po to, żeby się o mnie otrzeć. Wzięłam to za znak, że duch mi cię wskazuje.

– To niemożliwe – wymamrotałam. – Gdybyś była na przyjęciu, zapamiętałabym cię.. Jesteś zbyt wysoka i za bardzo zwracasz na siebie uwagę, żebym mogła cię przeoczyć. – Nie zamierzałam prawić jej komplementów, chciałam tylko przekonać samą siebie, że jestem ofiarą żartu, manipulacji.

– Spodobało mi się, że stawałaś na głowie, żeby tylko się popisać – ciągnęła "orinda. – Byłaś pajacem skłonnym za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę, zwłasz-^a kiedy wskoczyłaś na stół i chwilę tańczyłaś, bezwstydnie trzęsąc pośladkami, 8 gospodarz darł się jak opętany.

Zamiast mnie zawstydzić, jej uwagi przepełniły mnie niewiarygodnym spoko-Jcni i radością. Poczułam się uwolniona. Tajemnica wyszła na jaw, tajemnica, której ™gdy nie śmiałam wyjawić i która polegała na tym, że jestem pajacem, który zrobi


wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ogarnął mnie nowy nastrój, niewątpliwie bardziej pokorny, mniej defensywny. Obawiałam się jednak, że taki nastrój nie potrwa długo. Wiedziałam, że wszystkie olśnienia, jakie pojawiały się w moich snach, szybko znikały. Być może jednak Florinda miała rację i to wcale nie był sen, a mój nowy stan umysłu przetrwa.

Trzy kobiety, najwyraźniej świadome moich myśli, z emfazą pokiwały głowami. Ich potwierdzenia, zamiast mnie uspokoić, tylko wzmogły mój ą niepewność. Tak jak się obawiałam, mój nastrój miał krótki żywot. W ciągu paru chwil utonęłam w wątpliwościach. I zapragnęłam wytchnienia.

– Gdzie jest Delia? – spytałam.

– Jest w Oaxaca – odparła Florinda, po czym dodała: – Przyjechała tu tylko po to, żeby się z tobą przywitać.

Pomyślałam, że jeżeli zmienię temat, trochę odetchnę i będę miała szansę odbudować siły. Stanęłam w obliczu czegoś, z czym nie potrafiłam sobie poradzić. Nie mogłam wprost oskarżyć Florindy – jak bym to normalnie uczyniła wobec każdej innej osoby – o to, że kłamie, by mną manipulować. Nie mogłam jej powiedzieć, że podejrzewam je o to, że mnie upiły i przenosiły z pokoju do pokoju, kiedy byłam nieprzytomna.

– To, co mówisz, jest zupełnie niedorzeczne, Florinda – oskarżyłam ją. – Nie spodziewaj się, że wezmę to poważnie. – Przegryzłam dolną wargę i rzuciłam jej przeciągłe, twarde spojrzenie. – Wiem, że Delia chowa się w którymś z tych pokoi.

Oczy Florindy zdawały się mówić, że rozumie moje dylematy.

– Nie masz innego wyjścia, jak tylko mi uwierzyć – powiedziała. Chociaż jej głos brzmiał łagodnie, było w nim coś ostatecznego.

Odwróciłam się do pozostałych dwóch kobiet z nadzieją, że usłyszę od nich jakąś odpowiedź, coś, co złagodzi mój rosnący niepokój.

– Jeżeli ktoś cię prowadzi, bardzo łatwo jest śnić – stwierdziła Carmela. – Jedynym minusem jest to, że tym kimś musi być nagual.

– Ciągle słyszę o jakimś nagualu – powiedziałam. – Co to takiego ten nagual?

– Nagual to czarownik obdarzony ogromną mocą, który potrafi poprowadzić innych czarowników przez ciemność i wyprowadzić z niej – wyjaśniła Carmela. – Ale niedawno powiedział ci to sam nagual. Nie pamiętasz?

Kiedy całe moje ciało skupiło się na próbie przypomnienia sobie tego, wtrąciła się Florinda.

– Łatwo sobie przypomnieć wydarzenia życia codziennego. Mamy w tym wielką wprawę. Ale wydarzenia ze snów to zupełnie inna sprawa. Musimy bardzo się starać, żeby je przywołać – z tego prostego powodu, że ciało przechowuje je w innym miejscu.

U kobiet, które nie miewają takiego lunatycznego mózgu jak twój – powiedziała – nauka śnienia zaczyna się od narysowania mapy własnego ciała. To pracochłonne zajęcie, które ujawnia, w której części ciała przechowywane są wizje ze snów.

– W jaki sposób rysuje się taką mapę, Florindo? – spytałam, szczerze zaciekawiona.

– Systematycznie stukając w każdy centymetr ciała – odparła. – Ale nie mogę

-owiedzieć nic więcej. Jestem twoją matką, a nie nauczycielką śnienia. Nauczycielka taka poleca do tego drewniany młoteczek. I radzi, by ostukiwać tylko nogi i bio-ifca. Bardzo rzadko ciało przechowuje te wspomnienia w klatce piersiowej czy brzuchu. To, co jest przechowywane w klatce piersiowej, brzuchu i plecach to wspomnienia z życia codziennego. Ale to zupełnie inna historia.

“• W twoim przypadku chodzi o to, że przypominanie sobie snów ma związek z fizycznym uciskaniem konkretnego miejsca, gdzie przechowywana jest dana wizja. fja przykład, jeżeli będziesz popychać swoją pochwę, uciskając łechtaczkę, przypo-0misz sobie, co ci powiedział Mariano Aureliano – zakończyła ze zwykłą wesołością.

Spojrzałam na nią, wstrząśnięta, po czym wybuchnęłam nerwowym, urywanym fceiechem. Nie zamierzałam sobie niczego popychać.

Florinda również się roześmiała, najwyraźniej rozbawiona moim wstydem. tj" – Jeżeli tego nie zrobisz – zagroziła – to każę Carmeli, żeby cię wyręczyła. < Odwróciłam się do Carmeli. Z półuśmiechem zapewniła mnie, że naprawdę wyręby mnie w popychaniu mojej pochwy.

– Nie ma potrzeby! – krzyknęłam przerażona. – Wszystko pamiętam! – 1 rzeczywiście wszystko mi się przypomniało. I to nie tylko słowa Mariano Aureliano, ale również inne wydarzenia.

– Czy pan Aureliano...

– Clara mówiła, żebyś nazywała go “nagual Mariano Aureliano" – Carmela weszła mi w słowo.

– Sny to drzwi do nieznanego – powiedziała Florinda, głaszcząc mnie po głowie. – Naguale prowadzą za pomocą snów. A akt śnienia mający jakiś cel jest sztuką, jaką posiedli naguale. Nagual Mariano Aureliano pomógł ci wejść w sny, które wszystkie śniłyśmy.

Parę razy zamrugałam oczami. Pokręciłam głową, po czym znowu opadłam na poduszki na kanapie, zaszokowana absurdalnością tego, co mi się przypominało.

Pamiętałam, że śniły mi się rok temu w Sonorze, że był to sen, który – jak mi się wydawało – trwał całą wieczność. W tym śnie spotkałam Clarę, Nelidę i Hermelindę. Łfflągrupę, śniące. Powiedziały mi, że przywódcą tej grupy jest Zulejka, ale że jeszcze nie może mi się przyśnić.

Kiedy wspomnienie tego snu stało się jasne w moim umyśle, stało się dla mnie jasne również to, że wśród tych kobiet żadna nie była ani gorsza ani lepsza od reszty. To, że jedna kobieta w każdej grupie była przywódcą, nie było kwestią władzy, pre-8ożu, czy osiągnięć, lecz po prostu kwestią biegłości. Nie wiedziałam dlaczego, ale tyłam przekonana, że liczyło się dla nich jedynie głębokie uczucie, jakie żywiły do 8»ebie nawzajem.

W tym śnie wszystkie mi mówiły, że Zulejka jest moją nauczycielką śnienia. Tyl*o tyle zapamiętałam. Tak jak mi to powiedziała Clara, musiałam jeszcze raz je zoba-^ć lub śnić o nich, by wiedza na ich temat się utrwaliła. Na razie były tylko nie-'Knwytnymi wspomnieniami.


Niewyraźnie usłyszałam głos Florindy, która mówiła, że po paru próbach nabiorę wprawy w przechodzeniu ze wspomnień snów do obecnego snu, a potem do normalnego stanu jawy.

Usłyszałam jej chichot, ale nie byłam już w pokoju. Znalazłam się na zewnątrz, szłam przez chaparral. Szłam powoli niewidoczną ścieżką, nieco zaniepokojona, bo nie było żadnego światła, księżyca, ani gwiazd na niebie.

Popychana przez jakąś niewidzialną siłę, wkroczyłam do dużego pokoju. Wewnątrz byłoby całkowicie ciemno, gdyby nie linie światła biegnące między twarzami ludzi siedzących w dwóch kręgach – wewnętrznym i zewnętrznym. Światło rozbłysło, po czym znowu się ściemniło, jakby ktoś w kręgu bawił się wyłącznikiem elektryczności.

Rozpoznałam Mariano Aureliano i Isidoro Baltazara siedzących plecami do siebie pośrodku wewnętrznego kręgu. Nie tyle rozpoznałam ich twarze, co energię. Energia ta nie była jaśniejsza ani inna niż energia pozostałych. Po prostu było jej więcej; istniała w wielkim nagromadzeniu. Była to jedna wielka, wspaniała bryła niewyczerpanej jasności.

Cały pokój wypełnił się białym światłem. Wszystkie przedmioty stały się wyraziste, każda krawędź i każdy kąt nabrały ostrości. W pokoju tym panowała taka jasność, że wszystko zdawało się istnieć osobno, samoistnie, zwłaszcza te linie światła, które łączyły ludzi siedzących w kręgu – czy też które z nich emanowały. Wszyscy zebrani byli połączeni tymi liniami i wyglądali jak punkty zawieszenia jakiejś gigantycznej pajęczyny. Porozumiewali się bez słów, poprzez to światło. To ciche napięcie elektryczne zaczęło mnie wciągać, aż i ja stałam się punktem w tej świetlnej pajęczynie.

– Co się teraz stanie? – spytałam, podnosząc wzrok na Florindę. Leżałam na kanapie, z głową na jej kolanach.

Nie odpowiedziała. Nie odezwała się też ani Carmela, ani Zoila, które z zamkniętymi oczami siedziały koło niej. Kilka razy powtórzyłam to pytanie, ale w odpowiedzi usłyszałam jedynie delikatny oddech trzech kobiet. Byłam pewna, że śpią, a jednak czułam na sobie ich ciche, przenikliwe spojrzenia. Ciemność i cisza przemieszczały się po całym domu jak coś żywego, przynosząc ze sobą lodowaty wiatr i zapach pustyni.

IX

Drżąc z zimna, ciasno otuliłam się kocem i usiadłam. Znajdowałam się w obcym łóżku, w obcym pokoju, gdzie stało tylko to łóżko i stolik nocny, a jednak wszystko wydawało mi się znajome. Mimo to nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak jest. Pomyślałam, że być może ciągle jeszcze śpię. Skąd mam wiedzieć, że to nie sen? Opadłam z powrotem na poduszki. Leżałam tak z rękoma pod głową, a mój umysł wypełnił się na wpół snami, na wpół wspomnieniami dziwnych wydarzeń, których byłam świadkiem i w których wzięłam udział.

Oczywiście wszystko zaczęło się rok wcześniej, kiedy pojechałam z Delią Flores ,jo domu uzdrowicielki. Delia twierdziła, że piknik, na którym wszystkich poznałam, fcył snem. Wyśmiałam ją wtedy i uznałam jej oświadczenie za niedorzeczne.

A jednak miała rację. Teraz wiedziałam, że ten piknik rzeczywiście był snem. Nie moim snem, lecz snem, który śnili pozostali i do którego zostałam zaproszona. Uczestniczyłam w nim gościnnie. Błędem z mojej strony było to, że tak zawzięcie temu zaprzeczałam, że odrzucałam to jako oszustwo nie wiedząc jednocześnie, co uważam za oszustwo. W rezultacie udało mi się tak całkowicie wyprzeć z umysłu to wydarzenie, że w ogóle nie byłam go świadoma.

Teraz musiałam zaakceptować fakt, że istnieje ścieżka snów, droga, którą biegną tylko one. Gdybym zapamiętała sen z Sonory jako nic innego, jak tylko sen, powróciłoby zdumienie wywołane tym, co się w nim wydarzyło.

Im dłużej zastanawiałam się nad wszystkimi rzeczami, które mi się teraz przyda-izały, tym bardziej rósł mój niepokój. Ale najbardziej zdumiało mnie to, że naprawdę nie bałam się tych ludzi, którzy – choć skorzy do pomocy – ze wszech miar byli przerażającą bandą. I nagle mnie olśniło, że nie boję się ich dlatego, że doskonale ich znam. Dowodem było to, że oni sami nazwali to dziwne, lecz uspokajające uczucie: uczucie, że wracam do domu.

Odsunęłam od siebie wszystkie te myśli, gdy tylko je sformułowałam, po czym zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy może jestem psychicznie niezrównoważona, a oni znaleźli sposób, by się na tym skupić, a poprzez to wzmóc ten mój stan. W poważny i systematyczny sposób dokonałam przeglądu historii swej rodziny, usiłując przypomnieć sobie wszystko, co mogłam usłyszeć o przypadkach chorób umysłowych.

Była historia ciotecznego dziadka ze strony matki, który z Biblią w ręku prawił kazania na rogach ulic. A potem przypomniał mi się mój pradziadek i dziadek, którzy po rozpoczęciu odpowiednio, I i II wojny światowej popełnili samobójstwo uświadamiając sobie, że wszystko stracili. Jedna z moich babć strzeliła sobie w głowę, kiedy zdała sobie sprawę, że straciła urodę i sex appeal.

Lubiłam wierzyć, że swoje uczucie oderwania od rzeczywistości odziedziczyłam jako wnuczka tych świrów. Zawsze uważałam, że to wrażenie jest przyczyną Wojej śmiałości.

Te ponure myśli wywołały u mnie taki niepokój, że wyskoczyłam z łóżka. Nerwowy-HH, gwałtownymi ruchami wyplątałam się spod koca. Ku mej niewysłowionej konsternacji z°baczyłam, że jestem ubrana w ciężką, flanelową koszulę nocną. Miałam na sobie też Snibe, wełniane podkolanówki, rękawiczki bez palców i rozpinany sweter.

– Pewnie jestem chora – z przerażeniem wymamrotałam pod nosem. – Bo dlacze-80 miałoby mi być zimno w tych wszystkich ciuchach? – Normalnie spałam nago, Uzależnię od klimatu.

Dopiero wtedy zauważyłam promienie słońca w pokoju. Wpadały przez gru•*» na wpół przezroczyste szyby. Byłam pewna, że obudziło mnie to delikatne

**iatło padające na moje oczy. Strasznie chciało mi się iść do łazienki. Obawiając


się, że w tym domu może nie być kanalizacji, podeszłam do otwartych przesuwanych drzwi na drugim końcu pokoju i znalazłam za nimi toaletę z nocnikiem z przykrywką.

– Cholera jasna! Przecież nie mogę się załatwić w umywalni! – wrzasnęłam. Drzwi się otworzyły i weszła Florinda.

– Wszystko w porządku – powiedziała, obejmując mnie. – Mamy tu wychodek. Toaleta to relikt przeszłości.

– Jakie szczęście, że już rano. – Roześmiałam się. – Nikt nigdy się nie dowie, że się boję chodzić po ciemku do wychodka.

Florinda rzuciła mi dziwne spojrzenie, po czym odwróciła wzrok i w końcu spytała szeptem:

– Dlaczego uważasz, że jest rano?

– Przed chwilą obudziło mnie słońce – powiedziałam, podchodząc do okna. Z niedowierzaniem spojrzałam na mrok za szybą.

Twarz Florindy się rozjaśniła. Wydawało mi się, że panuje nad sobą, ale nagle jej ramiona zatrzęsły się ze śmiechu, kiedy wskazała na żarówkę w lampie stojącej za łóżkiem. Wzięłam jasną żarówkę za światło słoneczne.

– Skąd u ciebie ta pewność, że się obudziłaś? – spytała. Odwróciłam się, spojrzałam na nią i powiedziałam:

Z nieodpartej potrzeby udania się do łazienki. Ujęła mnie za rękę i powiedziała:

– Zaprowadzę cię do wychodka, zanim się skompromitujesz.

– Nigdzie nie pójdę, dopóki mi nie powiesz, czy śnię, czy nie! – wrzasnęłam.

– Ale temperamencik! – wykrzyknęła Florinda, zniżając głowę, aż czołem dotknęła mojego czoła. Szeroko otworzyła oczy. – Śnisz na jawie – dodała, starannie wymawiając każde słowo.

Pomimo rosnącego niepokoju zaczęłam się śmiać. Dźwięk własnego śmiechu, który rozbrzmiewał w pokoju niczym odległe echo, rozwiał mój niepokój. W tej chwili nie kłopotało mnie już to, czy śnię czy też nie. Całą uwagę skupiłam na dotarciu do toalety.

– Gdzie jest ten wychodek? – zawarczałam.

– Wiesz, gdzie – odparła Florinda, krzyżując ręce na piersi. – 1 nigdy nie dotrzesz do niego w porę, jeżeli nie zechcesz się tam znaleźć. Ale nie przenoś wychodka do swojego łóżka. To się nazywa “leniwe śnienie", najprostsza droga do zapaskudzenia sobie łóżka. Leć szybko do wychodka.

Ku memu wielkiemu przerażeniu okazało się, że nie mogę dojść do drzwi. Moje stopy odmówiły posłuszeństwa. Powoli i niepewnie, jakby nie potrafiły zdecydować się, w którą stronę pójść, zaczęły stawiać kroki. Nie chcąc pogodzić się z faktem, że nie mam już panowania nad własnymi stopami, spróbowałam przyśpieszyć ich ruch, podnosząc je rękami.

Florindy najwyraźniej nie obchodziło to, co robię. Ze zdenerwowania i żalu nad samą sobą w oczach pojawiły mi się łzy, kiedy tak stałam jakbym zapuściła korzenie. Moje usta wypowiedziały słowo pomocy, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– Co się dzieje? – spytała, ujmując mnie pod ramię i delikatnie stawiając na podłodze. Zdjęła mi te grube wełniane skarpety i obejrzała moje stopy. Teraz spra-^iała wrażenie szczerze zatroskanej. Chciałam jej wytłumaczyć, że moja niemoż-gość poruszania się jest spowodowana emocjonalnym wyczerpaniem. Ale chociaż bardzo się starałam, nie potrafiłam ubrać myśli w słowa. Kiedy tak usiłowałam wydobyć z siebie jakiś dźwięk zauważyłam, że coś jest nie tak z moim wzrokiem: nie mogłam go już skupić. Twarz Florindy rozmazywała mi się przed oczami, cho-eiaż wytężałam wzrok i przybliżałam do niej własną twarz. – Wiem, co się z tobą dzieje – szepnęła mi do ucha. – Musisz iść do wychodka. Zrób to! Spraw, byś się tam znalazła!

Z emfazą pokiwałam głową. Wiedziałam, że faktycznie śnię na jawie, czy też raczej znajduję się w innej rzeczywistości, w której jeszcze nie całkiem znalazłam swoje ffiiejsce, ale do której miałam dostęp przez tych ludzi. Nagle, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, poczułam wielki spokój. I raptownie znalazłam się w wychodku, nie jakimś ze snu, lecz prawdziwym.

Długo badałam swoje otoczenie, sprawdzałam, czy to prawdziwe miejsce. Było pmwdziwe.

Potem znalazłam się z powrotem w pokoju, chociaż nie wiedziałam, jak to się dało. Florinda wypowiedziała jakiś komplement pod adresem mojej umiejętności śnie-ma. Nie zwracałam większej uwagi na jej pochwały, gdyż zainteresowała mnie sterta koców pod ścianą. Nie zauważyłam jej po przebudzeniu, a jednak byłam pewna, że już jąkiedyś widziałam.

Uczucie spokoju zniknęło szybko, kiedy próbowałam sobie przypomnieć, gdzie widziałam te koce. Moja udręka wzrosła. Nie wiedziałam już, czy jestem w tym sa-srym domu, do którego przyjechałam wieczorem z Isidoro Baltazarem, czy też w ja-tómś innym miejscu.

* – Czyj to pokój? – spytałam. – 1 kto mnie opatulił w to ubranie? – Przeraziłam się dźwięku własnego głosu.

Florinda pogłaskała mnie po głowie i łagodnym, cichym głosem odparła, że na

*Kie to mój pokój. I że mnie opatuliła, bym nie zmarzła. Wyjaśniła, że pustynia jest B*odnicza, zwłaszcza nocą.

Przyglądała mi się z tajemniczym wyrazem twarzy, jakby miała na myśli również co

*nego. A to mnie zaniepokoiło, gdyż w jej słowach nie znalazłam żadnej aluzji do tego, 9 czym mogła myśleć. Moje myśli płynęły bez celu. Doszłam do wniosku, że kluczowym słowem jest pustynia. Nie wiedziałam, że dom czarownic znajdował się na pustyni.

**Zyjechaliśmy tu tak klucząc, że nie udało mi się dokładnie określić położenia domu.

*r – Czyj to dom, Florindo? – spytałam.

* Najwyraźniej zmagała się z jakimś głębokim problemem, bo wyraz jej twarzy

*8hał się między zamyśleniem a troską.

^ – Jesteś w domu – odparła w końcu, głosem pełnym uczucia. Zanim j ednak zdąży*** Jej przypomnieć, że nie odpowiedziała na moje pytanie, ruchem ręki dała mi znak,

*^n milczała i wskazała na jakąś postać w drzwiach.


Coś zaszeptało w mroku na zewnątrz. Mógł to być wiatr i liście, ja jednak wiedziałam, że nie jest to żadne z nich. Dźwięk ten był kojący, znajomy, nasunął mi na myśl piknik. A zwłaszcza słowa Mariano Aureliano: “Zdmuchnę cię tak jak innych, do osoby, która teraz znajduje się w posiadaniu mitu".

Słowa te zadźwięczały mi w uszach. Odwróciłam się myśląc, że może Mariano Aureliano wszedł do pokoju i powtarza je na głos.

Florinda kiwnęła głową. Czytała w moich myślach. A jej wzrok, utkwiony we mnie, zmuszał mnie, bym zaakceptowała swoje rozumienie jego słów. Na pikniku nie zastanawiałam się zbytnio nad jego stwierdzeniem, było dla mnie zbyt absurdalne. Teraz tak bardzo byłam ciekawa, kim naprawdę są “pozostali", że nie mogłam pozwolić, by mi umknął temat rozmowy.

– Isidoro Baltazar mówił o jakichś ludziach, którzy z nim pracują – zaczęłam ostrożnie. – Powiedział, że zostali mu powierzeni i że jego świętym obowiązkiem jest im pomóc. Czy oni zostali do niego... zdmuchnięci? – spytałam z wahaniem.

Florinda potakująco pokiwała głową, a na jej ustach zaigrał lekki uśmieszek, jakby wahanie, z jakim wypowiedziałam słowo “zdmuchnięci", było czymś zabawnym.

– Stary nagual zdmuchnął ich do nowego naguala. To kobiety i są do ciebie podobne.

– Podobne? – spytałam niepewnie. Żałowałam, że tak bardzo mnie absorbowały intrygujące zmiany mojego nastroju i uczuć wobec Isidoro Baltazara podczas podróży i że nie zwracałam większej uwagi na to, co mi opowiadał o swoim świecie.

– W jaki sposób te kobiety są do mnie podobne? – spytałam, po czym dodałam: – Znasz j e?

– Widziałam je – powiedziała niezobowiązująco.

– Ile kobiet zostało zdmuchniętych do Isidoro Baltazara? – spytałam ze źle ukrywanym niezadowoleniem. A jednak sama myśl o nich była jednocześnie ekscytująca i niepokojąca.

Florindę najwyraźniej rozbawiła moja reakcja.

– Parę. I nie przypominają cię w sposób fizyczny, a jednak są do ciebie podobne. Chcę przez to powiedzieć, że są podobne do siebie nawzajem tak jak ja jestem podobna do swoich towarzyszy-czarowników – wyjaśniła. – A czy ty sama nie byłaś zdziwiona, jak bardzo jesteśmy do siebie podobne, kiedy nas zobaczyłaś po raz pierwszy?

Przyjęła moje kiwnięcie głową, po czym przeszła do wyjaśnień, że tym, co sprawia, że ona i jej grupa są tak do siebie podobne – pomimo oczywistych różnic fizycznych – jest ich bezstronne zaangażowanie w świat czarowników.

– Ciągnie nas do siebie uczucie, które jeszcze jest dla ciebie niezrozumiałe.

– Jasne – stwierdziłam tak cynicznie, jak tylko mogłam. Nagle górę wzięła ciekawość dotycząca kobiet, które zostały zdmuchnięte do Isidoro Baltazara. – Kiedy je poznam?

– Wtedy, kiedy je znajdziesz – powiedziała Florinda. Jej głos, chociaż cichy, miał w sobie jakąś niezwykłą siłę, która na chwilę zamknęła mi usta.

– Jak mogę je znaleźć, jeżeli ich nie znam? To niemożliwe.

– Nie dla czarownicy – rzuciła lekkim tonem. – Jak już mówiłam, nie przypomi-ich w sposób fizyczny, ale blask, jaki nosisz wewnątrz jest równie silny, co ich

blask. Rozpoznasz je po tym blasku. – Wpatrywała się we mnie intensywnie, jakby

izeczywiście widziała w moim wnętrzu ten blask. – To blask czarowników. – Jej twarz

była poważna, a głos niezwykle cichy.

Już miałam uczynić jakąś nieroztropną uwagę, kiedy zafrapowało mnie coś w jej

zachowaniu.

– Mogę zobaczyć ten blask? – spytałam.

– Do tego potrzebny nam jest nagual – odparła Florinda i wskazała na naguala Mariano Aureliano, który stał w zacienionym kącie pokoju. Przedtem w ogóle go nie zauważyłam, ale jego nagłe pojawienie się wcale mnie nie przestraszyło.

Florinda powtórzyła mu moje życzenie. Dał mi znak, bym poszła za nim na środek pokoju.

– Pokażę ci ten blask – powiedział, po czym przykucnął i podnosząc obie ręce dał mi znak, bym usiadła mu na plecach.

– Weźmiesz mnie na barana? – Nawet nie starałam się ukryć rozczarowania. – Nie pokażesz mi blasku czarowników? – Chociaż dobrze pamiętałam jego słowa, że prawdziwa magia to nie dziwaczne zachowanie, rytuały, narkotyki, czy zaklęcia, to jednak spodziewałam się jakiegoś popisu, demonstracji mocy, jak na przykład mieszanie ziół i różnych mikstur nad ogniem.

Ignorując mój zawiedziony ton, Mariano Aureliano nakłonił mnie, bym go objęła za szyję, lekko, by się nie udusił.

– Nie uważasz, że jestem już trochę za duża, żeby mnie nosić na barana? – przestrzegłam go.

Śmiech zabulgotał w jego gardle, po czym wybuchł z wielką uciechą. Jednym szybkim ruchem Mariano Aureliano poderwał się na nogi. Włożył ręce pod moje kolana, uniósł mnie do wygodnej pozycji i wyszedł na korytarz, ale nie uderzyłam głową we framugę.

Szedł tak szybko i bez wysiłku, że czułam się jakbym płynęła długim ciemnym korytarzem. Z ciekawością rozejrzałam się dookoła. Szliśmy jednak zbyt szybko, bym mogła coś dostrzec, poza ogólnym wyglądem domu. Wszędzie dookoła unosił się lekki, lecz wyraźny zapach: aromat kwiatów pomarańczy i świeżego, rześkiego powietrza.

Na zewnątrz podwórze otulała mgła. Zdołałam dojrzeć tylko jednolitą masę ciemnych sylwetek. Kłęby mgły zniekształcały wszystko, odsłaniając, po czym znowu ukrywając dziwne kształty drzew i kamieni. Nie znajdowaliśmy się w domu czarownic. Tego byłam pewna.

Nie słyszałam nic oprócz rytmicznego oddechu. Nie wiedziałam, czy to oddech naguala Mariano Aureliano, czy też mój własny. Dźwięk ten rozchodził się po całym Podwórzu. Od niego drżały liście, jakby wiatr hulał wśród gałęzi. Z każdym oddechem drżenie to przechodziło przez moje ciało. Tak mi się od tego zakręciło w głowie, że nie Sncąc stracić przytomności mocniej uchwyciłam się ramion Mariano Aureliano. Za


nim zdążyłam mu powiedzieć, czego doświadczam, otoczyła mnie mgła i poczułam, że rozpuszczam się w nicości.

– Oprzyj brodę o moją głowę. – Gdzieś z oddali doszedł mnie głos naguala Maria-no Aureliano. Na jego dźwięk aż podskoczyłam, bo zupełnie zapomniałam, że jadę na jego plecach. – W żadnym razie nie puszczaj mnie – dodał z wielkim naciskiem i mnie podrzucił wyżej, aż moja głowa znalazła się nad jego głową.

– Co by się stało, gdybym cię puściła? – spytałam głosem, który zdradzał rosnący niepokój. – Po prostu spadłabym na ziemię, prawda? – Mój głos zabrzmiał strasznie zgrzytliwie.

Mariano Aureliano zaśmiał się cicho, ale nic nie odpowiedział. Bez pośpiechu, lekkim, prawie tanecznym krokiem chodził tam i z powrotem po rozległym podwórzu. I nagle na chwilę ogarnęło mnie niejasne wrażenie, że unieśliśmy się w powietrze, zostaliśmy pozbawieni wagi. Czułam, że przez ułamek sekundy podróżowaliśmy przez mrok, po czym znowu wyczułam ziemię pod ciałem Mariano Aureliano. Nie potrafiłam określić, czy to mgła się podniosła, czy znaleźliśmy się na innym podwórzu, lecz z pewnością coś się zmieniło. Może tylko powietrze było cięższe, trudniej się nim oddychało.

Na niebie nie było księżyca, gwiazdy świeciły słabo, a jednak całe niebo było jasne, jakby podświetlone z jakiegoś odległego miejsca. Powoli, jakby ktoś rysował je w powietrzu, zaczęły wyłaniać się kontury drzew.

Mariano Aureliano zatrzymał się gwałtownie jakieś pięć stóp dalej, przed szczególnie wysokim i gęstym drzewem zapote. U jego stóp stała dwunasto-, może czterna-stoosobowa grupa ludzi. Drugie liście, ciężkie od mgły, ocieniały ich twarze. Dziwne, zielone światło, jakie emanowało z drzewa, sprawiało, że każda osoba wyglądała nienaturalnie wyraźnie. Ich oczy, nosy, usta, rysy twarzy lśniły w tym zielonym świetle, a jednak ich twarze nic mi nie mówiły. Nie rozpoznawałam żadnej z nich. Nie potrafiłam nawet określić, czy to kobiety czy mężczyźni. Po prostu byli to ludzie.

– Co oni robią? – szepnęłam do ucha Mariano Aureliano. – Kto to taki?

– Trzymaj brodę na mojej głowie – syknął.

Przycisnęłam mocno brodę do jego głowy obawiając się, że jeśli zwiększę ucisk, cała moja twarz wtopi się w jego czaszkę.

Mając nadzieję, że rozpoznam kogoś po głosie, powiedziałam “dobry wieczór".

Ich usta rozciągnęły się w przelotnym uśmiechu. Zamiast się przywitać, odwrócili głowy. Spośród nich zaczął się wydobywać jakiś dziwny dźwięk. Dźwięk, który napełnił ich energią, bo i oni, tak jak drzewo, zaczęli lśnić. Nie zielonym światłem, lecz złotym blaskiem, który zlewał się i iskrzył aż połączyli się w jedną wielką złotą kulę, która po prostu zawisła pod drzewem.

Potem ta złota kula rozpadła się na świetlne plamy. Jak olbrzymie świetliki pojawiali się i znikali wśród drzew, rzucając po drodze światło i cień.

– Zapamiętaj ten blask – wymruczał Mariano Aureliano. Jego głos odbił się echem w mojej głowie. – To blask... surem.

Nagły powiew wiatru rozproszył jego słowa. Ten wiatr był żywy, lśnił na tle ciemnego nieba. Dął z wielką siłą, wydając przy tym dziwne, rozdzierające dźwięki. Potem

^brócił się przeciwko mnie. Byłam pewna, że chce mnie unicestwić. Krzyknęłam z holu, kiedy w moje płuca wdarł się szczególnie lodowaty powiew. Po moim ciele za-gzęło rozchodzić się zimno, aż poczułam, że zupełnie zesztywniałam.

Nie wiedziałam, czy przemówił Mariano Aureliano, czy sam wiatr. Zaryczał W moich uszach, przesłaniając wszystko dokoła. Potem znalazł się w moich płucach. gakręcił się jak żywa istota zamierzająca pożreć każdą komórkę mojego organizmu. Czułam, że padam i wiedziałam, że umrę. Ale ryk ustał. Cisza zapanowała tak nagle, je ją usłyszałam. Roześmiałam się głośno, wdzięczna za to, że żyję.

X

Łóżko było duże i przyjemnie miękkie. Pokój wypełniał złocisty blask. Pragnąc nieco przedłużyć tę chwilę dobrego samopoczucia, zamknęłam oczy i sennie rozleniwiona pogrążyłam się w pachnącej pościeli i poduszkach subtelnie nasyconych zapachem lawendy.

Czułam jak każdy mięsień, każda kość w moim ciele napinają się, kiedy zaczęłam sobie przypominać wydarzenia ubiegłej nocy, oderwane fragmenty jakiegoś niesamowitego snu. W moich doświadczeniach z tych niekończących się godzin nie było żadnej ciągłości, żadnej chronologii. Budziłam się dwa razy w ciągu nocy, w różnych łóżkach, w różnych pokojach, a nawet w różnych domach.

Te oderwane od siebie obrazy, zupełnie jakby żyły własnym życiem, wszystkie na raz nagromadziły się i rozrosły w labirynt, który jakimś cudem od razu pojęłam. To znaczy, jednocześnie widziałam wszystkie wydarzenia. Odczuwanie tych obrazów wyrastających z mojej czaszki i tworzących wymyślną fryzurę, było tak realne, że aż wyskoczyłam z łóżka i pognałam przez pokój do metalowo-szklanej toaletki. Trzyczęściowe lustro przykrywał papier ryżowy. Spróbowałam oderwać róg, ale papier był przyklejony do szkła niczym skóra.

Widok szczotki do włosów w srebrnej oprawie oraz grzebienia do kompletu, buteleczek perfum i słoiczków z kosmetykami na toaletce miał na mnie uspokajający wpływ. Ja również ustawiłabym te buteleczki i słoiczki według wielkości, w szeregu, jak narzędzia. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że to pokój Florindy w domu czarownic. Ta świadomość przywróciła mi równowagę.

Pokój Florindy był ogromny. Z mebli znajdowało się w nim tylko łóżko i toaletka. Stały po przeciwnych stronach pokoju, z dala od ścian i pod kątem, tworząc 2a sobą trójkątną przestrzeń. Przez dłuższy czas zastanawiałam się nad ustawie-fiiem łóżka i toaletki, nie mogłam jednak dojść, czy tworząjakiś ezoteryczny wzór, którego znaczenia nie rozumiałam, czy jest to po prostu rezultat estetycznego ka-Prysu Florindy.

Zaciekawiona, dokąd prowadzi troje drzwi, wypróbowałam wszystkie. Pierwsze były zamknięte od zewnątrz. Drugie wychodziły na małe, prostokątne, otoczone teurem patio. Zaintrygowana, zaczęłam się gapić w niebo, aż w końcu olśniło mnie, Ze wcale nie jest rano, jak to założyłam po przebudzeniu, lecz późne popołudnie. Ani


trochę nie zaniepokoiło mnie to, że przespałam cały dzień, wręcz przeciwnie – wprawiło mnie to w zachwyt. Jestem przekonana o własnej bezsenności, więc zawsze mnie radują napady senności.

Trzecie drzwi wychodziły na korytarz. Chcąc jak najszybciej znaleźć Isidoro Balta-zara, skierowałam się do salonu. Był pusty. W schludności i prostocie, z jaką ustawiono meble, było coś nieprzyjaznego. Nic nie wskazywało na to, by poprzedniego wieczoru ktoś siedział na tej kanapie. Nawet poduszki sterczały sztywno, jakby na baczność.

Jadalnia na drugim końcu korytarza wyglądała na równie opustoszałą, równie surową. Ani jedno krzesło nie stało na swoim miejscu. Na wypolerowanym blacie mahoniowego stołu nie było ani okruszka, ani plamki, nic nie zdradzało, że ubiegłego wieczora siedziałam przy nim z nagualem Mariano Aureliano i panem Floresem i jadłam kolację.

W kuchni, oddzielonej od jadalni łukowato sklepionym przedsionkiem i wąskim korytarzem, znalazłam dzbanek na wpół wypełniony champurado i przykryty talerz ze słodkimi tamelami. Byłam zbyt głodna, by zawracać sobie głowę podgrzewaniem. Nalałam sobie pełny kubek gęstej czekolady i zjadłam trzy kukurydziane ciastka prosto z opakowań w kształcie kaczanów. Nadziane kawałkami ananasa, rodzynkami i płatkami migdałów, były przepyszne.

Było dla mnie niepojęte, że zostawiono mnie samą w tym domu. Nie mogłam jednak zignorować bezruchu wokół mnie. Nie był to uspokajający bezruch, jaki się odczuwa, kiedy ludzie celowo milczą, lecz raczej przytłaczająca cisza opustoszałego miejsca. Możliwość, że rzeczywiście mnie opuszczono sprawiła, że zakrztusiłam się kawałkiem tamali.

Wracając do pokoju Florindy, zatrzymywałam się przed wszystkimi drzwiami, jakie mijałam.

– Jest tam kto?! – wołałam, pukając kilkakrotnie. Nikt nie odpowiadał. Już miałam wyjść na zewnątrz, kiedy usłyszałam niewyraźny głos:

– Kto woła? – Głos był głęboki i zgrzytliwy, ale nie potrafiłam określić, czy należy do mężczyzny, czy kobiety. Nie umiałam ustalić z której strony pochodził, już me mówiąc o pokoju.

Wróciłam tą samą drogą i znowu najgłośniej jak potrafiłam spytałam, czy ktoś jest w domu. Kiedy dotarłam do końca korytarza, przez chwilę zawahałam się przed zamkniętymi drzwiami. Przekręciłam gałkę, po czym cicho je uchyliłam i wślizgnęłam się do pokoju.

Z zaciśniętymi powiekami oparłam się o ścianę czekając, aż moje serce nieco się uspokoi. “A jak ktoś mnie tu przyłapie?" – pomyślałam z wyrzutami sumienia. Moja ciekawość wzięła jednak górę nad poczuciem, że robię coś złego, kiedy chłonęłam powietrze przesycone tajemnicą, czarami, jakich pełen był ten pokój.

Ciężkie, ciemne zasłony były zaciągnięte, a jedyne źródło światła stanowiła wysoka lampa do czytania. Jej ogromny abażur obszyty frędzlą rzucał krąg żółtego światła na szezlong pod oknem. Na samym środku pokoju stało łóżko z czterema kolumienkami. Osłonięte baldachimem i firaneczkami, królowało w przestrzeni niggyni tron. Orientalne figurynki z brązu i drewna znajdujące się na czterech okrągłych stolikach we wszystkich czterech kątach sprawiały wrażenie, jakby czuwały nad pokojem niczym jakieś bóstwa.

Na sekretarzyku z opuszczanym blatem i na komodzie leżały sterty książek, gazet j magazynów. Nad toaletką w kształcie nerki nie wisiało lustro, a na jej oszklonym blacie, zamiast grzebienia i szczotki czy buteleczek perfum i kosmetyków, stał zbiór kruchych filiżanek. Sznury pereł, złote łańcuszki, pierścionki i broszki niczym jakiś porzucony skarb wysypywały się z delikatnych naczyniek ze złotym brzeżkiem. Rozpoznałam dwa pierścionki; widziałam je na dłoni Zoili.

Obejrzenie łóżka zostawiłam sobie na koniec. Niemal z nabożną czcią, jakby to izeczywiście był tron, odciągnęłam zasłonki i aż westchnęłam z zachwytu: barwne poduszki na jedwabnej zielonej narzucie wyglądały jak dzikie kwiaty na łące.

A jednak zadrżałam mimowolnie, gdy tak stałam na środku pokoju. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to ciepło, tajemnica, czarodziejska atmosfera, jakie panowały w tym pokoju, to tylko iluzja.

Wrażenie wkroczenia w jakiś miraż było jeszcze mocniejsze w trzecim pokoju. I ten początkowo wydawał mi się ciepły i przyjazny. Samo powietrze było czułe i pełne miłości. Wydawało mi się, że między ścianami odbija się echo śmiechu. A jednak ta atmosfera ciepła była jedynie słabym, ulotnym wrażeniem – niczym gasnące światło słońca wpadające przez pozbawione szyb okna przesłonięte gazą.

Podobnie jak w poprzednim pokoju i tu łóżko zdominowało całą przestrzeń. Również nad nim wisiał baldachim i leżały barwne poduszki, które rozrzucono niedbale.

Pod jedną ścianą stała maszyna do szycia. Była to stara, ręcznie malowana maszyna na pedał. Obok znajdował się wysoki regał na książki. Zamiast książek na półkach leżały bele najlepszej bawełny, jedwabi i wełnianej gabardyny, wszystkie schludnie ułożone według rodzaju materiału i koloru.

Na niskim stole pod oknem leżało sześć peruk w różnych kolorach, wszystkie naciągnięte na tykwy osadzone na kijkach. Wśród nich była blond peruka, w której widziałam Delię Flores oraz ciemna, krętowłosa, jaką Mariano Aureliano włożył mi na głowę przed kawiarnią w Tuscon.

Czwarty pokój znajdował się nieco dalej od pozostałych, po drugiej stronie korytarza. W porównaniu z pozostałymi dwoma, sprawiał wrażenie pustego. Ostatnie promienie popołudniowego słońca wpadające przez kratkowaną ściankę kładły się na podłodze jak dywan ze światła i cieni, chwiejący się kwadrat utworzony z prostokątnych wzorów.

Tych parę mebli ustawiono tak zmyślnie, że przestrzeń wydawała się większa niż w rzeczywistości. Pod ścianami stały niskie regały na książki ze szklanymi drzwiczkami. Na drugim końcu pokoju, w niszy, wąskie łóżko. Zwisał z niego koc w biało-szarą kratkę, pasujący do cieni na podłodze. Filigranowy sekretarzyk z różanego drzewa wraz z delikatnym krzesłem z elementami z hebanu i pozłacanego brązu nie zmniejszały wrażenia ogólnej surowości, a raczej je wzmagały. Wiedziałam, że to pokój Carmeli.


Miałam ochotę sprawdzić tytuły książek za szklanymi drzwiczkami, lecz mój niepokój był zbyt wielki. Jakby ktoś mnie gonił, wypadłam na korytarz, a potem na wewnętrzne patio. Usiadłam na plecionym krześle. Trzęsłam się i pociłam, lecz moje ręce były lodowato zimne. Drżałam nie z poczucia winy – nie przejęłabym się, gdyby ktoś mnie przyłapał na myszkowaniu – lecz z powodu dziwnej atmosfery nie z tego świata, jaka panowała w tych pięknie umeblowanych pokojach. Bezruch tych pomieszczeń był czymś nienaturalnym. Nie miał nic wspólnego z nieobecnością mieszkańców, lecz z brakiem uczuć i emocji, jakie zwykle przesycają zamieszkałe miejsca.

Za każdym razem, kiedy ktoś wyrażał się o tych kobietach jako o czarodziejkach i czarownicach, śmiałam się w duchu. Nie wyglądały ani nie zachowywały się jak czarownice – dramatycznie i złowieszczo. Miałam jednak pewność, że całkowicie różnią się od innych ludzkich istot. Przerażało mnie to, że nie mogłam zrozumieć czy choćby uchwycić tych różnic.

Cichy, zgrzytliwy dźwięk położył kres tym niepokojącym myślom. Idąc za tym niewyraźnym, niesamowitym odgłosem, przeszłam na palcach przez korytarz w stronę drugiego końca domu. Zgrzyt ten wydobywał się z pokoju za kuchnią. Podkradłam się cichutko, ale gdy tylko przycisnęłam ucho do drzwi, dźwięk ucichł. Pojawił się znowu, gdy się cofnęłam. Zaintrygowana, raz jeszcze przycisnęłam ucho do drzwi, a zgrzyt momentalnie znikł. Cofałam się i przybliżałam parę razy, a dźwięk, jakby był uzależniony od moich ruchów, pojawiał się i znikał.

Zdecydowana odkryć, kto się tam chowa – albo kto celowo próbuje mnie przestraszyć – wyciągnęłam rękę do gałki. Nie mogąc otworzyć drzwi, przez parę minut szarpałam się z nimi, aż w końcu zrozumiałam, że są zamknięte na klucz i że klucz tkwi w zamku.

Dopiero kiedy znalazłam się w środku, przyszło mi do głowy, że w tym pokoju może się czaić coś niebezpiecznego. Za ciężkimi, zaciągniętymi zasłonami panował przytłaczający półmrok, jakby coś żywego przyciągało cienie całego domu do tego ogromnego pokoju. Światło jeszcze bardziej przygasło, cienie zgęstniały wokół rozrzuconych mebli i dziwnych, małych i wielkich figurek wykonanych z drewna i metalu.

Ciszę przerwał ten sam zgrzytliwy dźwięk, który mnie zwabił do tego miejsca. Cienie, niczym kot, buszowały po pokoju jak w poszukiwaniu ofiary. Skamieniała z przerażenia, obserwowałam zasłonę. Pulsowała i oddychała jak potwór z moich koszmarów.

Ni z tego, ni z owego dźwięk i ruch ustały. Ta nieruchoma cisza była jeszcze straszniejsza. Odwróciłam się, chcąc wyjść, a pulsujący, zgrzytliwy dźwięk znowu się rozległ. Zdecydowanym krokiem przemierzyłam pokój i odciągnęłam zasłonę. Roześmiałam się głośno, kiedy odkryłam pękniętą szybkę w oknie balkonowym. Wiatr na zmianę wsysał i wydymał zasłonę przez wyszczerbioną dziurę.

Gasnące popołudniowe światło wlewające się przez na wpół odsłoniętą kotarę zmieniło cienie w pokoju i ukazało owalne lustro na ścianie, przesłonięte przez jedną z dziwacznych figurek. Wcisnęłam się między rzeźbę i ścianę i zajrzałam z zachwytem

ty stare, weneckie lustro. Było zamazane i zamglone ze starości, i tak groteskowo znie-jjształcało moje odbicie, że wybiegłam z pokoju.

Przez tylne drzwi wyszłam przed dom. Rozległa polana za domem była pusta. jftebo wciąż jeszcze było jasne, ale wysokie drzewa owocowe otaczające posiadłość już przybrały barwę zmierzchu. Nad moją głową przeleciało stado wron. Ich czarne łopoczące skrzydła przesłoniły jasne niebo i nad podwórzem szybko zapadła noc.

W niewypowiedzianym przygnębieniu usiadłam na ziemi i zaczęłam szlochać. Im bardziej płakałam, tym większą radość czerpałam z tego lamentowania na cały głos.

Z tego seansu użalania się nad samą sobą wyrwał mnie dźwięk grabienia. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że jakaś chuda postać grabi liście w stronę małego ogniska za polaną.

– Esperanza! – wykrzyknęłam, pędząc do niej, ale zatrzymałam się gwałtownie, kiedy sobie uświadomiłam, że to nie ona, tylko jakiś mężczyzna. – Przepraszam – wymamrotałam. – Wzięłam pana za kogoś innego. – Wyciągnęłam rękę i przedstawiłam się. Próbowałam się na niego nie gapić, ale nie mogłam się oprzeć. Nie byłam pewna, czy to nie Esperanza przebrana za mężczyznę.

Podał mi rękę, lekko uścisnął mi dłoń i powiedział:

– Jestem dozorcą. – Nie podał swojego nazwiska.

Jego dłoń była krucha jak skrzydło ptaka. Był chudym starowinką. Jego twarz również była ptasia, orla i poczciwa. Miał nastroszone, pierzaste, siwe włosy. Przypominał Esperanzę nie tylko dzięki drobnej budowie ciała i ptasiemu wyglądowi, lecz również z powodu pomarszczonej twarzy bez wyrazu, oczu lśniących i wilgotnych jak u dziecka i małych, kwadratowych, bardzo białych zębów.

– Wie pan, gdzie jest Florinda? – spytałam. Pokręcił głową, a ja dodałam: – Wie pan, gdzie są pozostali?

Przez dłuższą chwilę milczał, po czym – jakbym o nic go nie spytała – powtórzył, że jest dozorcą.

– Dbam tu o wszystko.

– Naprawdę? – spytałam, przyglądając mu się podejrzliwie. Był tak kruchy i malutki, że nie sprawiał wrażenia człowieka, który mógłby o coś zadbać, łącznie z sobą samym.

' – Dbam tu o wszystko – powtórzył, uśmiechając się słodko, jakby w ten sposób mógł rozwiać moje wątpliwości. Już miał coś dodać, ale zamiast tego przegryzł z zamyśleniem dolną wargę, po czym odwrócił się i, sprawnymi, szybkimi ruchami, znowu wziął się do grabienia liści na mały kopczyk.

– Gdzie są wszyscy? – spytałam.

Oparł brodę na dłoni, którą otoczył uchwyt grabi, i spojrzał na mnie nieobecnym Wzrokiem. Potem, uśmiechając się bezmyślnie, rozejrzał się, jakby lada chwila ktoś oriał się zmaterializować za którymś z drzew owocowych.

Wzdychając głośno i niecierpliwie odwróciłam się, by odejść.

Odchrząknął i głosem drżącym i ochrypłym ze starości powiedział:

– Stary nagual zabrał Isidoro Baltazara w góry. – Nie spojrzał na mnie, wzrok miał Wkwiony gdzieś w oddali. – Wrócą za parę dni.


– Za parę dni! — wrzasnęłam z oburzeniem. – Na pewno dobrze pan usłyszał?

– Przerażona, że spełniły się moje najgorsze obawy, zdołałam tylko wymamrotać:

– Jak mógł mnie tu zostawić zupełnie samą?

– Wyjechali wczoraj w nocy – powiedział staruszek, kładąc z powrotem na kopczyku liść, który zwiał wiatr.

– Niemożliwe – zaoponowałam gwałtownie. – Przyjechaliśmy tu dopiero wczoraj w nocy. Późną nocą – podkreśliłam.

Obojętny wobec mego niegrzecznego tonu i w ogóle mojej obecności, staruszek podpalił kopczyk liści przed sobą.

– Czy Isidoro Baltazar nie zostawił dla mnie jakiejś wiadomości? – spytałam, kucając koło niego. – Nie zostawił mi listu, czy czegoś w tym rodzaju? – Odruchowo chciałam krzyknąć, ale z jakiegoś powodu nie śmiałam. Zdeprymowała mnie pewna tajemniczość w wyglądzie mężczyzny. Wciąż nękała mnie myśl, że to Esperanza w przebraniu. – Czy Esperanza poszła z nimi w góry? – spytałam. Mój głos drżał, bo nagle ogarnęła mnie wielka chęć, by się roześmiać. Poza tym, że ściągnąłby spodnie i pokazał swoje genitalia, nic nie mogło mnie przekonać, że to rzeczywiście mężczyzna.

– Esperanza jest w domu – wymruczał, całą uwagę skupiając na stercie płonących liści. – Jest w domu z całą resztą.

– Niech pan nie będzie śmieszny, nie ma jej w domu – zaprzeczyłam arogancko.

– W domu nie ma nikogo. Szukałam ich całe popołudnie. Sprawdziłam każdy pokój.

– Jest w małym domku – uparcie powtórzył staruszek, przyglądając mi się bacznie, tak jak przedtem obserwował płonące liście. Złośliwy błysk w jego oku sprawił, że miałam ochotę go kopnąć.

– Jakim małym... – Mój głos ucichł, kiedy przypomniałam sobie drugi dom, ten, który widziałam po przyjeździe. Myślenie o tym miejscu sprawiało mi intensywny ból fizyczny. – Mógł pan od razu powiedzieć, że Esperanza jest w małym domku – powiedziałam z irytacją. Rozejrzałam się ukradkiem, ale nigdzie nie zauważyłam tego domku. Skrywały go wysokie drzewa i mur za nimi. – Sprawdzę, czy Esperanza rzeczywiście tam jest, jak pan twierdzi – oznajmiłam, wstając.

Staruszek również się podniósł i odwracając się do najbliższego drzewa sięgnął po lampę naftową i worek z juty, wiszące na niskiej gałęzi.

– Niestety nie mogę tam pani samej puścić – powiedział.

– Nie rozumiem, dlaczego – odparowałam, urażona. – Może pan nie wie, ale jestem gościem Florindy. Zeszłej nocy zaprowadzono mnie do małego domku. – Urwałam na chwilę, po czym dodałam: – Na pewno tam byłam.

Słuchał uważnie, ale na jego twarzy malowało się zwątpienie.

– Niebezpiecznie tam wchodzić – ostrzegł mnie w końcu. – Muszę przygotować dla pani ścieżkę. Muszę... – Urwał w pół myśli, której nie chciał wyrazić. Wzruszył ramionami, po czym powtórzył, że musi przygotować dla mnie ścieżkę.

– A co tu jest do przygotowywania? – spytałam z irytacją. – Musi pan wycinać chaparral maczetą?

– Jestem dozorcą. Przygotowuję ścieżkę – powtórzył z uporem i usiadł na ziemi, jeby zapalić lampę naftową. Przez chwilę migotała w powietrzu, po czym buchnęła gilnym płomieniem. Twarz mężczyzny wydała mi się niemal bezcielesna, pozbawiona pnarszczek, jakby światło wygładziło ślady upływu czasu. – Kiedy tylko skończę palić te liście, sam panią tam zaprowadzę.

Pomogę panu – zaproponowałam. Mężczyzna był w podeszłym wieku, więc należało mu ustępować. Obeszłam z nim polanę i pomogłam zagrabić liście na małe kupki, fctóre szybko palił. Kiedy tylko popiół ostygł, staruszek zmiatał go do worka z juty. Worek był wyłożony plastikiem. To właśnie ten szczegół – plastikowa podszewka

– przywołał na wpół zapomniane wspomnienia z dzieciństwa.

Kiedy tak zmiataliśmy kopczyki popiołu do worka, opowiedziałam mu, że w dzieciństwie, kiedy mieszkałam w wiosce koło Caracas, często budził mnie grzechot grabi. Wymykałam się wtedy z łóżka i na paluszkach przekradałam korytarzem koło pokojów rodziców i braci, i wchodziłam do salonu, z oknami na plac. Uważając na skrzypiące zawiasy, otwierałam drewniane okiennice i przeciskałam się przez kraty z kutego żelaza. Starszy mężczyzna dbający o porządek na placu zawsze mnie witał bezzębnym uśmiechem i razem grabiliśmy na małe kupki liście, które nocą spadły z drzew

-wszelkie inne śmieci wkładano do pojemników. Potem paliliśmy te kopczyki, a gdy popiół ostygł, wmiataliśmy go do wyłożonego jedwabiem worka z juty. Mężczyzna twierdził, że wodne wróżki mieszkające w świętym strumieniu w pobliskich górach przemieniają popiół w złoty pył.

– Czy pan również wie o wróżkach, które przemieniają popiół w złoty pył?

– spytałam widząc, jak dozorca zachwycił się moją opowieścią.

Nie odpowiedział, tylko zachichotał z taką radością i beztroską, że i ja musiałam Uczynić to samo. Zanim zdążyłam się zorientować, dotarliśmy do ostatniego kopczyka popiołu koło cofniętego, łukowato sklepionego wejścia wbudowanego w ścianę. Wąska, drewniana furtka była otwarta na oścież.

Za chaparralem, niemal schowany w cieniu, stał drugi dom. Z okien nie padało żadne światło, wydawało mi się, że dom ode mnie odpływa. Zastanawiałam się, czy to dom, czy może wytwór mojej wyobraźni, miejsce, które pamiętałam ze snu. Parę razy zamrugałam oczami i przetarłam je. Coś było nie tak – przypomniałam sobie jak poprzedniej nocy podeszłam z Isidoro Baltazarem pod dom czarownic. Mniejszy domek stał po prawej stronie większego. Jak więc, zadałam sobie pytanie, widzę teraz to miejsce z podwórka czarownic? Usiłując się zorientować, obracałam się na wszystkie strony, ale nie potrafiłam określić swojego położenia. Wpadłam na staruszka, który kucnął koło kopczyka popiołu i przewróciłam się.

Ze zdumiewającą szybkością wstał i pomógł mi się podnieść.

– Jest pani cała w popiele – powiedział, ocierając mi twarz połą swej koszuli koloru khaki.

– Tam jest! – wykrzyknęłam. Wydawało mi się, że ulotny dom stoi zaledwie parę kroków dalej, a jego sylwetka wyraźnie rysuje się na niebie. – Tam jest – powtórzyłam, Podskakując, jakbym przez to mogła zatrzymać go na miejscu, w czasie. – To prawdzi


wy dom czarownic – dodałam, wciąż stojąc przed staruszkiem, żeby mógł mi do końca zetrzeć popiół z twarzy. – Duży dom to tylko fasada.

– Dom czarownic – powiedział powoli staruszek, smakując słowa. Potem się zaśmiał, najwyraźniej ubawiony. Wmiótł resztkę popiołu do worka, po czym dał mi znak, bym za nim przeszła przez furtkę.

Po obu jej stronach, z dala od muru rosły dwa drzewka pomarańczowe. Chłodny wietrzyk zaszeleścił w kwitnących gałęziach, ale kwiaty nawet nie drgnęły, nie opadły na ziemię. Na tle ciemnego listowia wyglądały jak wyrzeźbione, jakby były zrobione z mlecznego kwarcu. Dwa drzewa, niczym wartownicy, pełniły straż nad ścieżką. Ścieżka była biała i bardzo prosta, niczym linia narysowana przy linijce.

Staruszek podał mi lampę naftową, a potem wyjął z worka garść popiołu i przesy-pałgo z jednej dłoni w drugą-jakby go ważył-po czym rozsypał na ziemi.

– Nip zadawaj żadnych pytań i rób, co mówię – powiedział. Jego głos już nie był ochrypły, miał w sobie pewną lekkość, brzmiał energicznie i przekonywująco. Staruszek schylił się nieco i idąc tyłem wysypał resztę popiołu z worka na wąską ścieżkę. – Stawiaj stopy na linii z popiołu – rozkazał. – Inaczej nigdy nie dojdziesz do tego domu.

Zakasłałam, by pokryć nerwowy śmiech. Wyciągnęłam ręce, próbując utrzymać równowagę, gdy szłam po wąskiej ścieżce z popiołu jakby to była rozciągnięta lina. Za każdym razem, kiedy się zatrzymywałam, by staruszek złapał oddech, odwracałam się do domu, od którego dopiero co odeszliśmy. Wydawało mi się, że odpływa. A ten przed nami wcale się nie przybliżał. Próbowałam sobie wmówić, że to tylko złudzenie optyczne, lecz miałam niejasną pewność, że sama nigdy nie trafię do żadnego z nich.

Jakby wyczuwając mój niepokój, staruszek uspokajająco poklepał mnie po ramieniu.

– Właśnie dlatego przygotowuję ścieżkę. – Zajrzał do jutowego worka i dodał: – Niedługo tam dotrzemy. Pamiętaj tylko, żeby iść po linii z popiołu. W ten sposób będziesz mogła bezpiecznie iść na przód i się cofać.

Umysł mi powiedział, że ten człowiek to szaleniec. Ciało jednak wiedziało, że zabłądzę bez niego i jego popiołu. Byłam tak zaabsorbowana stawianiem stóp na cienkiej linii, że zupełnie mnie zaskoczyło, kiedy w końcu stanęliśmy przed drzwiami.

Staruszek odebrał ode mnie lampę naftową, odchrząknął, po czym zastukał cicho knykciami w rzeźbioną powierzchnię. Nie czekał, aż ktoś otworzy, tylko pchnął drzwi i wszedł.

– Niech pan nie idzie tak szybko! – wykrzyknęłam, bojąc się zostać w tyle. Podążyłam za nim wąskim korytarzem. Postawił lampkę naftową na niskim stole. Potem, bez słowa i nie oglądając się na mnie, otworzył drzwi na końcu korytarza i zniknął w mroku.

Wiedziona jakimś niejasnym wspomnieniem, wkroczyłam do pogrążonego w półmroku pokoju i podeszłam prosto do maty na podłodze. W moim umyśle nie pojawiła się najmniejsza nawet wątpliwość, że byłam tu ubiegłej nocy, że spałam na tej właśnie macie. Nie byłam tylko pewna, jak w ogóle znalazłam się w tym pokoju. Dobrze pamiętałam, że Mariano Aureliano niósł mnie na plecach przez chaparral. Miałam też

iość, że obudziłam się w tym pokoju – zanim stary nagual wziął mnie na barana – i że obok mnie na macie siedziała Clara.

Przekonana, że za chwilę wszystko zostanie mi wytłumaczone, usiadłam na macie. Światło w lampie zamigotało, po czym zgasło. Bardziej wyczułam, niż zobaczy-km, że wokół mnie poruszają się jakieś przedmioty i ludzie. Usłyszałam mruczenie, splątane dźwięki dobywające się z każdego zakamarka. Wśród tych głosów rozpozna-fcun znajome szeleszczenie spódnic i cichy chichot.

– Esperanza? – szepnęłam. – Boże! Tak się cieszę, że cię widzę! – Chociaż spodziewałam się zobaczyć właśnie ją, osłupiałam, kiedy usiadła koło mnie na macie. Bojaźliwie dotknęłam jej ręki.

– To ja. – Uspokoiła mnie.

Dopiero kiedy usłyszałam jej głos przekonałam się, że to rzeczywiście Esperanza, a nie dozorca, który zamienił spodnie i koszulę khaki na szeleszczące halki i białą sukienkę, a kiedy poczułam kojący dotyk jej ręki na swojej twarzy, wszystkie myśli o dozorcy zniknęły.

– Jak się tu znalazłam? – spytałam.

– Dozorca cię tu przyprowadził. – Roześmiała się. – Nie pamiętasz? – Odwróciła się do niskiego stolika i ponownie zapaliła lampę.

– Mówię o zeszłej nocy – wyjaśniłam. – Wiem, że tu byłam. Obudziłam się na tej macie. Była tu ze mną Clara. A potem Florinda i inne kobiety... – Mój głos ucichł, gdy sobie przypomniałam, że potem obudziłam się w salonie w drugim domu, a potem znowu na łóżku. Potrząsnęłam głową, jakbym w ten sposób mogła zaprowadzić jakiś porządek w tych wspomnieniach. Niepocieszona spojrzałam na Esperanzę z nadzieją, że wypełni te luki. Opowiedziałam jej o swoich trudnościach z przypomnieniem sobie wydarzeń z ubiegłej nocy w porządku chronologicznym.

– Nie powinnaś mieć żadnych problemów – odparła. – Wejdź w tryb snów. Teraz śnisz na jawie.

– To znaczy, że śpię, teraz – w tej chwili? – spytałam ironicznie. Pochyliłam się ku niej i dodałam: – Ty też śpisz?

– Nie śpimy – powtórzyła, starannie wymawiając słowa. – Ty i ja śnimy na jawie. – Wzniosła ręce w geście bezradności. – W zeszłym roku mówiłam ci, co robić. Pamiętasz?

Z odsieczą przyszła mi pewna myśl, zupełnie jakby ktoś szepnął mi ją do ucha: kiedy się ma wątpliwości, należy oddzielić dwa tryby – tryb zwykłych spraw i tryb snów, ponieważ każdy występuje w innym stanie świadomości. Ogarnęłam mnie ogromna radość, bo wiedziałam, że pierwszy tryb, jaki należy zbadać, to tryb snów. Jeżeli bieżąca sytuacja nie pasuje do tego trybu, wówczas się nie śni.

Moje uniesienie szybko zniknęło, kiedy spróbowałam przetestować tryb snów Nie domyślałam się, j ak to zrobić, ani czym w ogóle j est tryb snów. I, co gorsza, nie pamiętałam, kto mi o tym powiedział.

– Ja. – Usłyszałam tuż za sobą głos Esperanzy. – Zrobiłaś duże postępy w wymia-ize snów. Prawie sobie przypomniałaś, co ci mówiłam w zeszłym roku, dzień po pikni


ku. Powiedziałam ci wtedy, że jeżeli masz wątpliwości, czy to sen, czy jawa, powinnaś zbadać tryb, którym idą sny – to znaczy świadomość, jaką mamy w snach – wyczuwając rzecz, z którą masz kontakt. Jeżeli śnisz, wrażenie to wróci do ciebie jako echo. Jeżeli nie wróci, to znaczy, że nie śnisz. – Uśmiechając się uszczypnęła mnie w udo i powiedziała: – Spróbuj zrobić to samo z matą, na której leżysz. Wyczuj ją pośladkami. Jeżeli odczucie to wróci, to znaczy, że śnisz.

Żadne odczucie nie powróciło do moich odrętwiałych pośladków. Prawdę mówiąc byłam tak otępiała, że w ogóle nie czułam maty. Wydawało mi się, że leżę na gołej podłodze.

Miałam wielką ochotę po wiedzieć jej, że powinno być na odwrót-jeżeli odczucie wraca, to znaczy, że człowiek jest na jawie – ale w porę się pohamowałam. Nie wątpiłam bowiem, że to co miała na myśli mówiąc o “wracającym odczuciu" nie ma nic wspólnego z powszechnym rozumieniem odczuwania. Różnica między jawą a śnie-niem wciąż mi się wymykała, a jednak byłam pewna, że jej znaczenie nie ma nic wspólnego z naszym zwykłym sposobem pojmowania świadomości.

Mimo to w tej samej chwili słowa same popłynęły z moich ust.

– Wiem, że śnię na jawie – powiedziałam – i już. – Wyczułam, że zbliżyłam się do nowego, głębszego poziomu rozumienia, lecz nie całkiem potrafiłam go pochwycić. – Chciałabym wiedzieć, kiedy zasnęłam.

– Już ci mówiłam, nie śpisz. Śnisz na jawie.

Mimowolnie wybuchnęłam cichym, nerwowym śmiechem. Nie zwróciła na to uwagi albo w ogóle jej to nie obeszło.

– Kiedy nastąpiło to przejście? – spytałam.

– Wtedy, gdy dozorca prowadził cię przez chaparral i musiałaś się skoncentrować na stawianiu stóp na popiele.

– Na pewno mnie zahipnotyzował! – wykrzyknęłam nie całkiem miłym głosem. Zaczęłam mówić coś niespójnie, plącząc się zupełnie bez sensu, aż w końcu zaczęłam szlochać i wszystkich oskarżać.

Esperanza przyglądała mi się w milczeniu, z uniesionymi brwiami i oczami szeroko rozwartymi w zdziwieniu.

Na chwilę zawstydziłam się swego wybuchu, ale jednocześnie byłam zadowolona, że się odezwałam, gdyż ogarnęła mnie chwilowa ulga, taka jaka pojawia się po konfrontacji.

– Twój zamęt – podjęła Esperanza – ma swoje źródło w wielkiej łatwości przechodzenia z jednego stanu świadomości w drugi. Gdybyś z trudem, tak jak każdy inny, osiągała takie przejście, wówczas byś wiedziała, że śnienie na jawie to nie trans hipnotyczny. – Urwała na chwilę, po czym dokończyła cicho: – Śnienie na jawie to najbardziej wyrafinowany stan, jaki może osiągnąć człowiek.

Zapatrzyła się przed siebie, jakby gdzieś w cieniach mogła znaleźć jaśniejsze wytłumaczenie. Potem odwróciła się do mnie i spytała:

– Zjadłaś swoje jedzonko?

Zaskoczyła mnie ta zmiana tematu, więc zaczęłam się jąkać. Kiedy wreszcie doszłam do siebie, powiedziałam, że rzeczywiście zjadłam słodkie tamale.

– Byłam taka głodna, że nawet ich nie podgrzałam. Były przepyszne.

Bezmyślnie bawiąc się szalem, Esperanza poprosiła mnie, żebym jej opowiedzia-ja^ co robiłam od chwili przebudzenia w pokoju Florindy.

Jakby mi podano napój na prawdomówność, wyrzuciłam z siebie więcej niż za-giierzałam wyjawić. Esperanza jednak nie miała nic przeciwko mojemu węszeniu po pokojach kobiet. Nie zrobiło na niej żadnego wrażenia to, że wiedziałam, który pokój należy do kogo.

Natomiast niezmiernie ją zainteresowało moje spotkanie z dozorcą. Z radosnym llśmiechem słuchała mojej opowieści, jak to wzięłam go za nią. Kiedy wspomniałam, że w pewnej chwili miałam ochotę go poprosić, by ściągnął spodnie, żebym mogła sprawdzić jego genitalia, zgięła się wpół na macie, piszcząc ze śmiechu.

Oparła się o mnie i dwuznacznie szepnęła mi do ucha:

– Uspokoję cię. – W jej oczach pojawił się złośliwy błysk, gdy dodała: – Pokażę ci moje.

– Nie ma potrzeby, Esperanza. – Próbowałam ją odwieść od tej myśli. – Nie wątpię, że jesteś kobietą.

– Nigdy nie można być zbyt pewnym, kim się jest – beztroskim tonem skomentowała moje słowa. Nie bacząc na moje skrępowanie – spowodowane nie tyle perspektywą ujrzenia jej nagości, co myślą, że będę musiała oglądać jej stare, pomarszczone ciało – położyła się na macie i z wielką delikatnością powoli podniosła spódnice.

Ciekawość wzięła górę nad wstydem. Gapiłam się na nią z rozdziawioną buzią. Nie miała na sobie majtek. Nie miała włosów łonowych. Jej ciało było niewiarygodnie młode, silne i jędrne, a mięśnie – lekko zaznaczone. Jej skóra miała jednolity kolor, równy, miedziany róż. Nie znalazłam na niej żadnych rozstępów, żadnych nabrzmiałych żył: nic nie zakłócało gładkości jej brzucha i nóg.

Wyciągnęłam rękę, żeby ją dotknąć, jakbym chciała się upewnić, że jej jedwabista, gładka skóra jest prawdziwa, a wtedy ona rozwarła palcami swe wargi sromowe. Odwróciłam twarz, nie tyle ze wstydu, co ze sprzecznych emocji. Nagość, czy to u mężczyzny, czy kobiety, nie stanowiła dla mnie problemu. Wychowano mnie w bez-pruderyjnej atmosferze, nikt szczególnie nie uważał, by go nie zobaczono nago. Któregoś lata, kiedy chodziłam do szkoły w Anglii, przyjaciółka zaprosiła mnie na parę tygodni do domu nad morzem w Szwecji. Cała rodzina należała do kolonii nudystów, Wszyscy czcili słońce każdym centymetrem swej nagiej skóry.

Widok nagiej Esperanzy był czymś zupełnie innym. Co przedziwne, byłam bardzo podniecona. Nigdy przedtem nie oglądałam organów płciowych kobiety. Oczywiście dokładnie i pod każdym kątem obejrzałam samą siebie w lustrze. Widziałam też filmy pornograficzne, które nie tylko mi się nie podobały, ale które również uznałam za obraźliwe. Widok Esperanzy w tak intymnej pozycji był wstrząsającym doświadczeniem, bowiem zawsze byłam pewna swoich reakcji seksualnych. Kiedyś myślałam, że jako kobietę mógłby mnie podniecić tylko mężczyzna. Całkowicie zaskoczyło mnie pragnienie, by na nią wskoczyć, lecz uczucie to zrównoważył fakt, że nie mam penisa.


Kiedy Esperanza nagle podniosła się z maty i zdjęła bluzkę, aż westchnęłam głośno, po czym wbiłam wzrok w podłogę, dopóki nie przeszło mi gwałtowne mrowienie na twarzy i szyi.

– Spójrz na mnie! – Esperanza niecierpliwie mi rozkazała. Jej oczy błyszczały, policzki płonęły rumieńcem. Była kompletnie naga. Jej ciało było szczupłe, a jednak sprawiało wrażenie większego i silniejszego niż w ubraniu. Miała pełne, sterczące piersi. – Dotknij ich! – zażądała cichym, ponętnym głosem.

Jej słowa zabrzmiały echem w całym pokoju jak bezcielesny dźwięk, hipnotyzujący rytm, który urósł do pulsowania w powietrzu, tętnienia dźwięku, które bardziej wyczułam niż usłyszałam i które przyśpieszyło, aż w końcu biło szybko i mocno niczym rytm mojego własnego serca.

Nagle usłyszałam tylko śmiech Esperanzy.

– Czy ten dozorca może przypadkiem gdzieś tu się chowa? – spytałam, kiedy w końcu odzyskałam głos. Nagle moja własna odwaga wzbudziła we mnie podejrzenia i poczucie winy.

– Mam nadzieję, że nie! – wykrzyknęła z takim przerażeniem, że aż się roześmiałam.

– Gdzie jest? – spytałam.

Szeroko otworzyła oczy, po czym wyszczerzyła zęby, jakby miała się roześmiać. A jednak pozbyła się z twarzy tej radosnej miny i poważnym tonem odparła, że dozorca jest gdzieś na terenie posiadłości i że zajmuje się oboma domami, ale nikogo nie szpieguje.

– Czy to rzeczywiście dozorca? – spytałam, usiłując przybrać sceptyczny ton. – Nie chcę go oczerniać, ale naprawdę nie wyglądał tak, jakby mógł czymkolwiek się zająć.

Esperanza zachichotała, po czym powiedziała, że jego kruchość jest zwodnicza.

– Jest bardzo sprawny – zapewniła mnie. – Musisz na niego uważać. Lubi młode dziewczyny, zwłaszcza blondynki. – Przysunęła się i, jakby bojąc się, że ktoś nas podsłucha, szepnęła mi do ucha: – Dobierał się do ciebie?

– Boże, nie! – Zaczęłam go bronić. – Był niezwykle grzeczny i pomocny. Po prostu... – Zniżyłam głos do szeptu, a moją uwagę zwróciły dziwne meble w pokoju, które widziałam niewyraźnie, bo przyćmiony płomyk światła lampy naftowej rzucał na moje otoczenie więcej cieni niż światła.

Kiedy w końcu udało mi się z powrotem skupić uwagę na Esperanzie, już mnie nie obchodziła osoba dozorcy. Z uporem, którego nie mogłam się pozbyć, myślałam tylko o tym, dlaczego Isidoro Baltazar poszedł w góry, nie uprzedzając mnie, nie zostawiając żadnego listu.

– Dlaczego mnie tak zostawił? – spytałam, zwracając się do Esperanzy. – Na pewno powiedział komuś, kiedy wraca. – Widząc jej wszechwiedzący uśmieszek, dodałam z oburzeniem: – Jestem pewna, że wiesz, co się tu dzieje.

– Nie wiem – odparła, zupełnie nie mogąc zrozumieć mojego położenia. – Nie obchodzą mnie takie rzeczy. I nie powinny obchodzić również ciebie. Isidoro Baltazar

Wyjechał i już. Wróci za parę dni, za parę tygodni. Kto wie? Wszystko zależy od tego, po się wydarzy w górach.

_ Wszystko zależy?! – wrzasnęłam. Jej brak współczucia i zrozumienia uznałam \n coś okropnego. – A co ze mną? Nie mogę tu zostać przez parę tygodni. p' – Dlaczego? – spytała niewinnym tonem.

y Spojrzałam na nią, jakby postradała rozum, po czym wyrzuciłam z siebie, że nie łkam co na siebie założyć, że nic tu po mnie. Moja lista skarg nie miała końca. Wylewałam je z siebie aż do całkowitego wyczerpania.

– Po prostu muszę wracać do domu, znaleźć się w swoim normalnym środowisku

-dokończyłam. Poczułam, że do oczu nieuchronnie napływająmi łzy, i zrobiłam wszyst-, fco, żeby je powstrzymać.

.. – Normalnym? – powoli powtórzyła moje słowa, jakby je smakowała. – Możesz j?yjechać w każdej chwili. Nikt cię tu nie zatrzymuje. Z łatwością możemy cię zawieźć nad granicę, gdzie złapiesz autobus Greyhounda do Los Angeles. i Kiwnęłam głową, woląc się nie odzywać. Wyjeżdżać też nie chciałam. Sama nie jjwiedziałam, czego chcę, ale myśl o wyjeździe była nie do zniesienia. Jakimś cudem flriedziałam, że jeżeli wyjadę, już nigdy więcej nie znajdę tych ludzi, a nawet Isidoro Saltazara w Los Angeles. Zaczęłam szlochać bez opanowania. Nie umiałam tego ubrać W słowa, ale ponura wizja życia, przyszłości bez nich, była dla mnie nie do wytrzymania. f Nie zauważyłam, kiedy Esperanza wyszła z pokoju i kiedy wróciła. Nie zauważyłabym niczego, gdyby nie smakowity aromat gorącej czekolady pod moim nosem.

– Poczujesz się lepiej, jak coś zjesz – powiedziała, stawiając mi tacę na kolanach. Uśmiechając się tkliwie usiadła koło mnie i orzekła, że na smutki nie ma nic lepszego od czekolady.

^ Nie mogłabym lepiej tego ująć. Z wahaniem upiłam parę łyków i zjadłam parę zwi-ifliętych w rulonik tortilli z masłem. Powiedziałam, że chociaż tak naprawdę nie znam ani jej, ani jej przyjaciół, nie mogę pogodzić się z myślą, że miałabym ich już nigdy nie $pzeć. Wyznałam, że w ich towarzystwie czuję taką wolność i swobodę, jakich nie do-Swiadczyłam nigdy przedtem. Wyjaśniłam, że to dziwne uczucie, częściowo fizyczne, częściowo psychiczne, i całkowicie niepodatne na analizę. Mogłam je opisać jedynie jako dobre samopoczucie lub pewność, że w końcu znalazłam swoje miejsce.

Esperanza dobrze wiedziała, co próbuję wyrazić. Powiedziała, że nawet krótkotrwałe przebywanie w świecie czarowników uzależnia. Podkreśliła, że znaczenie ma ita nie czas, lecz intensywność spotkań.

– A twoje spotkania były bardzo intensywne – powiedziała.

– Naprawdę? – spytałam.

Esperanza z niekłamanym zdziwieniem uniosła brwi, po czym z przesadnym za-froskaniem podrapała się po brodzie, jakby rozważała jakiś problem bez wyjścia. Po długim milczeniu w końcu oznajmiła:

** – Uspokoisz się, kiedy sobie w pełni uświadomisz, że nie ma powrotu do twojego l starego życia. – Jej głos, choć cichy, miał w sobie niezwykłą siłę. Przez chwilę wpatrywała mi się prosto w oczy i w tej samej chwili zrozumiałam, co oznaczały jej słowa.


– Już nic nigdy nie będzie takie samo – powiedziałam cicho. Esperanza pokiwała głową.

– Wrócisz do świata, ale nie do swojego świata, do swojego starego życia – powiedziała, wstając z maty z nieoczekiwanym majestatem, jaki mają w sobie niektórzy mali ludzie. Pośpieszyła do drzwi po to tylko, by nagle się zatrzymać. – To dziko podnieca, kiedy robi się coś nie wiedząc, dlaczego – powiedziała odwracając się i spoglądając na mnie. – A jeszcze bardziej jest podniecające, kiedy robi się coś, nie wiedząc, jakie będą tego rezultaty.

Nie mogłabym bardziej się z nią nie zgodzić.

– Muszę wiedzieć, co robię – oznajmiłam. – Muszę wiedzieć, w co się pakuję. Westchnęła i w komicznie potępiającym geście wzniosła ręce.

– Wolność jest potwornie przerażająca. – Mówiła ostro, a zanim zdążyłam odpowiedzieć, dodała łagodnie: – Wolność wymaga dokonywania spontanicznych aktów. Nie masz pojęcia, co to znaczy zachować się spontanicznie...

– Wszystko, co robię, jest spontaniczne – wtrąciłam. – Jak myślisz, dlaczego tu jestem? Myślisz, że długo się zastanawiałam, czy tu przyjechać?

Wróciła na matę i przez dłuższy czas stała spoglądając w dół na mnie, zanim powiedziała:

– Oczywiście, że się nad tym nie zastanawiałaś. Ale twoje akty spontaniczności są wywołane brakiem refleksji, a nie aktem swobody. — Tupnęła nogą, bym znowu jej nie przerwała. – Prawdziwie spontaniczny akt to taki, w którym zatracasz się całkowicie, ale dopiero po głębokim namyśle – ciągnęła. – To akt, gdzie bierze się pod uwagę wszystkie “za" i “przeciw", niczego się nie oczekuje, niczego nie żałuje. Za pomocą takich aktów szamani osiągają wolność.

– Nie jestem szamanem – wymamrotałam pod nosem, ciągnąc ją za rąbek sukienki, żeby nie wychodziła. Ona jednak dała mi do zrozumienia, że nie zamierza kontynuować tej rozmowy.

Wyszłam za nią na dwór, przecięłam polanę i weszłam na ścieżkę prowadzącą do drugiego domu. Podobnie jak to wcześniej uczynił dozorca i ona kazała mi stawiać stopy na linii z popiołu.

– Inaczej spadniesz w przepaść – przestrzegła mnie.

– Przepaść? – powtórzyłam niepewnie, rozglądając się po masie ciemnego chapar-ralu rozciągającego się po obu naszych stronach.

Zerwał się lekki wietrzyk. Z masy cieni podniosły się głosy i szepty. Instynktownie złapałam się spódnicy Esperanzy.

– Słyszysz ich? – spytała, odwracając się do mnie twarzą.

– Kogo mam słyszeć? – wymamrotałam.

Esperanza przysunęła się, po czym, jakby się bała, że ktoś nas podsłucha, szepnęła mi do ucha:

– Suremy z innego czasu. Używają wiatru do podróżowania po pustyni, przez wieczność na jawie.

– To znaczy duchy?

– Duchy nie istnieją– powiedziała stanowczo i znowu ruszyła przed siebie.

Starałam się stawiać stopy na linii z popiołu i nie puściłam jej spódnicy, dopóki jjsperanza nie zatrzymała się gwałtownie pośrodku patio przed dużym domem. Przez chwilę się wahała, jakby nie mogła się zdecydować, do której części domu powinna pinie zabrać. W końcu zaczęła krążyć różnymi korytarzami i skręcać w różne strony, gż wreszcie weszłyśmy do jakiegoś ogromnego pokoju, który przeoczyłam podczas gwoich wcześniejszych poszukiwań. Ściany aż pod sufit wypełnione były książkami. |Ja jednym końcu pokoju stał solidny, długi drewniany stół, na drugim wisiał biały, pzybrany falbankami, ręcznie tkany hamak.

– Co za wspaniały pokój! – wykrzyknęłam. – Do kogo należy?

– Do ciebie – łaskawie odrzekła Esperanza. Podeszła do drewnianej komody przy dizwiach i otworzyła ją. — Noce są chłodne – przestrzegła mnie, podając mi trzy grube jirełniane koce.

– To znaczy, że mogę tu spać? – spytałam z podnieceniem. Całe moje ciało drżało z radości, kiedy wysłałam hamak kocami i położyłam się w nim. W dzieciństwie często spałam w hamaku. Wzdychając z zadowolenia zaczęłam się kołysać W tę i z powrotem, po czym wyciągnęłam nogi i rozparłam się wygodnie. – Umiejętność spania w hamaku jest jak umiejętność jazdy na rowerze. Nigdy się tego nie zapomina – powiedziałam do Esperanzy. Ale nie miał mnie kto usłyszeć. Esperanza wyszła niedostrzegalnie.

XI

Zgasiłam światło i położyłam się nieruchomo w hamaku, ukołysana przez odfjosy domu, dziwne, skrzypiące dźwięki i kapanie wody z glinianego filtra pod motai drzwiami. Raptownie usiadłam, słysząc odgłos kroków rozbrzmiewających echem

tta korytarzu. “Kto to może być o tej porze?" – pomyślałam. Na palcach przeszłam

"Jpizez pokój i przycisnęłam ucho do drzwi. Kroki były ciężkie. Serce biło mi szybko

l^ośno, kiedy kroki się przybliżyły. Zatrzymały się pod moimi drzwiami. Rozległo

<fa gorączkowe pukanie, które – chociaż się go spodziewałam – okropnie mnie wystra'Jzyło. Odskoczyłam, przewracając krzesło.

i – Miałaś zły sen? – spytała Florinda, wchodząc do pokoju. Zostawiła uchylone '"ibzwi, do środka wpadało światło z korytarza. – Myślałam, że się ucieszysz na dźwięk "*Woich kroków – powiedziała ironicznie, uśmiechając się do mnie. – Nie chciałam się łbadać. – Podniosła krzesło i powiesiła na oparciu spodnie khaki i koszulę. – Z po-f&owieniami od dozorcy. Mówi, że możesz je zatrzymać.

& – Zatrzymać? – powtórzyłam, podejrzliwie przyglądaj ąc się ubraniu. Wyglądało Ifc czyste i wyprasowane. – A co jest złego w moich dżinsach? * – W tych spodniach będzie ci wygodniej podczas drugiej podróży do Los Ange-P*s – odparła.

– Ale ja nie chcę wyjeżdżać! – wykrzyknęłam, przestraszona. – Zostanę tu do P*wrotu Isidoro Baltazara.


Florinda się roześmiała, a potem, widząc, że zaraz się rozpłaczę, powiedziała:

– Isidoro Baltazar już wrócił, ale możesz zostać dłużej, jeżeli masz ochotę.

– O nie, nie chcę – wyrzuciłam z siebie. – Niepokój, który czułam od dwóch dni zupełnie zniknął. Podobnie jak wszystkie pytania, które chciałam zadać Florindzie. Myślałam tylko o tym, że Isidoro Baltazar wrócił. – Mogę się z nim teraz zobaczyć? – spytałam.

– Niestety nie. – Florinda nie pozwoliła mi wyjść z pokoju. Przez chwilę jej stwierdzenie nie docierało do mnie. Gapiłam się na nią, nic nie rozumiejąc, więc powtórzyła, że tego wieczora nie mogę się spotkać z nowym nagualem.

– Dlaczego? – spytała, zdumiona. – Na pewno chciałby się ze mną zobaczyć.

– Z całą pewnością – przytaknęła mi ochoczo. – Ale mocno śpi, nie możesz go budzić. – Jej sprzeciw był tak ostry, że mogłam tylko się na nią gapić, oniemiała.

Florinda przez dłuższy czas wpatrywała się w podłogę, po czym podniosła na mnie wzrok. Na jej twarzy malował się smutek. Przez chwilę wydawało mi się, że ustąpi i zaprowadzi mnie do Isidoro Baltazara. Ona jednak powtórzyła tonem nie znoszącym sprzeciwu:

– Niestety nie możesz się dzisiaj z nim zobaczyć. – Pośpiesznie, jakby się obawiała, że może zmienić zdanie, objęła mnie i ucałowała, a potem wyszła z pokoju. Zgasiła światło na zewnątrz, odwróciła się, spojrzała na mnie i powiedziała: – Idź spać.

Przez parę godzin przewracałam się z boku na bok. Tuż przed świtem w końcu wstałam i założyłam ubranie, które przyniosła mi Florinda. Pasowało na mnie, poza spodniami, które musiałam ściągnąć w talii kawałkiem sznurka – nie miałam przy sobie paska.

Z butami w rękach przekradłam się korytarzem, minęłam pokój dozorcy i poszłam do tylnego wejścia. Uważając na skrzypiące zawiasy, ostrożnie uchyliłam drzwi. Na dworze było jeszcze ciemno, lecz na niebie już rozpościerał się miękki, świetlisty błękit. Pobiegłam do łukowato sklepionej bramy wbudowanej w mur, na chwilę zatrzymując się przy dwóch drzewach, które pilnowały ścieżki. Powietrze było ciężkie od zapachu kwiatów pomarańczy. Wszelkie moje wątpliwości związane z przejściem przez chaparral rozwiały się, kiedy odkryłam, że na ziemi rozsypano świeży popiół. Nie namyślając się dłużej, popędziłam do drugiego domu.

Drzwi były otwarte. Nie od razu weszłam. Skuliłam się pod oknem i czekałam na jakiś dźwięk. Niedługo potem usłyszałam głośne chrapanie. Nadsłuchiwałam jakiś czas, po czym weszłam. Idąc za odległym odgłosem chrapania poszłam prosto do pokoju na tyłach domu. W ciemności ledwo dojrzałam śpiącą postać na słomianym materacu, lecz nie miałam wątpliwości, że to Isidoro Baltazar. Obawiając się, że go wystraszę budząc tak gwałtownie, wróciłam do frontowego pokoju i usiadłam na kanapie. Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam usiedzieć spokojnie. Nie posiadałam się z radości na myśl, że lada chwila się obudzi. Dwa razy szłam na palcach do pokoju i patrzyłam na niego. Przewrócił się na drugi bok i już nie chrapał.

Chyba przysnęłam na tej kanapie. W swym urywanym śnie czułam, że ktoś stoi w pokoju. Uniosłam się na łokciu, chcąc wymamrotać: “Czekam aż Isidoro Baltazar

^ę obudzi", wiedziałam jednak, że nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Uczyniłam jjyiadomy wysiłek, by usiąść. Przez chwilę chwiałam się, aż w końcu udało mi się ifcupić wzrok na mężczyźnie stojącym przede mną. Był to Mariano Aureliano.

– Czy Isidoro Baltazar jeszcze śpi? – spytałam.

Stary nagual patrzył na mnie przez długi czas. Zastanawiając się, czy śnię, śmiało chwyciłam go za rękę, lecz natychmiast ją puściłam. Piekła jakby się paliła. Uniósł brwi, najwyraźniej zdziwiony moim zachowaniem.

– Nie będziesz mogła zobaczyć się z Isidoro Baltazarem aż do rana. – Mówił powoli, jakby wypowiadanie słów wiele go kosztowało.

Zanim zdążyłam powiedzieć, że już jest prawie rano, że zaczekam na Isidoro Baltazara na tej kanapie, poczułam na plecach palącą dłoń Mariano Aureliano, który popychał mnie przez próg.

– Wracaj na swój hamak.

Zerwał się nagły wiatr. Odwróciłam się, żeby zaprotestować, ale Mariano Aureliano już tam nie było. Wiatr zabrzmiał w mojej głowie jak gong. Dźwięk cichł coraz bardziej, aż przeszedł w wibracje. Otworzyłam usta, by przedłużyć ostatnie słabe echo.

Był środek poranka, kiedy obudziłam się w swoim hamaku, w ubraniu, które przyniosła mi Florinda. Automatycznie, niemal bez namysłu, wyszłam na dwór ł przez polanę poszłam do małego domku. Drzwi były zamknięte na klucz. Zapukałam parę razy. Zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział. Próbowałam otworzyć okna, ale i one były zamknięte. Byłam tak roztrzęsiona, że o mało nie wybuchnęłam płaczem. Zbiegłam ze wzgórza na małą polanę koło drogi, jedyne miejsce, gdzie można było zaparkować samochód. Nie znalazłam tam półciężarówki Isidoro Baltazara. Przez dłuższy czas szłam wzdłuż tej piaszczystej drogi, szukając świeżych śladów opon. Nic takiego nie dostrzegłam.

Jeszcze bardziej zdezorientowana, wróciłam do domu. Wiedząc, że nie ma sensu szukać kobiet w ich pokojach, stanęłam pośrodku wewnętrznego patio i z całych sił zawołałam Florindę. Nie rozległ się żaden dźwięk, poza echem mojego własnego głosu.

Chociaż wiele razy myślałam o tym, co mi powiedziała Florinda, nie potrafiłam znaleźć zadowalającej odpowiedzi. Jedyną rzeczą, co do której miałam pewność, była ta, że Florinda w środku nocy przyszła do mojego pokoju i przyniosła ubranie, które teraz miałam na sobie. Jej wizyta i stwierdzenie, że Isidoro Baltazar wrócił, musiały Wywołać u mnie wyjątkowo wyrazisty sen.

By powstrzymać się od rozmyślania nad tym, dlaczego jestem sama w domu – nie ^Widziałam nigdzie nawet dozorcy – zabrałam się do mycia podłogi. Sprzątanie zawsze filnie uspokajało. Wysprzątałam pokoje, łącznie z kuchnią, kiedy usłyszałam odległy dźwięk silnika volkswagena. Zbiegłam ze wzgórza i rzuciłam się do Isidoro Baltazara, jeszcze zanim wysiadł z półciężarówki, niemal powalając go na ziemię.

– Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tej myśli. – Roześmiał się, przytulając •Oinie mocno. – Byłaś tą dziewczyną, o której tyle mi opowiadał nagual. Wiesz, że o mało co nie zemdlałem, kiedy cię przywitali?


Nie czekał na mój komentarz, tylko znowu mnie przytulił i, śmiejąc się, podniósł mnie do góry. Potem, jakby pękła w nim jakaś tama, zaczął mówić bez przerwy. PQ^ wiedział, że słyszał o mnie od roku, nagual powiedział, że powierza mu pewną dziwna dziewczynę. Opisał tę dziewczynę metaforycznie jako “dwunastą rano w pogodny dziea który nie jest ani wietrzny ani spokojny, ani zimny ani upalny, lecz przechodzi z jednej go w drugie, doprowadzając wszystkich do szału". ,

Isidoro Baltazar wyznał, że chociaż jest pompatycznym durniem, od razu się domyślił, że nagual mówi o jego dziewczynie.

– Kim jest twoja dziewczyna? – weszłam mu w słowo. ; Wykonał ręką ostry ruch, najwyraźniej niezadowolony z moich słów.

– Tu nie chodzi o fakty – warknął. – Tu chodzi o idee. Więc przekonasz siej jaki ze mnie idiota. – Irytacja szybko ustąpiła miejsca promiennemu uśmiechów^

– Prawdę mówiąc, to wierzyłem, że sam się dowiem, kim jest ta dziewczyny

– Urwał na chwilę, po czym dodał cicho: – Do swoich poszukiwań zaangażowałem nawet mężatkę z dziećmi. : Westchnął ciężko, po czym uśmiechnął się i powiedział: i

– Morał mojej historii jest taki, że w świecie czarowników trzeba wyzbyć się ego, inaczej już jest po nas, bo w tym świecie przeciętny człowiek, taki jak my, nie może niczego przewidzieć. – Potem, widząc, że szlocham, odsunął mnie od siebie na wyciągnięcie ręki i spojrzał na mnie z niepokojem. – Co się stało, Nibelungu? i,

– Nic takiego. – Zaśmiałam się między szlochami, ocierając łzy. – Nie mam abs^ trakcyjnej mentalności, która mogłaby się zajmować światem abstrakcyjnych histora

– dodałam cynicznie tonem tak twardym, jaki zdołałam z siebie wykrzesać. – Ja się martwię o to, co jest tu i teraz. Nie masz pojęcia, przez co przeszłam w tym domu. •

– Oczywiście, mam doskonałe pojęcie – odparował z rozmyślną szorstkością

– Od lat tu bywam. – Przyjrzał mi się badawczo jak detektyw i spytał: – Chcę wiedzieć, dlaczego mi nie powiedziałaś, że już ich znasz?

– Miałam to zrobić, ale doszłam do wniosku, że to nie aż tak ważne – wymamrotałam, zakłopotana. Potem mój głos nabrał stanowczości i spokoju, kiedy słowa zaczę* ły wbrew mojej woli płynąć z moich ust. – Okazuje się, że poznanie ich było jedyną ważną rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam. – By ukryć zdumienie, natychmiast zaczęłam narzekać, że zostawiono mnie w domu całkiem samą.

– Nie miałem okazji powiadomić cię, że idę w góry z nagualem – szepnął z niepohamowanym uśmiechem.

– Już o tym zapomniałam – zapewniłam go. – Mówię o dniu dzisiejszym. Tego ranka, kiedy się obudziłam, myślałam, że tu będziesz. Byłam pewna, że nocowałeś w małym domku i że spałeś na słomianym materacu. Wpadłam w panikę, nie mo-* gąc cię znaleźć.

Widząc jego zaintrygowaną minę, opowiedziałam mu o nocnej wizycie Florin-dy, o śnie, który potem miałam i o tym, że po przebudzeniu rano byłam w domu zupełnie sama. Mówiłam bez ładu, bez składu. Myśli i słowa mi się mieszały. Mimo to nie mogłam przestać mówić.

– Jest tyle rzeczy, których nie potrafię zaakceptować – powiedziałam, kładąc wreszcie kres mojej diatrybie. – Ale nie mogę ich też odrzucić.

Isidoro Baltazar nie odezwał się ani słowem. Patrzył tylko na mnie, jakby czekał aż podejmę wątek, z zaciekawieniem i ironią unosząc brwi. Jego twarz była szczupła i miała barwę dymu. Z jego skóry emanował jakiś dziwny chłód i delikatny zapach ziemi, jakby spędził życie w jaskini pod ziemią.

Cały zamęt w mojej głowie zniknął, kiedy spojrzałam w jego groźne lewe oko patrzące bezlitośnie. W tej chwili przestało mieć dla mnie znaczenie, co jest autentyczną prawdą, a co złudzeniem, snem we śnie. Roześmiałam się głośno, czując się lekka jak wiatr. Miałam wrażenie, że zdjęto mi z ramion wielki ciężar, kiedy tak patrzyłam w to oko czarownika. Rozpoznałam je. Florinda, Mariano Aureliano, Espe-ranza i dozorca – wszyscy mieli takie oko. Wyzute z uczucia, emocji, oko to odzwierciedla pustkę. Tak jakby ukazało zbyt wiele, wewnętrzna powieka – jak u jaszczurki – przesłoniła lewą źrenicę.

Zanim zdążyłam uczynić na ten temat jakąś uwagę, Isidoro Baltazar na chwilę zamknął oboje oczu. Kiedy znowu je otworzył, były zupełnie jednakowe, ciemne i błyszczące od śmiechu, oko czarownika było tylko złudzeniem. Otoczył moje ramiona jedną ręką i ruszył ze mną pod wzgórze.

– Idź po swoje rzeczy – powiedział zanim dotarliśmy do domu. – Zaczekam na ciebie w samochodzie.

Wydało mi się dziwne, że nie chce iść ze mną, ale nie przyszło mi do głowy, żeby spytać, dlaczego. Dopiero kiedy zbierałam swoje nieliczne rzeczy pomyślałam, że może boi się kobiet. Na myśl o tym roześmiałam się głośno, bo nagle uznałam z pewnością, która mnie zaskoczyła, że Isidoro Baltazar nie boi się kobiet.

Śmiałam się jeszcze, kiedy dotarłam do półciężarówki stojącej u stóp wzgórza. Otworzyłam usta, żeby wytłumaczyć Isidoro Baltazarowi przyczynę mojej wesołości, kiedy ogarnęło mnie dziwne, gwałtowne uczucie. Spadło na mnie tak nagle, że nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa. To, co czułam, nie było seksualną namiętnością, ale też nie platonicznym uczuciem. Nie było tym, co czułam do rodziców, braci czy przyjaciół. Po prostu go kochałam miłością nie zakłóconą przez żadne oczekiwania, wątpliwości czy strach.

Zupełnie jakbym się odezwała, Isidoro Baltazar przytulił mnie tak mocno, że ledwo mogłam oddychać.

Odjechaliśmy bardzo powoli. Wykręcałam szyję mając nadzieję, że dojrzę dozorcę wśród drzew owocowych.

– Dziwnie tak wyjeżdżać – zamyśliłam się, opadając na mój fotel. – Zeszłej nocy Florinda w pewnym sensie się ze mną pożegnała, ale chciałabym podziękować Espe-ranzie i dozorcy.

Piaszczysta droga wiła się wokół wzgórza, a kiedy dotarliśmy do ostrego zakrętu, ukazał nam się tył małego domku. Isidoro Baltazar zatrzymał samochód i zgasił silnik. Wskazał na drobnego staruszka siedzącego na skrzynce przed domem. Miałam ochotę wysiąść z samochodu i pobiec na wzgórze, ale mnie powstrzymał.


– Tylko mu pomachaj – szepnął. j

Dozorca wstał ze skrzynki. Wiatr załopotał jego kurtką i spodniami, jakby to byłjJ

skrzydła. Roześmiał się głośno, po czym wygiął się. do tyłu i, zupełnie jakby rozpędzoJ

ny przez wiatr, wykonał podwójne salto do tyłu. Przez chwilę wyglądał jak zawieszo«S

ny wysoko w powietrzu. Nie wylądował na ziemi, tylko zniknął jakby wessał go wiali^

– Gdzie on się podział? – spytałam ze zgrozą. ^

– Jest po drugiej stronie. – Isidoro Baltazar zachichotał z dziecinnym zachwytem.*

– W ten sposób się z tobą pożegnał. – Znowu uruchomił silnik. Zerkał na mnie od czasif do czasu, jakby się ze mną drażnił. – Co cię dręczy, Nibelungu? – spytał wreszcie. >,

– Wiesz, kim on jest, prawda? – spytałam oskarżycielskim tonem. – Nie jesf dozorcą, co? i

Isidoro Baltazar lekko zmarszczył brwi i po długim milczeniu przypomniał mi, ż0j nagual Juan Matus to Mariano Aureliano. Zapewnił mnie, że musi istnieć dobry rxK wód na to, że znam go pod tym imieniem.

– Jestem pewien, że ten staruszek jest równie dobrze usprawiedliwiony nie ujawniając przed tobą swojego nazwiska.

Stwierdziłam, że skoro wiem, kim jest Mariano Aureliano, to nie widzę powodią takiego zachowania staruszka. >.

– A ja – podkreśliłam z zadowoloną miną – i tak wiem, kim jest ten dozorca.,

– Zerknęłam w bok, żeby zobaczyć reakcję Isidoro Baltazara. Jego twarz niczego nie zdradzała.

– Jak wszyscy ludzie w świecie czarowników, dozorca jest czarownikiem – powiedział. – Ale nie wiesz, kim jest. – Na chwilę odwrócił się do mnie, po czym znowu skupił uwagę na drodze. – Po wszystkich tych latach sam nie wiem, kim tak naprawdę są, łącznie z nagualem Juanem Matusem. Dopóki z nim przebywam, wydaje mi się, że wiem, kim jest. W chwili, kiedy odwraca się do mnie plecami, jestem zupełnie zdezorientowany.

Następnie, niemal marzycielskim tonem Isidoro Baltazar powiedział, że w świecie codziennego życia wszyscy przeżywamy podobne subiektywne stany. Z tego powodu zawsze wiemy, co w danych okolicznościach zrobiliby inni.

– Mylisz się, bardzo się mylisz! – krzyknęłam. – Ekscytujące w życiu jest właśnie to, że nie wiemy, co inni by zrobili w danych okolicznościach. To jedna z niewielu ekscytujących rzeczy, jakie nam jeszcze pozostały. Nie mów mi, że nie chciałbyś, żeby tak było.

– Nie wiemy, co dokładnie zrobiliby inni – wyjaśnił cierpliwie – ale moglibyśmy spisać całą listę możliwości. Gwarantuję ci, że bardzo drugą, lecz skończoną listę. By ją spisać, nie musimy pytać innych ludzi o ich preferencje. Musimy tylko postawić się na ich miejscu i spisać interesujące nas możliwości. Sprawdzą się w każdym przypadku, bo wszyscy przeżywamy podobne rzeczy. Nasze subiektywne stany są wspólne dla nas wszystkich. – Powiedział, że nasza subiektywna znajomość świata jest nam znana jako zdrowy rozsądek. Może się nieco różnić w zależności od grupy, kultury, lecz pomimo wszystkich tych różnic, zdrowy rozsądek jest na tyle jednorodny, że można stwierdzić, iż świat codzienny to świat intersubiektywny. – Jednak wśród czarownijców zdrowy rozsądek, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, już nie ma żadnego znaczenia – podkreślił. – Oni mają inny rodzaj zdrowego rozsądku, dlatego, że przeżywają inne stany subiektywne.

– To znaczy, że są jak istoty z innej planety? – spytałam. Isidoro Baltazar się roześmiał.

– Tak. Są jak istoty z innej planety.

– To dlatego są tacy tajemniczy?

– Myślę, że “tajemniczy" to nieodpowiednie określenie – stwierdził z zamyśleniem. – W inny sposób zajmują się światem codziennym. Ich zachowanie wydaje nam się tajemnicze, bo nie znamy jego znaczenia, a ponieważ nie mamy innych standardów na ustalenie, co jest dla nich zdrowym rozsądkiem, wolimy wierzyć, że ich zachowanie jest tajemnicze.

– Robią to samo, co my: śpią, gotują posiłki, czytają – wtrąciłam. – A jednak nigdy nie mogłam ich przyłapać w trakcie wykonywania którejś z tych czynności. Wierz mi, oni są tajemniczy.

Uśmiechając się pokręcił głową.

– Widziałaś to, co chciałaś zobaczyć – oznajmił. – A jednak niczego przed tobą nie ukrywali. Po prostu nie umiałaś tego zobaczyć. To wszystko.

Już miałam mu zaprzeczyć, ale nie chciałam, żeby się do mnie zraził. Nie tyle dlatego, że miałam rację – bo nie bardzo rozumiałam, o czym mówi – raczej dlatego, że czułam, iż myszkując po domu nie natrafiłam na żaden ślad, który by mi powiedział, kim są ci ludzie albo co robią.

Opowiedziałam mu jeden ze swoich snów. Jakie rzeczywiste wydawało mi się to, że widziałam go śpiącego, chrapiącego na słomianym materacu. Opowiedziałam mu o rozmowie z Mariano Aureliano, o płomieniu na jego dłoni. Im dłużej mówiłam, tym bardziej byłam przekonana, że to wcale nie był sen. Wprawiłam się w taki stan wzburzenia, że skończyło się płaczem.

– Nie wiem, co oni mi zrobili – powiedziałam. – Nawet teraz nie jestem pewna, czy byłam świadoma, czy śniłam. Florinda ciągle mi powtarzała, że śnię na jawie. Isidoro Baltazar pokiwał głową, po czym powiedział cicho:

– Nagual Juan Matus nazywa to podwyższoną świadomością.

– Podwyższoną świadomością– powtórzyłam.

Słowa te z łatwością spłynęły z mojego języka, chociaż brzmiały dokładnie odwrotnie niż śnienie na jawie. Niejasno pamiętałam, że już kiedyś je słyszałam. Albo Florinda, albo Esperanza użyły tego zwrotu, ale nie mogłam sobie przypomnieć, w związku z czym. Słowa te, aczkolwiek niejasne, niemal sugerowały jakieś znaczenie, ale mój mózg był już zbyt przytępiony nieudanymi próbami przypomnienia sobie tego, co się wydarzyło w ciągu dnia w domu czarownic.

Choć bardzo się starałam, były pewne epizody, których nie potrafiłam przywołać z pamięci. Szukałam słów, ale jakimś cudem bladły i umierały na moich oczach jak na wpół ujrzany, na wpół zapamiętany widok. Nie przypomniałam sobie niczego, a raczej w moim umyśle pewne obrazy pojawiały się w kawałkach, jak fragmenty w układance


i nie całkiem do siebie pasowały. Ta niepamięć była odczuciem fizycznym, jak mgła otulała pewne części mojego mózgu.

– Więc śnienie na jawie i podwyższona świadomość to jedno i to samo? – Było to raczej stwierdzenie, którego znaczenie gdzieś mi umknęło. Zakręciłam się na fotelu, podwinęłam nogi i usiadłam twarzą do Isidoro Baltazara. Słońce podkreślało jego profil. Czarne, kręcone włosy opadające na wysokie czoło, wystające kości policzkowe, mocny nos i podbródek oraz pięknie wykrojone usta nadawały mu rzymski wygląd. – Chyba wciąż jeszcze znajduję się w stanie podwyższonej świadomości – powiedziałam. – Do tej pory cię nie dostrzegałam.

Samochód zakołysał się na drodze, kiedy Isidoro Baltazar odrzucił głowę do tyłu i się roześmiał.

– Niewątpliwie śnisz na jawie – stwierdził, klepiąc się po udzie. – Nie pamiętasz, że jestem niski, brązowy i pospolity?

Zachichotałam. Nie dlatego, że zgodziłam się z jego opisem, lecz dlatego, że była to jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z wywiadu, który wygłosił w dniu, w którym oficjalnie go poznałam. Moja wesołość szybko ustąpiła miejsca dziwnemu niepokojowi. Wydawało mi się, że minęły miesiące, a nie dwa dni, odkąd przyjechaliśmy do domu czarownic.

– Czas upływa inaczej w świecie czarowników – stwierdził Isidoro Baltazar, jakbym wypowiedziała na głos swoje myśli. – I inaczej się go doświadcza. – Potem wyjaśnił, że jednym z najtrudniejszych aspektów jego nauki było radzenie sobie z następstwem wydarzeń w czasie. Często mu się ono mieszało w głowie, poplątane obrazy gdzieś tonęły, kiedy próbował się na nich skupić. – Dopiero teraz, i to z pomocą naguala, rzeczywiście przypominam sobie wydarzenia z okresu nauki, sprzed dwóch lat – powiedział.

– W jaki sposób on ci pomaga? – spytałam. – Hipnotyzuje cię?

– Sprawia, że zmieniam poziomy świadomości – odparł. – A wtedy nie tylko pamiętam minione wydarzenia, ale również przeżywam je na nowo.

– Jak on to robi? – dopytywałam się. – To znaczy jak to robi, że zmieniasz te poziomy?

– Do niedawna myślałem, że osiąga to mocno klepiąc mnie po plecach, między łopatkami – powiedział. – Ale teraz jestem całkiem pewien, że sama jego obecność wywołuje we mnie zmianę poziomu świadomości.

– W takim razie cię hipnotyzuje. – Uparłam się. Pokręcił głową i powiedział:

– Czarownicy są ekspertami w zmienianiu poziomów świadomości. Niektórzy są w tym tak biegli, że potrafią zmienić poziom świadomości innych ludzi.

Pokiwałam głową. Miałam wiele pytań, on jednak ruchem ręki nakazał mi cierpliwość.

– Czarownicy – ciągnął – sprawiają, że widzi się, iż cała natura rzeczywistości jest inna niż to, za co ją uznajemy, to znaczy niż to, czego nas uczono. Intelektualnie lubimy bawić się myślą, że kultura determinuje to, kim jesteśmy, jak się zachowujemy, co

chcemy wiedzieć, co możemy czuć. Ale nie jesteśmy skłonni urzeczywistnić tej idei, zaakceptować jej jako konkretnej, praktycznej propozycji. A powód jest taki, że nie chcemy uznać, iż kultura z góry określa również to, co możemy postrzegać.

Czarownicy uświadamiaj ą nam inne rzeczywistości, inne możliwości, nie tylko dotyczące świata, ale również nas samych, do tego stopnia, że już nie potrafimy uwierzyć w nawet najbardziej trwałe założenia odnośnie nas samych i naszego otoczenia.

Zdziwiłam się, że tak łatwo przyswajam jego słowa, chociaż w ogóle ich nie rozumiałam.

– Czarownik jest nie tylko świadomy innych rzeczywistości – ciągnął – ale również wykorzystuje tę wiedzę w praktyce. Czarownicy wiedzą – nie tylko intelektualnie, ale również praktycznie – że rzeczywistość, czy też świat taki, jakim go znamy, to jedynie kwestia umowna. Kwestia ta może upaść, ponieważ jest tylko zjawiskiem społecznym. A kiedy upadnie, razem z nią upadnie cały świat.

Widząc, że nie nadążam za tokiem jego rozumowania, spróbował przedstawić mi to pod innym kątem. Powiedział, że świat społeczny określa naszą percepcję proporcjonalnie do jej użyteczności w złożonych doświadczeniach życia codziennego. Świat społeczny nakłada ograniczenia na to, co postrzegamy, nakłada ograniczenia na to, co możemy postrzegać – podkreślił. – Parametry te są tworzone i poparte przez słowa, język, myśli. Jest to więc kwestia umowy.

– A czarownicy dzielą się w tej kwestii? – spytałam nieśmiało, usiłując zrozumieć jego przesłanki.

– Dzielą się – powiedział, uśmiechając się do mnie promiennie – ale ich umowność jest zupełnie inna. Czarownicy łamią normalną umowność nie tylko intelektualnie, ale również fizycznie, praktycznie, czy jak to nazwać. Czarownicy obalają zasady społecznie uzgodnionej percepcji. Aby zrozumieć, co przez to rozumieją, trzeba zostać praktykiem. To znaczy trzeba się zaangażować, trzeba nagiąć zarówno swój umysł, jak i ciało. Musi to być świadome, nieustraszone poddanie się.

– Ciało? – spytałam podejrzliwie, od razu się zastanawiając, jaki rytuał może tu wchodzić w grę. – Co oni chcą od mojego ciała?

– Nic, Nibelungu. – Roześmiał się. Potem poważnym, lecz łagodnym tonem dodał, że ani moje ciało, ani mój umysł nie sąjeszcze w odpowiednim stanie, bym mogła podążać trudną drogą czarowników. Widząc, że chcę zaprotestować, szybko przyznał, że wszystko jest w porządku zarówno z moim umysłem, jak i ciałem.

– Chwileczkę! – przerwałam mu gwałtownie.

Isidoro Baltazar zignorował moją uwagę i powiedział, że świat czarowników to świat wielce wyrafinowany, że nie wystarczy w sposób intuicyjny zrozumieć jego zasady. Trzeba je przyswoić również intelektualnie.

– Przeciwnie do tego, co myślą ludzie – wyjaśnił – czarownicy nie wykonują dziwacznych ezoterycznych rytuałów, lecz wyprzedzają nasze czasy. A czasom ton nadaje rozum. Jesteśmy rozumni jako ludzkość, lecz czarownicy są ludźmi rozumu, co oznacza zupełnie coś innego. Czarownicy romansują z ideami, rozbudowują je do ich granic, uważają bowiem, że tylko poprzez pełne zrozumienie intelektu mogą wcielić


w życie zasady czarnoksięstwa, jednocześnie nie zapominając o własnej trzeźwości i prawości. W tym czarownicy drastycznie się od nas różnią. My mamy bardzo niewiele trzeźwości, a jeszcze mniej prawości.

Zerknął na mnie i uśmiechnął się. Odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że dobrze wie, o czym myślę, czy też raczej, że w ogóle nie mogę myśleć. Zrozumiałam jego słowa, ale umknęło mi ich znaczenie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie wiedziałam nawet, o co spytać. Po raz pierwszy w życiu czułam się bezdennie głupia, lecz zdawałam sobie sprawę z tego, że ma rację. Moje zainteresowanie kwestiami intelektualnymi zawsze było płytkie i sztuczne. Romansowanie z ideami stanowiło dla mnie całkowicie obce pojęcie.

W ciągu zaledwie paru godzin znaleźliśmy się na granicy Stanów Zjednoczonych w Arizonie, ale podróż była dziwnie męcząca. Chciałam z nim rozmawiać, ale nie wiedziałam, co powiedzieć, czy też raczej nie mogłam znaleźć słów, by wyrazić to, co czuję. Z jakiegoś powodu onieśmielało mnie wszystko, co się wydarzyło. Było to dla mnie zupełnie nowe uczucie!

Wyczuwając mój ą niepewność i skrępowanie, Isidoro Baltazar zaczął mówić. Szczerze przyznał, że nawet do dzisiaj świat czarowników wprawia go w dezorientację, po tylu latach nauki i przebywania z nimi.

– A kiedy mówię o nauce, to naprawdę mam na myśli naukę. – Roześmiał się i klepnął się w udo, by podkreślić swoje stwierdzenie. – Właśnie dziś rano świat czarowników tak dał mi w kość, że nie sposób tego opisać. – Mówił tonem na wpół twierdzącym, na wpół narzekającym, lecz w jego głosie była taka rozkoszna moc, taka cudowna wewnętrzna siła, że poczułam się podniesiona na duchu. Sprawiał wrażenie, że może zrobić wszystko, znieść wszystko i że nic nie miałoby dla niego znaczenia. Wyczułam w nim wolę, umiejętność pokonania wszelkich przeszkód. – Wyobraź sobie, naprawdę myślałem, że idę z nagualem w góry tylko na dwa dni. – Odwrócił się do mnie ze śmiechem i potrząsnął mną wolną ręką.

Tak mnie absorbował dźwięk jego głosu i witalność, którą w nim wyczuwałam, że nie zrozumiałam, o czym mówi. Poprosiłam, żeby powtórzył. Zrobił to, ja jednak nadal nie mogłam go zrozumieć.

– Nie rozumiem, czym się tak podniecasz – powiedziałam w końcu, nagle zirytowana niemożnością uchwycenia, co chce mi powiedzieć. – Wyjechałeś na dwa dni. No i co z tego?

– Co?! – Jego głośny okrzyk tak mnie przestraszył, że podskoczyłam na fotelu i uderzyłam głową w sufit samochodu.

Zajrzał mi w oczy, lecz ja nie odezwałam się ani słowem. Wiedziałam, że o nic mnie nie oskarża, a jednak czułam, że wyśmiewa się z mojego przygnębienia, zmiennych nastrojów, nieuwagi. Zaparkował samochód na poboczu, zgasił silnik, po czym odwrócił się do mnie twarzą.

– A teraz chcę, żebyś mi opowiedziała wszystko, czego doświadczyłaś. – W jego głosie brzmiało jakieś nerwowe podniecenie, energia, witalność. Zapewnił mnie, że chronologia wydarzeń nie ma tu żadnego znaczenia.

Jego nieodparty, ujmujący uśmiech był tak uspokajający, że zaczęłam się rozwodzić nad tym, co zapamiętałam.

Słuchał uważnie, chichocząc od czasu do czasu i poganiając mnie ruchem brody za każdym razem, kiedy się zawahałam.

– Więc to wszystko przydarzyło ci się w ciągu... – Urwał, patrząc na mnie błyszczącymi oczami, po czym dodał od niechcenia: – ... dwóch dni?

– Tak – powiedziałam stanowczo. Skrzyżował ręce na piersi.

– No to mam dla ciebie wiadomość – powiedział. Wesoły błysk w oku zadawał kłam powadze w jego głosie, surowości zaciśniętych ust. – Nie było mnie dwanaście dni. Ale wydawało mi się, że tylko dwa. Myślałem, że docenisz ironię tej pomyłki, bo zawsze miałaś lepsze poczucie czasu. Ale nie doceniłaś. Jesteś taka sama jak ja. Straciliśmy dziesięć dni.

– Dziesięć dni – wymamrotałam z osłupieniem, odwróciłam się i wyjrzałam przez okno. Do końca podróży nie odezwałam się już ani słowem. Nie dlatego, że mu nie uwierzyłam. Nie dlatego, że nie chciało mi się rozmawiać. Nie miałam nic do powiedzenia, nawet kiedy w pierwszym napotkanym kiosku kupiłam Times z Los Angeles, w którym czarno na białym było napisane, że rzeczywiście gdzieś mi się zapodziało dziesięć dni. Ale czy rzeczywiście zostały stracone? Zadałam sobie to pytanie, nie chcąc jednak usłyszeć odpowiedzi.

XII

Pracownia-biuro Isidoro Baltazara składała się z jednego prostokątnego pokoju, którego okna wychodziły na parking, małej kuchni i łazienki wyłożonej różowymi kafelkami. Zabrał mnie tam tej nocy, kiedy wróciliśmy z Sonory. Zbyt wykończona, żeby na cokolwiek zwrócić uwagę, poszłam za nim dwa piętra na górę, a potem korytarzem z ciemnym chodnikiem do mieszkania numer 8. W chwili, kiedy przyłożyłam głowę do poduszki, usnęłam i śniło mi się, że wciąż jesteśmy w drodze. Jechaliśmy bez przerwy aż z Sonory, zmieniając się za kierownicą i zatrzymując tylko po to, by zatankować benzynę.

Mieszkanie było skąpo umeblowane. Poza podwójnym łóżkiem stał tam podłużny, składany stolik piknikowy z dykty, który służył jako biurko, składane krzesło i dwa metalowe regały, gdzie trzymał notatki. W dwóch dużych szafach w korytarzu wisiało parę garniturów i z tuzin koszul. Resztę miejsca zajmowały książki. Leżały na podłodze w wielkich stertach. Nie było żadnych półek. Książki te wyglądały tak jakby nikt ich nigdy nie ruszał, już nie mówiąc o czytaniu. Kredensy w kuchni również były zastawione książkami, poza jedną półką, na której stał talerz, kubek, nóż, widelec i łyżka. Na kuchence gazowej znalazłam czajnik i rondel.

W ciągu trzech tygodni znalazłam sobie nowe mieszkanie, tuż za rogiem, jakąś milę od campusu UCLA. Mimo to większość czasu spędzałam u niego. Na drugi koniec pokoju wstawił dla mnie łóżko, stolik do gry w karty i składane krzesło – identyczne jak jego.


W ciągu następnego pół roku Sonora stała się dla mnie miejscem mitycznym. Nie potrzebując już blokować swoich doświadczeń, porównywałam wspomnienia z dwóch pobytów w tym miejscu. Ale chociaż bardzo się starałam, nie mogłam sobie przypomnieć ani jednej rzeczy z tych jedenastu dni, które straciłam: jednego podczas pierwszej podróży i dziesięciu podczas następnej.

Isidoro Baltazar nie chciał nawet wspominać o utracie tych dni. Czasami całkowicie się z nim zgadzałam. Absurd, jakim było uznanie tych dni za stracone – tylko dlatego, że nie mogłam ich sobie przypomnieć – był dla mnie czymś tak zwykłym, że przepełniała mnie wdzięczność za to, że nie przywiązywał do tej kwestii żadnego znaczenia. Stało się dla mnie jasne, że mnie chroni. Jednakże kiedy indziej, w ogóle bez żadnego powodu, żywiłam do niego głęboką urazę. Jego obowiązkiem jest mi pomagać, wyjaśnić tę tajemnicę – powtarzałam sobie, aż w końcu przekonałam się, że celowo ukrywa przede mną pewne rzeczy.

– Doprowadzisz się do szaleństwa, jeżeli dalej będziesz do tego wracać – powiedział któregoś dnia. – A na nic ci ta burza mózgu, bo niczego to nie rozwiąże. – Zawahał się przez chwilę, jakby wolał nie wypowiadać tego, co już miał na koń-cu języka, ale wzruszył ramionami i dodał śmiałym tonem: – Może byś wykorzystała tę samą energię w bardziej praktyczny sposób, na przykład do zbadania swych złych nawyków?

Zamiast przyznać mu rację, natychmiast odparowałam atak następną skargą, która się we mnie gotowała. Jeszcze nie poznałam tych innych młodych kobiet, które mu powierzył stary nagual. Tyle mi o nich naopowiadał, że miałam wrażenie, jakbym już je znała. Za każdym razem, kiedy o nie pytałam, bardzo treściwie odpowiadał na moje pytania. Mówił o nich z wielkim entuzjazmem. Z głębokim i szczerym podziwem powiedział, że osoba z zewnątrz opisałaby je jako atrakcyjne, inteligentne kobiety sukcesu – wszystkie miały wyższe wykształcenie uniwersyteckie – pewne siebie i ogromnie niezależne. Dla niego jednakże miały o wiele większe znaczenie. Były czarodziejskimi istotami, które dzieliły jego przeznaczenie. Łączyły ich więzy uczucia i przywiązania, które nie miały nic wspólnego z porządkiem społecznym. Powiedział, że ich wspólną cechą jest poszukiwanie wolności.

Raz nawet postawiłam mu ultimatum.

– Masz mnie do nich zaprowadzić.

Isidoro Baltazar wybuchnął radosnym, gardłowym chichotem.

– Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że nie są takie jak sobie wyobrażasz – powiedział. – 1 nie wiadomo, kiedy je poznasz. Po prostu musisz czekać.

– Już się naczekałam! – krzyknęłam. Nie widząc na jego twarzy żadnej reakcji, dodałam ironicznie: – Łudzisz się, jeśli wierzysz, że znajdę garstkę kobiet w Los Angeles. Nawet nie wiem, gdzie zacząć szukać.

– Znajdziesz je tak jak znalazłaś mnie – stwierdził. – Tak jak znalazłaś Mariano Aureliatio.

Spojrzałam na niego podejrzliwie. Nie mogłam oprzeć się przypuszczeniom, że było w nim jakieś tajemnicze zło.

– Wcale cię nie szukałam – oznajmiłam zarozumiale. – Ani Mariano Aureliano. Wierz mi, spotkanie ciebie i jego było czysto przypadkowe.

– W świecie czarowników nie ma przypadkowych spotkań – rzucił lekko. Już miałam mu powiedzieć, że nie potrzebuję takich rad, kiedy dodał poważnie: – Spotkasz je w odpowiednim czasie. Nie musisz ich szukać.

Stanęłam twarzą do ściany, policzyłam do dziesięciu, po czym odwróciłam się do niego z uśmiechem i powiedziałam słodko:

– Twój problem polega na tym, że jesteś typowym Latynosem. “Jutro" to dla ciebie odpowiedź na wszystko. Nie znasz pojęcia robienia czegoś. – Podniosłam głos, żeby mi nie przerwał. – Mój upór, aby poznać twoje przyjaciółki, ma przyspieszyć całą sprawę.

– Przyspieszyć całą sprawę? – powtórzył bez zrozumienia. – A co tu jest do przyspieszania?

– Prawie codziennie mi mówisz, że zostało tak mało czasu. – przypomniałam mu.

– Sam ciągle powtarzasz, jakie jest ważne, żebym je poznała, a zachowujesz się, jakbyś miał przed sobą całą wieczność.

– Ciągle ci to powtarzam, bo chcę, żebyś się pospieszyła i oczyściła swoje wewnętrzne ja, a nie dlatego, że chcę żebyś jak najszybciej robiła rzeczy bez znaczenia

– powiedział niecierpliwie. – Nie ode mnie zależy przedstawienie ich tobie. Gdyby tak było, nie siedziałbym teraz, słuchając twojego bredzenia. – Zamknął oczy i westchnął przesadnie z udawaną rezygnacją. Uśmiechnął się i wymruczał cicho: – Jesteś za głupia, żeby zrozumieć, co się dzieje.

– Nic się nie dzieje – odparowałam, urażona jego zniewagą. – Nie jestem taka głupia, jak ci się wydaje. Zauważyłam tę ambiwalencję w twoich reakcjach na moją osobę. Czasami mam niejasne wrażenie, że nie wiesz, co ze mną zrobić.

– Dobrze wiem, co zrobić. – Zaprzeczył.

– To dlaczego zawsze wyglądasz na niezdecydowanego, kiedy coś proponuję?

– Słowa te samowolnie popłynęły z moich ust.

Isidoro Baltazar ostro spojrzał na mnie. Przez chwilę myślałam, że mnie zaatakuje tymi szybkimi, szorstkimi słowami, do których był zdolny, że mnie zniszczy bezwzględną krytyką. Jego głos był jednak zaskakująco łagodny, kiedy powiedział, że mam absolutną rację.

– Zawsze czekam aż wydarzenia same podejmą za mnie decyzję – zapewnił mnie.

– A potem działam szybko i energicznie. Zostawię cię w tyle, jeżeli nie będziesz uważać.

– Ja już jestem w tyle – powiedziałam, użalając się nad samą sobą. – Ponieważ nie chcesz mi pomóc w odnalezieniu tych kobiet, jestem skazana na pozostawanie w tyle.

– Ale nie to jest prawdziwym problemem – powiedział. – Jeszcze nie podjęłaś decyzji, na tym polega cały problem. – Z oczekiwaniem uniósł brwi, jakby spodziewał się wybuchu z mojej strony.

– Nie wiem, o czym mówisz. Jaką znowu decyzję muszę podjąć?

– Nie zdecydowałaś się przyłączyć do świata czarowników. Stoisz na progu, zaglądasz do środka, czekasz, co się stanie. Czekasz na coś praktycznego, co ci się opłaci.


W gardle narastał mi okrzyk protestu. Zanim jednak zdążyłam dać upust wielki^ mu oburzeniu, powiedział, że mylne jest moje przekonanie, iż wprowadzenie się <J^ nowego mieszkania i porzucenie starego stylu życia to jakaś zmiana.

– W takim razie co to takiego? – spytałam sarkastycznie. •<<

– Jeszcze niczego nie porzuciłaś, poza swoimi rzeczami – odparł, ignorując n»M ton. – Dla niektórych ludzi to gigantyczny krok. Dla ciebie jednak to nic. Tobie nie zależy na dobrach doczesnych.

– Nie zależy – zgodziłam się z nim, a potem oznajmiłam, że niezależnie od tego, co on myśli, już dawno temu podjęłam decyzję o przyłączeniu się do świata czarowni* ków. – Jak myślisz, dlaczego tu siedzę, skoro jeszcze się nie przyłączyłam? ^

– Niewątpliwie wstąpiłaś do niego ciałem – stwierdził – ale nie duchem. Teraj czekasz na jakąś mapę, na jakiś uspokajający znak, zanim podejmiesz ostateczną decyn zje. Twój główny problem polega na tym, że chcesz być przekonana, że świat czaro\» ników ma coś do zaoferowania.

– A nie ma? – wypaliłam. ; Isidoro Baltazar odwrócił się do mnie, robić minę pełną zachwytu. Jj

– Tak, ma coś szczególnego do zaoferowania. To coś nazywa się wolność. Ale nio ma gwarancji, że uda ci sieją osiągnąć. Że komukolwiek z nas uda sieją osiągnąć. Ą

Z zamyśleniem pokiwałam głową, po czym spytałam go, co mam zrobić, żeby go przekonać, że rzeczywiście przyłączyłam się do świata czarowników. i

– Nie musisz mnie przekonywać. Musisz przekonać ducha. Musisz zamknąć zjj sobą drzwi. Ą

– Jakie drzwi? i

– Te, które wciąż trzymasz otwarte. Drzwi, które pozwolą ci uciec, jeżeli coś ci si^ nie spodoba albo nie sprosta twoim oczekiwaniom. – J

– Mówisz, że odejdę? ; Spojrzał na mnie z tajemniczym wyrazem twarzy, wzruszył ramionami i głosenł niskim jak pomruk powiedział:

– To sprawa między tobą a twoim duchem.

-Ale jeżeli sam wierzysz, że... ,"

– Ja w nic nie wierzę – przerwał mi. – Przyszłaś na ten świat tak samo jak każdy inny. Nikt w tym nie maczał palców. I nie będzie, jeżeli ty czy ktokolwiek inny postift nowi odejść. Spojrzałam na niego, zdezorientowana.

– Ale na pewno będziesz chciał mnie przekonać... jeżeli... – wyjąkałam. Pokręcił głowąjeszcze zanim skończyłam.

– Nie będę przekonywał ani ciebie, ani nikogo innego. W twojej decyzji nie be* dzie żadnej mocy jeżeli za każdym razem, kiedy się zawahasz czy zwątpisz, potrzebne ci będzie wsparcie.

– Ale kto mi pomoże? – spytałam wstrząśnięta.

– Ja. Jestem twoim sługą. – Uśmiechnął się, nie cynicznie, tylko nieśmiało i słodko, – Ale przede wszystkim służę duchowi. Wojownik nie jest niewolnikiem, lecz sług? ducha. Niewolnicy nie mają wyboru, słudzy mogą wybierać. Ich wybór to wierna służb*

Moja pomoc pozbawiona jest kalkulacji – ciągnął. – Nie mogę w ciebie inwestować, a ty oczywiście nie możesz inwestować we mnie czy w świat czarowników. To podstawowa przesłanka tego świata: nie robi się w nim nic, co można by uznać za pożyteczne. Dozwolone są tylko akty strategiczne. Tak mnie uczył nagual Juan Ma-tus i tak żyję: czarownik wciela w życie to, co głosi. A jednak niczego nie robi się z powodów praktycznych. Kiedy to zrozumiesz i zaczniesz wcielać w życie, zamkniesz za sobą te drzwi.

Zapadło między nami długie, zapierające dech w piersiach milczenie. Zmieniłam pozycję na łóżku, gdzie siedziałam. Myśli galopowały mi po głowie. Może żaden czarownik mi nie uwierzy, ale na pewno się zmieniłam, choć na pierwszy rzut oka zmiana ta była niezauważalna. Jaja dostrzegłam, bo miała związek z najtrudniejszą rzeczą, z jaką muszą się borykać niektóre kobiety: z zazdrością i potrzebą poznania.

Moje ataki zazdrości były pozą, niekoniecznie świadomą, niemniej jednak było w nich coś sztucznego. Coś we mnie żądało, bym była zazdrosna o wszystkie inne kobiety w życiu Isidoro Baltazara. Ale też coś doskonale wiedziało, że życie nowego naguala nie jest życiem zwyczajnego człowieka, nawet takiego, który mógłby mieć wiele żon. Nasze relacje, jeżeli można to tak nazwać, nie pasowały do żadnego zwyczajowego, znanego wzorca, choćbym bardzo się starała wpasować w ten wzorzec. Do tego, by dostrzec zazdrość i zaborczość, potrzebne jest lustro, nie tylko we własnej osobie, ale również w osobie partnera. A Isidoro Baltazar nie odzwierciedlał popędów, potrzeb, uczuć i emocji mężczyzny.

Moja potrzeba poznania życia Isidoro Baltazara była wszechogarniająca. Męczyło mnie to, że nigdy tak naprawdę mnie nie wpuścił do swojego prywatnego życia. A jednak nic z tym nie zrobiłam. Często myślałam, że łatwo byłoby go śledzić albo przeszukać jego papiery i raz na zawsze dowiedzieć się, kim jest. Nie mogłam jednak tego zrobić. W głębi ducha wiedziałam, że nie mogę postępować z nim jak z każdym normalnym człowiekiem. Bardziej niż poszanowanie dla własności prywatnej powstrzymywało mnie zaufanie, jakim mnie obdarzył. Dał mi całkowity dostęp do swych rzeczy, a to sprawiało, że nie tylko w praktyce, ale i w moich myślach, był nietykalny.

Roześmiałam się na głos. Naprawdę rozumiałam, czym jest strategiczny akt wojownika. Isidoro Baltazar się mylił. Brał moją wrodzoną zmienność nastrojów i niemiecką pedanterię za brak zaangażowania. Nie miało to żadnego znaczenia. Wiedziałam, że przynajmniej zaczynam rozumieć i wcielać w życie strategię wojownika, przynajmniej w jego obecności – niekoniecznie obecności w pracowni, ale w Los Angeles. Jednakże podczas jego nieobecności zaczynałam się wahać, a wtedy zazwyczaj nocowałam w jego mieszkaniu.

Którejś nocy, kiedy wkładałam klucz do zamka, poczułam, że chwyta mnie czyjaś ręka i wciąga do środka. Krzyknęłam, przerażona.

– Co... co... – wyjąkałam, a wtedy ręka mnie puściła. Próbując odzyskać równowagę, oparłam się o ścianę. Serce waliło mi jak oszalałe. – Florinda! – Spojrzałam na nią z osłupieniem. Miała na sobie długą suknię zebraną w talii. Włosy spływały jej luźno na ramiona i plecy. Zastanawiałam się, czy jest prawdziwa, czy to tylko gra cieni


i słabego światła padającego zza jej ramion. Podeszłam do niej i bojaźliwie dotknęłam rękawa jej sukni. – To ty, Florinda, czy śnię?

– To prawda, kochanie. Jestem prawdziwa.

– Jak się tu dostałaś? Jesteś sama? – Byłam całkowicie świadoma bezsensowności swoich pytań. – Gdybym wiedziała, że przyjdziesz, rano wzięłabym się do sprzątania

– powiedziałam, usiłując się uśmiechnąć. Uśmiech przykleił mi się do ust. – Uwielbiam nocą sprzątać mieszkanie Isidoro Baltazara. Zawsze sprzątam nocą.

Zamiast uczynić jakąś uwagę, Florinda odwróciła się bokiem, a wtedy światło padło na jej twarz. W jej oczach pojawił się złośliwy uśmiech.

– Mówiłam ci, żebyś nigdy nas nie śledziła ani nie przychodziła bez zaproszenia

– powiedziała. – Masz szczęście, że to nie kto inny cię tu wciągnął.

– A kto inny mógł mnie tu wciągnąć? – spytałam ze śmiałością, do której było mi daleko.

Florinda przyglądała mi się jeszcze chwilę, po czym się odwróciła i powiedziała przez ramię:

– Ktoś, kto by wcale się nie przejął, gdybyś umarła ze strachu. – Lekko przekręciła głowę – tak, że jej profil zarysował się w słabym świetle. Zaśmiała się cicho i machając rękąjakby chciała odegnać te słowa, przecięła pokój i poszła do małej kuchni. Sprawiała takie wrażenie jakby nie szła, lecz ślizgała się w tańcu. Jej długie, siwe włosy, spływające luźno na plecy, zalśniły niczym srebrna zasłona w niepewnym świetle.

Próbując naśladować jej wdzięczny krok, podążyłam za nią.

– Wiesz, ja mam klucz – powiedziałam. – Przychodzę tu codziennie, o każdej porze, odkąd wróciliśmy z Sonory. Właściwie to tu mieszkam.

– Isidoro Baltazar nie zabronił ci tu przychodzić, kiedy jest w Meksyku? – Florinda spytała obojętnie, niemal od niechcenia. Nie oskarżała mnie, chociaż miałam takie wrażenie.

– Może i coś wspomniał – zauważyłam z wystudiowaną obojętnością. Widząc, że zmarszczyła brwi, poczułam potrzebę obrony. Powiedziałam, że często przychodziłam tu sama i wydaje mi się, że nie ma żadnego znaczenia, czy Isidoro Baltazar jest pięć czy pięćset mil stąd. Ośmielona jej potakującymi ruchami głowy wyznałam, że poza tym, że odrabiam tu prace domowe, to również całymi godzinami układam książki w szafach. Układam je według autora i tematyki. – Niektóre z tych książek są tak nowe, że jeszcze nie mają rozciętych kartek – wyjaśniłam. – Segreguję je. Prawdę mówiąc, to właśnie po to tu przychodzę wieczorami.

– O trzeciej w nocy?! – wykrzyknęła. Rumieniąc się, kiwnęłam głową.

– Jest jeszcze mnóstwo stron do rozcięcia. To trwa całą wieczność, bo trzeba uważać, żeby nie zniszczyć kartek. Ale to bardzo uspokajające zajęcie. Pomaga mi usnąć.

– Niesamowite – powiedziała cicho Florinda. Zachęcona j ej wyraźną aprobatą, ciągnęłam dalej:

– Na pewno rozumiesz, co mi daje przebywanie tutaj – powiedziałam. – W tym mieszkaniu czuję się oddzielona od starego życia, od wszystkiego poza Isidoro Baltazarem i jego czarodziejskim światem. Samopowietrze tutaj przepełnia mnie uczuciem wielkiego dystansu. – Westchnęłam przeciągle i głośno. – Tutaj nigdy nie czuję się samotna, chociaż przez większość czasu jestem tu sama. Coś w atmosferze tego mieszkania przypomina mi o domu czarownic. Ściany przesiąknięte są tym samym chłodem i brakiem uczuć, które początkowo wydały mi się tak niepokojące. I właśnie tego braku ciepła, tego dystansu szukam dzień i noc. Wydają mi się dziwnie kojące. Dodają mi sił.

– Nie do wiary – szepnęła Florinda, jakby nie mogła uwierzyć i podstawiła czajnik pod kran w zlewie. Powiedziała coś, czego nie usłyszałam, bo jej słowa zagłuszył szum wody, po czym postawiła czajnik na kuchence. – Bardzo się cieszę, że czujesz się tutaj jak w domu – powiedziała, wzdychając dramatycznie. – Musisz się czuć bardzo bezpiecznie w tym małym gniizdku wiedząc, że masz towarzysza.

– Wielce żartobliwym tonem dodała, że powinnam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby uszczęśliwić Isidoro Baltazara, włączając w to praktyki seksualne, które opisała z potworną bezpośredniością.

Oszołomiona j ej słowami, gapiłam się na nią z rozdziawioną buzią. Z pewnością siebie i sprawnością kogoś obeznanego z urządzeniem kuchni, wyjęła dwa kubki, mój imbryk na specjalne okazje i paczkę ciastek z wiórkami czekolady, którą trzymałam ukrytą w kredensie za grubymi słownikami niemieckiego i francuskiego wydanymi przez Casselsa.

Odwróciła się do mnie z uśmiechem i spytała raptownie:

– Kogo spodziewałaś się tu dzisiaj znaleźć?

– Nie ciebie! – wybuchnęłam, uświadamiając sobie zbyt późno, że ta odpowiedź mnie zdradziła. Zaczęłam długo i zawile tłumaczyć, dlaczego sądziłam, że znajdę tutaj, jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej jedną z tamtych pozostałych młodych kobiet.

– Pojawią się na twojej drodze we właściwym czasie – powiedziała Florinda.

– Nie powinnaś na siłę dążyć do spotkania z nimi.

Zanim zorientowałam się, co mówię, zaczęłam oskarżać ją, a także Mariano Aure-liano i Isidoro Baltazara za własne myszkowanie. Orzekłam, że to niepraktyczne – już me wspominając o tym, że niemożliwe – by spodziewały się, że będę czekać, aż jakieś nieznane kobiety staną na mojej drodze i że je rozpoznam po czymś tak niepojętym jak wewnętrzny blask. Jak zwykle, im więcej mówiłam, tym lepiej się czułam.

Florinda kompletnie mnie zignorowała.

Jedna łyżeczka, dwie łyżeczki i jedna do imbryka – skandowała z przesadnym brytyjskim akcentem, odmierzając herbatę. Potem, zupełnie od niechcenia zauważyła, że jedyną kapryśną i niepraktyczną rzeczą jest to, bym uważała Isidoro Baltazara za mężczyznę i tak go traktowała.

– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziałam obronnym tonem. Spoglądała na mnie uważnie, aż się zarumieniłam.

– Dobrze wiesz, o czym mówię – stwierdziła, po czym nalała herbaty do kubków. Szybkim ruchem brody wskazała, który mam wziąć. Z torbą ciastek w ręku usiadła na łóżku Isidoro Baltazara, które stało najbliżej kuchni. Zaczęła powoli są


czyć herbatę. Usiadłam koło niej i uczyniłam to samo. – Nic a nic się nie zmieniaj

– powiedziała niespodziewanie. «j

– Mniej więcej to samo Isidoro Baltazar powiedział mi parę dni temu – odparłam

– Ale ja wiem, że bardzo się zmieniłam. ?j Powiedziałam jej, że od przyjazdu z Sonory mój świat stanął na głowie. Rozwlei kle zaczęłam opowiadać o znalezieniu nowego mieszkania, o przeprowadzce i po4 rzuceniu wszystkiego. Nawet nie kiwnęła głową, tylko siedziała w milczeniu, nieiul choma jak kamień.

– Prawdę mówiąc nie mogę się pochwalić tym, że zerwałam z rutyną czy stałam się niedostępna – przyznałam, śmiejąc się nerwowo, onieśmielona jej milczeniem!

– Każdy, kto pozostaje w bliskim kontakcie z Isidoro Baltazarem, zapomina, że istniw ją granice między nocą a dniem, dniem powszednim a świętem. – Zerknęłam na nią z ukosa, zadowolona z własnych słów. – Czas po prostu płynie i ustępuje jakiemuś...– Nagle okazało się, że nie mogę dokończyć zdania. Uderzyła mnie dziwna myśl. Nikt| o ile pamiętam, nigdy mi nie mówił o zrywaniu z rutyną lub stawaniu się niedostejw nym. Spojrzałam uważnie na Florindę, ale mimowolnie odwróciłam wzrok. Czy by{g to jej sprawka? – zadałam sobie pytanie. Skąd u mnie takie słowa? I, co było jeszczf dziwniejsze, dokładnie wiedziałam, co te słowa oznaczają. <t

– Powinno to być dla ciebie ostrzeżenie, że lada chwila coś z ciebie wyskoczy

– powiedziała Florinda, jakby podążała za moim tokiem myśli. Następnie powiedział ła, że wszystko, co do tej pory zrobiłam we snach, nie nasyciło mojej jawy niezbędną twardością, samodyscypliną konieczną do poruszania siew świecie czarowników.

– Nigdy w życiu czegoś takiego nie robiłam – powiedziałam. – Daj mi spokój. Jestem w tym nowa. s

– Oczywiście – zgodziła się ochoczo. Oparła głowę o poduszki i zamknęła oczyj Milczała tak długo, że już myślałam, że usnęła, więc przestraszyłam się, kiedy powiedziała: – Prawdziwa zmiana to nie zmiana nastroju, postawy czy wyglądu. Praw* dziwa zmiana pociąga za sobą całkowitą transformację ,ja". – Widząc, że chcę jej przerwać, przycisnęła palec do moich ust i dodała: — Zmiana, o jakiej mówię, ntó może się dokonać w ciągu trzech miesięcy, roku czy dziesięciu lat. Może to potrwad całe życie. – Powiedziała, że niezwykle trudno jest stać się kimś innym niż osoba, MS jaką nas wychowano. *

Świat czarowników to sen, mit, a jednak jest równie prawdziwy jak świat rzeczywisty – ciągnęła Florinda. – By go dostrzec i w nim funkcjonować, musimy zdjąć maskę, jaką nosimy na co dzień od dnia naszych narodzin i założyć drugą maskfe maskę, która nam umożliwi ujrzenie nas samych i naszego otoczenia takim, jakie jesl naprawdę: jako zapierające dech w piersiach wydarzenia, które trwają tylko chwil<? i nigdy nie zostaną powtórzone.

Będziesz musiała sama sobie sporządzić tę maskę. – Usadowiła się wygodniej na łóżku i ująwszy w obie dłonie kubek, który ponownie napełniłam, zaczęła głośno siorbać herbatę. *

– Jak mam sporządzić tę maskę? – spytałam.

– Śniąc o swoim drugim ja – wymruczała. – Na pewno nie zmieniając adresu, ubrania, książek. – Zerknęła na mnie z ukosa i uśmiechnęła się ironicznie. – 1 na pewno nie wierząc, że masz nowego mężczyznę.

Zanim zdążyłam zareagować na jej brutalne oskarżenie powiedziała, że na zewnątrz jestem płynną osobą, zdolną do poruszania się z wielką szybkością. W środku byłam jednak sztywna. Jak już zauważył Isidoro Baltazar, i ona stwierdziła, że błędne jest moje przekonanie, iż wprowadzenie się do nowego mieszkania i obsesyjne oddawanie swoich rzeczy jest zmianą.

Schyliłam głowę, przyjmując jej krytykę. Zawsze miałam pociąg do pozbywania się swoich rzeczy. Jak wskazała, była to moja obsesja. Ku zmartwieniu moich rodziców, od wczesnego dzieciństwa regularnie rozdawałam swoje ubrania i zabawki. Radość na widok uporządkowanego pokoju i niemal pustych szaf przewyższała radość posiadania.

Niekiedy obsesja ta była tak przemożna, że opróżniałam też szafy rodziców i braci. Rzadko odkrywano brak tych rzeczy, pamiętałam bowiem, by pozbywać się ubrań, których nie widziałam na nikim od dłuższego czasu. Niemniej jednak parę razy przez dom przetaczała się nagła burza, kiedy mój ojciec chodził od pokoju do pokoju, wrzeszcząc i otwierając szafy w poszukiwaniu jakiejś konkretnej koszuli lub spodni.

Florinda roześmiała się, po czym wstała i podeszła do okna wychodzącego na aleję. Wpatrzyła się w nieprzezroczystą zasłonę, jakby widziała przez nią. Zerkając w tył przez ramię powiedziała, że kobiecie łatwiej niż mężczyźnie zerwać więzy z rodziną i przeszłością.

– Kobiety – utrzymywała – są nieprzewidywalne. Ta nieprzewidywalność obdarza je ogromną płynnością. Niestety kobiety rzadko, jeżeli w ogóle, wykorzystują to.

– Zaczęła chodzić po pokoju, wodząc ręką po ogromnym metalowym regale i składanym stoliku do gry w karty. – Najtrudniejszą rzeczą do pojęcia w świecie czarowników jest to, że oferuje on całkowitą wolność. – Odwróciła się do mnie twarzą i dodała cicho: – Ale wolność nie jest za darmo.

– Ile kosztuje wolność?

– Wolność kosztuj e maskę, którą masz na sobie – powiedziała. – Maskę, która j est tak wygodna i którą tak trudno zdjąć nie dlatego, że jest świetnie dopasowana, ale dlatego, że nosisz ją od bardzo dawna. – Przestała chodzić po pokoju i stanęła przed stolikiem do gry w karty. – Wiesz, czym jest wolność? – zadała mi retoryczne pytanie.

– Wolność to całkowity brak troski o samego siebie – powiedziała, siadając koło mnie na łóżku. – A najlepiej przestać przejmować się samym sobą, przejmując się innymi.

– Mnie obchodzą inni – zapewniłam ją. – Ciągle myślę o Isidoro Baltazarze i jego kobietach.

– Jestem tego pewna – żywo przytaknęła Florinda. Pokręciła głową i ziewnęła.

– Czas, żebyś zaczęła kształtować swoją nową maskę. Maskę, która może na sobie nosić tylko twoje ślady. Musisz ją wyrzeźbić w samotności. Inaczej nie będzie pasować. Inaczej zawsze będzie za ciasna, za luźna, za duszna, za chłodna... – Jej głos odpłynął, gdy zaczęła wymieniać przeróżne absurdalne niedogodności.


Zapadło długie milczenie, po czym, tym samym sennym głosem powiedziała:

– Wybranie świata czarowników to nie tylko stwierdzenie, że się go wybrało. Musisz działać w tym świecie. W twoim wypadku musisz śnić. Czy od powrotu śniłaś na jawie? Strasznie przygnębiona, przyznałam, że nie.

– W takim razie jeszcze nie podjęłaś decyzji – stwierdziła surowo. – Nie rzeźbisz swojej nowej maski. Nie śnisz o swoim drugim ,ja".

Czarownicy są związani ze swym światem jedynie poprzez swą nieskazitelność.

– W jej oczach pojawił się błysk, gdy dodała: – Czarowników nie interesuje nawracanie ludzi na swoje poglądy. Wśród czarowników nie istnieją żadni guru ani mędrcy, tylko naguale. Sąprzywódcami – nie dlatego, że wiedzą więcej, ale po prostu dlatego, że mają więcej energii. Niekoniecznie chodzi tu o siłę fizyczną– uściśliła – ale o pewną konfigurację ich istnienia, która pozwala im pomóc innym w przełamaniu ograniczeń percepcji.

– Skoro czarowników nie interesuje nawracanie na ich poglądy, to dlaczego Isido-ro Baltazar jest uczniem starego naguala? – przerwałam jej.

– Isidoro Baltazar pojawił się w świecie czarowników tak samo jak ty – odparła.

– Mariano Aureliano nie mógł zignorować tego, co go sprowadziło. Jego obowiązkiem było nauczyć Isidoro Baltazara wszystkiego, co wiedział o świecie czarowników.

– Wyjaśniła, że nikt nie szukał Isidoro Baltazara ani mnie. To, co nas wprowadziło w ich świat, nie miało nic wspólnego z czyimś działaniem lub wolą. – Nie ma takiej rzeczy, którą byśmy zrobili, by wbrew twojej woli zatrzymać cię w tym świecie

– powiedziała z uśmiechem. A jednak zrobilibyśmy każdą wyobrażalną lub niewyobrażalną rzecz, by ci pomóc w nim zostać.

Florinda odwróciła się bokiem, jakby chciała ukryć przede mną twarz. Chwilę później znowu zerknęła przez ramię. W jej oczach błysnęło coś zimnego i obcego, a ta zmiana wyrazu twarzy była tak niezwykła, że się przestraszyłam. Instynktownie cofnęłam się przed nią.

– Jedyną rzeczą, jakiej nie mogę zrobić i jakiej nie zrobię, oraz jakiej nie zrobi również Isidoro Baltazar, jest udzielenie pomocy twojemu staremu, brzydkiemu, chciwemu, pobłażliwemu , ja". To by była jakaś parodia. – Jakby chcąc nieco zatrzeć tę obelgę, otoczyła mnie ramieniem i przytuliła. – Powiem ci, czego potrzebujesz – szepnęła, po czym milczała tak długo, że już myślałam, że zapomniała, co chciała powiedzieć. – Powinnaś się porządnie wyspać – wymruczała w końcu.

– W ogóle nie jestem zmęczona – odparłam. Moja odpowiedź była automatyczna i uświadomiłam sobie, że większość moich reakcji była sprzeciwem na to, co słyszałam. Ostatnie słowo było dla mnie sprawą zasadniczą.

Florinda zaśmiała się cicho, po czym znowu mnie objęła.

– Nie bądź taka niemiecka – wymruczała. – 1 nie oczekuj, że wszystko zostanie ci wyraźnie i dokładnie przeliterowane. – Dodała, że w świecie czarowników nic nie jest jasne i wyraźne. Tam wszystko ukazuje się powoli i niewyraźnie. – Isidoro Baltazar ci pomoże – zapewniła mnie. – Pamiętaj jednak, że nie pomoże ci tak, jak si? tego spodziewasz.

– Co masz na myśli? – spytałam, uwalniając się z jej objęć, by móc na nią spojrzeć.

— Nie powie ci tego, co chcesz usłyszeć. Nie powie, jak masz się zachowywać, bo, jak już wiesz, w świecie czarowników nie istniejążadne zasady czy przepisy. – Zachichotała radośnie, najwyraźniej ubawiona moją rosnącą frustracją. – Zawsze pamiętaj, tam są jedynie improwizacje – dodała, a potem, ziewając szeroko, rozciągnęła się na łóżku i sięgnęła po jeden ze schludnie złożonych koców leżących w stercie na podłodze. Zanim się przykryła, uniosła się na łokciu i przyjrzała mi się bacznie. W jej sennym głosie było coś hipnotycznego, kiedy powiedziała, że zawsze powinnam mieć na uwadze to, że wędruję tą samą drogą wojownika co Isidoro Baltazar. – Zamknęła oczy i głosem niemal zbyt słabym, bym go mogła usłyszeć, dodała: – Nigdy nie trać go z oczu. Jego uczynki poprowadzą cię tak zręcznie, że nawet tego nie zauważysz. To doskonały i niezrównany wojownik.

Gwałtownie potrząsnęłam j ą za ramię. Obawiałam się, że zaśnie zanim skończy mówić.

– Jeżeli będziesz go uważnie obserwować – powiedziała, nie otwierając oczu – zobaczysz, że Isidoro Baltazar nie szuka miłości czy aprobaty. Zobaczysz, że pozostaje beznamiętny we wszystkich okolicznościach. Niczego nie żąda, a jednak jest skłonny dać z siebie wszystko. Niecierpliwie czeka na znak od ducha w postaci dobrego słowa, właściwego gestu, a kiedy je dostaje, wyraża swą wdzięczność, zdwajając swe wysiłki.

Isidoro Baltazar nie osądza. Zredukuje samego siebie do zera po to, by słuchać, patrzeć, by zwyciężać i być poniżonym przez swe zwycięstwo lub zostać pokonanym i wzmocnić się przez swą porażkę.

Jeżeli będziesz uważnie patrzeć, zobaczysz, że Isidoro Baltazar się nie poddaje. Może zostać zwyciężony, lecz nigdy się nie poddaje. A ponad wszystko, Isidoro Baltazar jest wolny.

Umierałam z chęci przerwania jej, wykrzyknięcia, że już mi to wszystko mówiła, ale zanim zdążyłam spytać o cokolwiek, Florinda twardo usnęła.

Obawiając się, że rano się z nią rozminę, wróciłam na swoje miejsce i usiadłam na drugim łóżku.

W mojej świadomości pojawiły się jakieś dziwne myśli. Rozluźniłam się całkowicie, kiedy zrozumiałam, że nie maj ą żadnego związku z resztą moich normalnych myśli. Widziałam je jako wiązki światła, błyski intuicji.

Idąc za jednym z takich błysków intuicji, postanowiłam wyczuć pośladkami łóżko, na którym siedziałam. I ku memu osłupieniu moje pośladki zapadły się w łóżko. Przez chwilę byłam samym łóżkiem, a łóżko próbowało dotknąć moich pośladków. Przez jakiś czas smakowałam to uczucie. Wiedziałam, że śnię i zrozumiałam z całą jasnością, że właśnie doświadczyłam tego, co Esperanza określiła jako “powracające uczucie". I wtedy całe moje istnienie się rozpuściło, czy też raczej wybuchło.

Chciało mi się śmiać z radości, ale wolałam nie budzić Florindy. Wszystko mi się przypomniało! Teraz nie miałam już żadnych trudności z przypomnieniem sobie, co robi-fam w domu czarownic podczas tych straconych dziesięciu dni. Wtedy śniłam! Pod bacznym spojrzeniem Esperanzy śniłam o budzeniu się w domu czarownic, domu Esperanzy lub innych miejscach, których w tej chwili nie mogłam sobie całkiem przypomnieć.


Clara twierdziła, że zanim jakakolwiek konkretna rzecz, jaką zobaczyłam w snach, utrwali się w mojej pamięci, muszę ją zobaczyć dwukrotnie. Wszystkie kobiety widziałam więcej niż dwa razy, na stałe wryły się w moją pamięć. Kiedy tak siedziałam na łóżku przyglądając się śpiącej Florindzie, przypomniały mi się inne kobiety z przyjęcia czarowników, z którymi obcowałam w stanie śnienia podczas tych zapomnianych dni. Zobaczyłam je wyraźnie, jakby pojawiły się przede mną, czy też raczej jakbym to ja została ciałem przeniesiona z powrotem w tamte chwile.

Najbardziej uderzająca wydała mi się Nelida, która była tak bardzo podobna do Flormdy, że początkowo wzięłam je za bliźniaczki. Nie tylko była równie wysoka i szczupła jak Florinda, ale miała taki sam kolor oczu, włosów i cery. Nawet wyraz ich twarzy był taki sam. Podobny miały również temperament, poza tym, że Nelida sprawiała wrażenie bardziej uległej, mniej przebojowej. Brakowało jej mądrości i energii Florindy. A jednak była obdarzona bardzo uspokajającą, cierpliwą, cichą siłą.

Hermelinda spokojnie mogła uchodzić za młodszą siostrę Carmeli. Jej chude ciało wysokości pięć stóp i dwóch cali było delikatnie zaokrąglone i takie też były jej maniery. Sprawiała wrażenie mniej pewnej siebie niż Carmela. Mówiła cicho, a poruszała się szybko i z wdziękiem. Jej towarzyszki powiedziały mi, że nieśmiałość i spokój Carmeli uwydatniaj ą to, co najlepsze w innych i że nie potrafi poradzić sobie z grupą lub choćby dwiema osobami na raz.

Clara i Delia stanowiły zdumiewającą parę. Nie były tak duże, jak to się początkowo wydawało. To ich krzepkość, wigor i energia nadawały im wygląd ogromnych, niezniszczalnych kobiet. Pro wadziły między sobą cudowną grę. Przy najmniejszej okazji paradowały w absurdalnie ekscentrycznych strojach. Obie doskonale grały na gitarze, a do tego miały piękne głosy. Śpiewały, próbując prześcignąć jedna drugą, nie tylko po hiszpańsku, lecz również po angielsku, niemiecku, francusku i włosku. Do ich repertuaru zaliczały się ballady, melodie ludowe i wszelkie piosenki popularne, włączając w to najnowsze przeboje. Musiałam tylko zanucić lub wyrecytować pierwszą linijkę jakiejś piosenki, a Clara lub Delia natychmiast kończyły jąza mnie. Organizowały też konkursy pisania wierszy na każdą okazję.

Układały dla mnie wiersze i wsuwały je pod drzwi, nie podpisane. Musiałam odgadnąć, kto je napisał. Każda z nich twierdziła, że jeżeli kocham j ą naprawdę, tak jak ona kocha mnie, to intuicyjnie domyśle się, kto jest autorem.

Ich rywalizacja była dla mnie tak rozkosznie pociągająca dlatego, że nie było w niej za grosz agresji. Miała bawić, a nie gasić przeciwnika. Nie muszę dodawać, że Clara i Delia bawiły się równie dobrze, jak ich widownia.

Jeżeli poczuły do kogoś sympatię, jak to najwyraźniej było w moim wypadku, ich uczucie i lojalność nie miały żadnych granic. Obie broniły mnie ze zdumiewającą wytrwałością, nawet kiedy się myliłam. W ich oczach byłam doskonała i niezdolna do niczego złego. To od nich dowiedziałam się, że zaufanie takie należy podtrzymywać poprzez wzajemną odpowiedzialność. Nie bałam się ich rozczarować, czy sprostać ich oczekiwaniom, raczej najbardziej naturalne na świecie było dla mnie wierzyć, że faktycznie jestem doskonała i zachowywać się jak najpoprawniej w ich obecności.

Najdziwniejszą wśród tych kobiet-czarownic była moja nauczycielka śnienia, Zulejka, która nigdy niczego mnie nie nauczyła. Nawet się do mnie nie odzywała, a może nawet nie dostrzegała mojego istnienia.

Zulejka, podobnie jak Florinda, była bardzo piękna – może nie uderzająco piękna, jej uroda była bardziej eteryczna. Zulejka była malutka. Jej ciemne oczy z brwiami przypominającymi skrzydła, mały, idealny nosek i usta otaczała burza ciemnych włosów, które zaczynały siwieć. Podkreślało to jej wygląd osoby nie z tego świata.

Jej uroda nie była przeciętna, lecz wysublimowana, utemperowana nieustępliwą samokontrolą. Zulejka doskonale zdawała sobie sprawę z komicznego elementu swej urody i tego, jakie wrażenie wywierała na innych. Nauczyła się go wychwytywać i wykorzysty-1 wać, jakby to była jakaś nagroda. Była więc całkowicie obojętna na wszystko i wszystkich.

Zulejka nauczyła się brzuchomówstwa, z którego uczyniła prawdziwą sztukę. Według niej słowa wypowiadane przez usta były mniej zrozumiałe niż w rzeczywistości.

Zachwycał mnie jej nawyk brzuchomówstwa, za pomocą którego zwracała się do ścian, stołów, porcelany czy innych przedmiotów stojących przed nią, więc chodziłam krok w krok za nią. Przechadzała się po domu jakby w ogóle nie dotykała ziemi i nie poruszała powietrza. Kiedy spytałam innych czarowników, czy to złudzenie, wytłumaczyli mi, że Zulejka brzydziła się zostawiać ślady stóp.

Kiedy j ą poznałam, kobiety wyjaśniły mi różnicę między śniącymi i myśliwymi. Nazywały to dwiema planetami. Florinda, Carmela, Zoila i Delia były myśliwymi: silnymi istotami obdarzonymi ogromną energią fizyczną, zdobywcami, niezmordowanymi robotnikami, specjalistami w tym dziwnym stanie świadomości, który nazywały : śnieniem na jawie.

Inne planety – śniący – były to pozostałe cztery kobiety: Zulejka, Nelida, Herme-nelinda i Clara. One były bardziej eteryczne. Nie dlatego, że miały w sobie mniej siły czy energii, raczej dlatego, że ich energia po prostu była mniej widoczna. Emanowało z nich coś nie z tego świata, nawet kiedy wykonywały najbardziej przyziemne zajęcia. Były specjalistkami w innym szczególnym stanie świadomości, który nazywały “śnieniem w światach innych niż ten". Powiedziano mi, że to najbardziej złożony stan świadomości, jaki mogą osiągnąć kobiety.

Kiedy śniące i myśliwi pracowały razem, myśliwi stanowili twardą, zewnętrzną warstwę kryjącą pod sobą głęboko schowane jądro. Śniące były tym głęboko schowanym jądrem. Były niczym miękka matryca wyściełająca twardą zewnętrzną warstwę.

Podczas tych dni spędzonych w domu czarownic opiekowano się mną, jakbym przedstawiała sobą jakąś ogromną wartość. Rozpieszczały mnie i cackały się ze mną jakbym była maleńkim dzieckiem. Gotowały mi moje ulubione potrawy, szyły najbardziej eleganckie i świetnie skrojone stroje, jakie kiedykolwiek nosiłam. Zasypywały mnie prezentami, drobiażdżkami i cennymi klejnotami, które – jak twierdziły – ; odkładały na dzień, kiedy się obudzę.

W świecie czarowników istniały jeszcze dwie kobiety. Obie były myśliwymi: dwie grube dziewczyny, Martha i Teresa. Obie miały wspaniały wygląd i równie wspaniałe apetyty. Nie starały się przed nikim kryć, ale na ukrytej półce w spiżarce trzymały


ciastka, czekolady i mieszanki cukierków. Ku memu zachwytowi już na samym początku wtajemniczyły mnie w swoją kryjówkę i pozwoliły buszować w niej do woli, z czego oczywiście chętnie korzystałam.

Martha była starsza. Miała około dwudziestu pięciu lat i egzotyczną mieszankę krwi niemieckiej i indiańskiej. Jej skóra była, jeżeli nie całkiem biała, to przynajmniej blada. Pyszne, czarne, miękkie włosy falami otaczały szeroką twarz o wystających kościach policzkowych. Jej skośne oczy były intensywnie zielononiebieskie, a uszy małe i delikatne jak u kota, miękkie, różowe i niemal przezroczyste.

Martha miała skłonność do przeciągłych, smutnych westchnień – germańskich, jak twierdziła – i melancholijnego milczenia, spuścizny po indiańskich przodkach. Od niedawna uczyła się grać na skrzypcach, czemu poświęcała każdą chwilę. Pozostałe kobiety, zamiast ją krytykować czy się złościć, chóralnie oznajmiły, że Martha ma absolutny słuch muzyczny.

Teresa miała zaledwie pięć stóp wzrostu, lecz pękate ciało sprawiało, że wydawała się o wiele wyższa. Nie wyglądała na Meksykankę, przypominała raczej Hinduskę z Indii. Jej nieskazitelna skóra była kremowego, jasnobrązowego koloru. Oczy w kształcie migdałów, wilgotne i ciemne, były ocienione przez drugie, wywinięte rzęsy – tak gęste, że powieki opadały pod ich ciężarem, nadając jej twarzy senny, nieobecny wygląd. Miała tak łagodne i słodkie usposobienie, że aż chciało się nią opiekować.

Teresa była artystycznie uzdolniona. Późnymi popołudniami malowała farbami plakatowymi. Godzinami siedziała na podwórzu z przygotowanym płótnem, pędzlami i paletą, czekając na odpowiednie światło i cienie. Potem, z uważnością godną mistrza Zeń i płynnością śmigała po płótnie pędzlem zanurzonym w farbie.

Moje ukryte wspomnienia wypłynęły na powierzchnię. Byłam wykończona. Rytm cichego chrapania Florindy, wznoszącego się i opadającego w pokoju jak odległe echo, był hipnotyzujący.

Kiedy otworzyłam oczy, od razu zawołałam ją po imieniu. Nie odpowiedziała. Łóżko było puste. Żółte prześcieradło, wetknięte ciasno pod materac, nie zdradzało, by ktoś na nim siedział, już nie mówiąc o spaniu. Dwie poduszki leżały na swych zwykłych miejscach – oparte o ścianę – a koc, którym się przykryła, złożono razem z innymi na podłodze.

Energicznie przetrząsnęłam pokój w poszukiwaniu jakiegoś śladu, wskazówki, że rzeczywiście tam była. Nie znalazłam nic, nawet długiego, siwego włosa w łazience.

XIII

Zawsze, kiedy byłam w pełni rozbudzona, niezbyt dobrze pamiętałam te stracone dni, poza tym, że z całą pewnością wiedziałam, iż wcale nie były one stracone. Coś się ze mną stało w tym czasie, coś, czego głębokie znaczenie gdzieś mi umknęło. Nie musiałam czynić żadnego świadomego wysiłku, żeby odzyskać te niejasne wspomnienia: po prostu wiedziałam, że są na wpół ukryte, jak ludzie, których trochę się zna, ale nie sposób sobie przypomnieć ich imion.

Nigdy nie sypiałam zbyt dobrze, ale od tamtej nocy – od pojawienia się Florindy w pracowni Isidoro Baltazara – chodziłam spać o każdej porze, żeby tylko móc śnić. Po prostu zapadałam w sen, kiedy tylko przyłożyłam głowę do poduszki i spałam niesamowicie długo. Nawet przybrałam na wadze, co niestety dało się zauważyć w zupełnie nieodpowiednich miejscach. A jednak nigdy nie śniłam z czarownikami.

Któregoś popołudnia obudził mnie głośny stuk. Isidoro Baltazar wypuścił czajnik do zlewu. Głowa mnie bolała, przed oczami wszystko mi się rozmazywało. Przypomniał mi się straszny sen, lecz równie szybko wspomnienie to zniknęło. Pociłam się obficie.

– To wszystko przez ciebie! – wrzasnęłam na niego. – Gdybyś mi pomógł, nie przesypiałabym całego życia. – Miałam ochotę się powściekać, dać upust frustracji i niecierpliwości, ale nagle przyszło mi do głowy, że nie mogę tego zrobić, bo już nie lubię narzekać tak jak kiedyś.

Rozpromienił się z radości, jakbym wymówiła na głos swoje myśli. Złapał krzesło, usiadł na nim okrakiem i powiedział:

– Wiesz, że nie mogę ci pomóc. Kobiety mają inny tryb śnienia. Nawet nie rozumiem, co kobiety robią, żeby śnić.

– Powinieneś wiedzieć, w twoim świecie jest tyle kobiet – odparowałam grubiańsko. Roześmiał się. Najwyraźniej nic nie mogło zepsuć jego dobrego nastroju.

– Nawet nie mogę zacząć rozumieć, co robią kobiety, żeby śnić – ciągnął. – Mężczyźni muszą bez przerwy skupiać uwagę w snach. Kobiety tak nie walczą, ale muszą wyrobić w sobie wewnętrzną dyscyplinę. Uśmiechnął się promiennie, kiedy dodał: – Jest jedna rzecz, która mogłaby ci pomóc. Nie podchodź do śnienia w swój zwykły obsesyjny sposób. Pozwól, by śnienie przyszło samo.

Otworzyłam i zamknęłam usta, a moje zdumienie szybko zmieniło się w gniew. Głośno tupiąc wyszłam urażona, pamiętając, żeby trzasnąć za sobą drzwiami. Jego śmiech towarzyszył mi aż do samochodu na parkingu na dole.

Oburzona, czując się kompletnie niekochana, samotna, a ponad wszystko godna pożałowania, pojechałam na plażę. Była opustoszała. Padał deszcz. Nie było wiatru, więc deszcz padał bardzo łagodnie, bardzo prosto.

Z kojącego dźwięku pluskających fal i deszczu uderzającego o wodę emanował wielki spokój. Zdjęłam buty, podciągnęłam spodnie i zaczęłam brodzić w wodzie, aż zmyła mój gniew.

Wiedziałam, że się go pozbyłam, bo w szepczących, kląskających falach usłyszałam głos Florindy: “To samotna walka". Nie przerażało mnie to, po prostu zaakceptowałam fakt, że rzeczywiście jestem sama. I to właśnie ta świadomość dała mi przekonanie, co robić. A ponieważ nie lubię czekać, natychmiast wzięłam się do działania.

Pod drzwiami Isidoro Baltazara zostawiłam liścik – nie chciałam, by mi wyperswadował mój pomysł – i wyruszyłam do domu czarownic. Jechałam całą noc, aż do Tuscon. Zameldowałam się w jakimś motelu po drodze, przespałam prawie cały dzień, po czym późnym popołudniem znowu ruszyłam w podróż, tą samą trasą, jaką Isidoro Baltazar wybrał w drodze powrotnej.


Mam kiepskie wyczucie orientacji, lecz trasa ta głęboko wryła mi się w pamięć. Ze zdumiewającą pewnością siebie dokładnie wiedziałam, którą drogę wybrać, gdzie skręcić. Do domu czarownic dotarłam w mgnieniu oka. Nawet nie sprawdziłam godziny, ponieważ nie chciałam stracić uczucia, że nie minęło ani trochę czasu między chwilą, kiedy wsiadłam w Tuscon do samochodu, a moim przyjazdem do domu czarownic.

W ogóle nie zaniepokoiłam się tym, że w domu było kompletnie pusto. Byłam świadoma tego, że nie wysłano mi żadnego bezpośredniego, oficjalnego zaproszenia. Pamiętałam jednak wyraźnie, że Nelida raz mi powiedziała, kiedy chowała do szuflady koszyk z prezentami, którymi mnie obdarowywały, że mogę wrócić, kiedy tylko będę chciała. “O każdej porze dnia i nocy ten koszyk bezpiecznie cię tu wciągnie". Jej słowa dźwięczały mi w uszach.

Z pewnością siebie, jaka zazwyczaj bierze się z wprawy, poszłam od razu do pokoju, który dała mi Esperanza. Biały, falbaniasty hamak był przygotowany, zupełnie jakby na mnie czekał. W końcu ogarnął mnie lekki niepokój, ale nie byłam tak przestraszona, jak powinnam. Nie do końca rozluźniona, położyłam się w hamaku, wystawiając jedną nogę na zewnątrz, żeby móc się kołysać w tył i w przód.

– Do diabła z moimi lękami! – wykrzyknęłam, podwinęłam nogę i przeciągnęłam się wygodnie jak kot, aż mi zatrzeszczały stawy.

– O, widzę, że się rozgościłaś. – Odezwał się jakiś głos z korytarza. Nie widziałam jej, nawet nie rozpoznałam jej głosu, a jednak wiedziałam, że to Nelida. Czekałam, aż wejdzie, ale nie weszła.

– Twoje jedzenie jest w kuchni. – Usłyszałam. Jej kroki oddaliły się korytarzem od drzwi.

Podskoczyłam i pognałam za nią.

– Zaczekaj, zaczekaj, Nelida! – krzyknęłam. Na korytarzu, ani w pokojach, które mijałam po drodze do kuchni, nie było nikogo. W całym domu nie było nikogo. A jednak byłam pewna, że tam są. Słyszałam ich głosy, śmiech, brzękanie naczyń, garnków i patelni.

Następne parę dni spędziłam w stanie nieprzerwanego oczekiwania, że wydarzy się coś znaczącego. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co ma się wydarzyć, wiedziałam jednak, że musi to mieć jakiś związek z kobietami.

Z jakiegoś niezgłębionego powodu kobiety nie chciały, bym je zobaczyła. Ich zdumiewająco tajemnicze zachowanie godzinami trzymało mnie na korytarzach, przez które przemykałam się bezszelestnie niczym cień. Chociaż opracowałam pomysłowe plany, jak je zaskoczyć, nigdy mi się to nie udało. Wślizgiwały się do swych pokojów i wyślizgiwały, jakby balansowały na granicy dwóch światów, pozostawiając za sobą dźwięk swych głosów i śmiechu.

Niekiedy się zastanawiałam, czy kobiety rzeczywiście tam są, czy odgłosy kroków, mruczenie i chichot nie sąjedynie wytworami mojej wyobraźni. Za każdym razem, kiedy już miałam uwierzyć, że to tylko moja wyobraźnia, słyszałam któraś z nich majstrującą coś na patio. Wówczas, na nowo ogarnięta entuzjazmem, oczekiwaniem i ciekawością, biegłam za dom – po to tylko, by raz jeszcze odkryć, że zostałam przechytrzona. W takich

chwilach byłam przekonana, że kobiety te, jak na prawdziwe czarownice przystało, tak jak nietoperze mają pewien wewnętrzny system namierzający, który ostrzegał je przede mną.

Moje rozczarowanie wywołane niemożnością ujrzenia ich na własne oczy zawsze znikało na widok egzotycznych przekąsek, które dla mnie zostawiały. Pyszny smak tych potraw w znacznym stopniu rekompensował mi szczupłość porcji. Z wielkim apetytem pochłaniałam te wspaniałe posiłki, a mimo to wciąż byłam głodna.

Któregoś dnia, tuż przed zmierzchem, usłyszałam dobiegający zza domu głos mężczyzny cicho wołający moje imię. Wyskoczyłam z hamaka i pobiegłam przez korytarz. Tak się ucieszyłam na widok dozorcy, że prawie skoczyłam na niego jak pies. Nie mogąc pohamować radości, ucałowałam go w oba policzki.

– Ostrożnie, Nibelungu – powiedział głosem Isidoro Baltazara. Odskoczyłam, ze zdumienia szeroko otwierając oczy. Mrugnął do mnie i dodał: – Nie podniecaj się tak, bo jeszcze chwila i mnie wykorzystasz.

Przez chwilę nie wiedziałam, jak mam rozumieć jego słowa, lecz kiedy się roześmiał i uspokajająco poklepał mnie po plecach, całkowicie się rozluźniłam.

– Dobrze cię widzieć – powiedział cicho.

– Cudownie, że cię widzę! – Zachichotałam nieśmiało, po czym spytałam, gdzie są pozostali.

– Och, gdzieś tutaj – odparł niejasno. – W tej chwili są tajemniczo nieosiągalne, lecz zawsze obecne. – Widząc moje rozczarowanie, dodał: – Cierpliwości.

– Wiem, że są gdzieś tutaj – wymruczałam. – Zostawiają dla mnie jedzenie. – Dla podkreślenia swoich słów zerknęłam przez ramię i wyznałam: – Ale ciągle jestem głodna. Porcje są za małe.

Według dozorcy był to naturalny stan pożywienia mocy: nigdy się go nie ma dość. Powiedział, że on sam sobie gotuje – ryż i fasolę z kawałkami wieprzowiny, wołowiny albo kurczaka – i je tylko raz dziennie, ale nigdy o tej samej godzinie.

Zabrał mnie do swojego mieszkania. Mieszkał w wielkim, zagraconym pokoju za kuchnią, pośród drewnianych i żelaznych rzeźb, gdzie powietrze, przesycone zapachem jaśminu i eukaliptusa, było ciężkie i nieruchome za zaciągniętymi zasłonami. *Spał na składanym łóżku, które w ciągu dnia trzymał złożone w wielkim kredensie, a posiłki jadał przy małym stoliku chippendale'a* o wrzecionowatych nogach.

Wyznał, że podobnie jak te tajemnicze kobiety nie lubi rutyny. Dzień czy noc, rano czy popołudnie, dla niego nie miało to żadnej różnicy. Zawsze kiedy miał ochotę, zamiatał patio i zagrabiał liście poza polanę. Nie miało znaczenia, czy drzewa kwitły, czy liście opadły już na ziemię.

Podczas dni, które nastąpiły potem, męczyłam się jak potępieniec, usiłując się przystosować do tego pozornie nieustabilizowanego trybu życia. Bardziej z powodu swej obsesyjności niż z pragnienia bycia użyteczną, pomagałam dozorcy w jego zajęciach. Przyjęłam też jego zaproszenie przyłączenia się do posiłków. Jego potrawy były równie smakowite, co jego towarzystwo.

* Styl meblarski z XVIII wieku.


Przekonana, że jest kimś więcej niż tylko dozorcą, próbowałam go na czymś przyłapać, zadając podstępne pytania. Technika ta okazała się jednak bezużyteczna, gdyż nigdy nie dostałam satysfakcjonującej odpowiedzi.

– Skąd pochodzisz? – spytałam bez ogródek któregoś dnia podczas jedzenia. Podniósł wzrok znad talerza i, jakby się spodziewał przesłuchania, posłusznie wskazał na góry na zachodzie, oprawione przez okno niczym obraz.

– Z gór Bacatete? – Mój głos zdradzał niedowierzanie. – Ale przecież nie jesteś Indianinem – wymamrotałam trochę zaniepokojona. – Z tego, co widzę, to tylko nagual Mariano Aureliano, Delia Flores i Genaro Flores są Indianami. – Zachęcona wyrazem zdziwienia i oczekiwania na jego twarzy dodałam, że moim zdaniem Esperanza wykracza poza wszystkie kategorie rasowe. Pochyliłam się nad stołem i konspiracyjnym tonem powiedziałam mu to, co już powiedziałam Florin-dzie: – Esperanza nie urodziła się jak istota ludzka. Została stworzona w akcie magii. Jest samym diabłem.

Odchylając się do tyłu na krześle, dozorca zapiszczał z radości.

– A co masz do powiedzenia o Florindzie? Wiedziałaś, że jest Francuzką? Czy też raczej, że jej rodzice byli Francuzami. Należeli do tych rodzin, które przybyły do Meksyku z Maksymilianem i Carlotą.

– Jest bardzo piękna – wymruczałam, próbując sobie przypomnieć, kiedy dokładnie w osiemnastym wieku ten austriacki książę został zesłany przez Napoleona do Meksyku.

– Jeszcze jej nie widziałaś, kiedy jest wystrojona – wyrzucił z siebie dozorca. – Ona jest zupełnie inna. Wiek nie ma dla niej żadnego znaczenia.

– Carmela powiedziała mi, że jestem podobna do Florindy – powiedziałam w przypływie próżności i pobożnych życzeń.

Porwany narastającym w nim śmiechem dozorca zerwał się z krzesła.

– Na tym skończymy. – Słowa te wypowiedział bez żadnego konkretnego uczucia, jakby mu w najmniejszym stopniu nie zależało, jak zostaną przyjęte.

Zirytowana jego uwagą, brakiem emocji, rzuciłam mu gniewne spojrzenie pełne źle ukrywanej urazy. Następnie, chcąc czym prędzej zmienić temat, spytałam go o Mariano Aureliano.

– Skąd konkretnie pochodzi?

– Kto wie, skąd pochodzą naguale? – wymamrotał podchodząc do okna. Przez dłuższą chwilę spoglądał na góry w oddali, po czym znowu się do mnie odwrócił i powiedział: – Niektórzy mówią, że naguale pochodzą z samego piekła. Ja w to wierzę. Niektórzy mówią, że naguale nawet nie są ludźmi. – Znowu urwał, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy powtórzy się ta długa chwila milczenia. Jakby wyczuwając moje zniecierpliwienie, usiadł koło mnie i dodał: – Jeśli chodzi o mnie, to powiedziałbym, że naguale są nadludźmi. To właśnie dlatego wiedzą wszystko o ludzkiej naturze. Naguala nie można okłamać. Widzą cię na wylot. Wszystko potrafią przejrzeć na wskroś. Potrafią przejrzeć nawet kosmos, dotrzeć do innych światów na tym świecie i do innych nie z tego świata.

Wierciłam się niespokojnie na krześle, chcąc by przestał mówić. Żałowałam, że wciągnęłam go w tę rozmowę. W moim umyśle nie pojawiła się najmniejsza nawet wątpliwość, że ten człowiek jest szalony.

– Nie, nie jestem szalony – zapewnił mnie i wydał z siebie piskliwy śmiech.

– Mówię rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałaś i to wszystko.

Parokrotnie zamrugałam oczami, nagle znajdując się w defensywie. Niepokój dodał mi jednak odwagi, więc spytałam go bez ogródek:

– Dlaczego one się przede mną ukrywają?

– To oczywiste – odparował, a potem, widząc, że jednak nie jest to dla mnie aż tak oczywiste, dodał: – Powinnaś to wiedzieć. Ty i tobie podobni stanowicie zespół, a nie ja. Ja nie jestem jednym z nich. Jestem tylko dozorcą. Naoliwiam maszynę.

– Mam jeszcze większy mętlik w głowie niż przedtem – wymamrotałam zirytowana. Nagle mnie olśniło. – Co to za zespół, o którym mówiłeś?

– Wszystkie kobiety, które poznałaś, kiedy tu byłaś ostatnim razem. Śniące ikobiery-myśliwi. Powiedziały mi, że jesteś podobna do myśliwych. I że jesteś jednią z nich.

Nalał sobie szklankę wody i podszedł z nią do okna. Upił parę łyków, po czym poinformował mnie, że Mariano Aureliano wypróbował moje umiejętności myśliwskie w Tuscon w Arizonie, kiedy mnie wysłał do kawiarni, żebym włożyła karalucha do swojego talerza. Dozorca odwrócił się plecami do okna, spojrzał mi prosto w twarz i dodał: — Nie zdałaś.

– Nie mam ochoty wysłuchiwać podobnych bzdur – ucięłam. Nie chciało mi się słuchać końca tej historii.

Figlarnie wykrzywił twarz.

– Ale po swojej porażce nadrobiłaś bezwstydnie kopiąc i krzycząc na naguala 'Mariano Aureliano. Myśliwi – podkreślił – potrafią radzić sobie z ludźmi.

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć, że nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi, ale szybko znowu je zamknęłam.

– Dezorientujące było to – ciągnął – że jesteś doskonałą śniącą. Gdyby nie to, przypominałabyś Florindę – oczywiście pomijając wzrost i wygląd.

– Uśmiechając się jadowicie, po cichu obrzuciłam tego starego palanta wyzwiskami. ,<• – Pamiętasz, ile kobiet było na pikniku? – spytał ni z tego, ni z owego. k Zamknęłam oczy, żeby lepiej zwizualizować piknik. Wyraźnie zobaczyłam sześć kobiet siedzących na płótnie rozłożonym pod drzewami eukaliptusa. Esperanzy tam

-ie widziałam, ale Carmela, Zoila, Delia i Florinda były.

; – Kim była ta pozostała dwójka? – spytałam, bardziej zaintrygowana niż kiedykolwiek.

– Ach – westchnął z uznaniem. Na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech. ?-To śniące z innego świata. Zobaczyłaś je wyraźnie, ale potem zniknęły, a twój umysł &ie uznał tego zniknięcia, bo było dla ciebie po prostu zbyt niesamowite.

Z roztargnieniem pokiwałam głową, nie mogąc pojąć, że widziałam tylko cztery kobiety, choć było ich sześć.


Ta myśl musiała się do niego przesączyć, bo powiedział, że to naturalne, iż skupiłam się tylko na tej czwórce.

– Pozostałe dwie są źródłem twojej energii. Są bezcielesne i nie pochodzą z tego świata.

Zagubiona i oszołomiona, mogłam tylko się na niego gapić. Nie miałam więcej pytań.

– Ponieważ nie znajdujesz się na planecie śniących – wyjaśnił – twoje sny to koszmary, a przejścia między snami a rzeczywistością są dla ciebie i innych śniących bardzo niestabilne i niebezpieczne. Dlatego Florinda zobowiązała się ciebie chronić.

Wstałam z takim impetem, że przewróciłam krzesło.

– Nie chcę wiedzieć już nic więcej! – krzyknęłam. W samą porę powstrzymałam się od wyrzucenia z siebie, że wolę nie znać ich szalonego stylu życia i zasad.

Dozorca wziął mnie za rękę i wyszedł ze mną na dwór, przez polanę i chaparral na tyły małego domku.

– Potrzebuję twojej pomocy przy generatorze – powiedział. – Trzeba go naprawić.

Roześmiałam się głośno i powiedziałam, że kompletnie się nie znam na generatorach. Dopiero kiedy otworzył klapę w podłodze uświadomiłam sobie, że stąd pochodzi prąd elektryczny w tym domu. Przedtem uznawałam za oczywiste, że światło elektryczne i urządzenia na meksykańskiej wsi mają takie samo źródło jak w domach, w których do tej pory mieszkałam.

Od tego dnia starałam się nie zadawać mu zbyt wiele pytań. Czułam, że nie jestem gotowa na jego odpowiedzi. Nasze spotkania przybrały formę rytuału, podczas którego robiłam, co mogłam, żeby dorównać staruszkowi w jego wyśmienitej znajomości hiszpańskiego. Godzinami przekopywałam się przez rozmaite słowniki w moim pokoju, szukając nowych i często archaicznych słów, by zrobić na nim wrażenie.

Któregoś popołudnia, kiedy czekałam aż dozorca przyniesie jedzenie – wtedy to, po raz pierwszy odkąd odkryłam jego pokój, przebywałam w nim sama – przypomniało mi się stare, dziwne lustro. Starannie zbadałam jego upstrzoną, zamgloną powierzchnię.

– Ugrzęźniesz w tym lustrze, jeżeli za bardzo będziesz się w nie wpatrywać. – Odezwał się głos za moimi plecami.

Spodziewając się, że zobaczę dozorcę, odwróciłam się, ale w pokoju nie było nikogo. Chcąc czym prędzej dopaść drzwi, niemal przewróciłam drewniano-meta-lową rzeźbę stojącą za mną. Automatycznie wyciągnęłam rękę, żeby ją podtrzymać, ale zanim w ogóle zdążyłam jej dotknąć, figurka dziwnym, okrężnym ruchem odpłynęła ode mnie, po czym, ze zdumiewająco ludzkim westchnieniem, przybrała swą oryginalną pozycję.

– Co się stało? – spytał dozorca, wchodząc do pokoju. Postawił ogromną tacę na rozklekotanym stoliku i spoglądając na moją poszarzałą twarz raz jeszcze spytał, co mi jest.

– Czasami mam wrażenie, że te potwory są żywe, że mnie obserwują – odparłam, wskazując brodą na rzeźbę. Widząc jego poważną twarz bez uśmiechu, czym prędzej go zapewniłam, że miałam na myśli potwory nie w sensie brzydoty, lecz

raczej wielkości. Wzięłam kilka głębokich oddechów i powtórzyłam, że jego rzeźby wywarły na mnie wrażenie żywych.

Rozglądając się konspiracyjnie i zniżając głos do ledwo słyszalnego szeptu, powiedział:

– Bo są żywe.

Poczułam się tak nieswojo, że zaczęłam trajkotać o tym popołudniu, kiedy odkryłam jego pokój i że mnie do niego zwabiło jakieś dziwne mruczenie, które, jak się okazało, było wiatrem wpychającym zasłonę przez wybite okno.

– Ale wtedy wydawało mi się, że to jakiś potwór – wyznałam, chichocząc nerwowo. – Jakiś obcy przybysz żywiący się wieczornymi cieniami.

Przygryzając dolną wargę, dozorca przyglądał mi się uważnie. Potem jego wzrok odpłynął gdzieś na pokój.

– Lepiej usiądźmy i coś zjedzmy – powiedział w końcu. – Jedzenie nie może nam wystygnąć. – Podsunął mi krzesło i kiedy tylko wygodnie się usadowiłam, dodał dźwięcznym głosem: – Masz absolutną rację, że nazywasz je obecnościami, bo to nie są rzeźby. To wynalazki. – Potem wyznał konspiracyjnym szeptem: – Zostały odtworzone ze wzorów dostrzeżonych przez wielkiego naguala w innym świecie.

– Przez Mariano Aureliano? – spytałam. Pokręcił głową i powiedział:

– Przez o wiele starszego naguala o imieniu Elias.

– Dlaczego te wynalazki znajdują się w twoim pokoju? – spytałam. – Czy ten wielki nagual zrobił je dla ciebie?

– Nie. Ja się tylko nimi opiekuję. – Wstał, sięgnął do kieszeni i wyjął schludnie złożoną białą chusteczkę do nosa, którą zaczął odkurzać stojący obok wynalazek. – Ponieważ jestem tu dozorcą, do mnie należy dbanie o nie. Pewnego dnia, przy pomocy wszystkich czarowników, których już poznałaś, zabiorę te wynalazki tam, gdzie jest ich miejsce.

– To znaczy gdzie?

– W nieskończoność, kosmos, próżnię.

– Jak zamierzasz je tam zabrać?

– Przy pomocy tej samej mocy, która je tu sprowadziła: mocy śnienia na jawie.

– Skoro miewasz sny czarowników – zaczęłam ostrożnie, z całych sił próbując ukryć triumf w swoim głosie – to sam musisz być czarownikiem.

– Tak, ale nie jestem tacy jak oni.

Jego otwartość zupełnie mnie zdezorientowała.

– A na czym polega ta różnica?

– Ach! – wykrzyknął tajemniczo. – To ogromna różnica. Ale teraz nie mogę ci tego wytłumaczyć. Inaczej wpadłabyś w jeszcze większe przygnębienie i gniew. Może któregoś dnia sama do wszystkiego dojdziesz, nikt nie będzie musiał ci mówić.

Czułam, jak trybiki pracują w mojej głowie, kiedy rozpaczliwie szukałam słów i pytania, jakie mogłabym zadać.

– Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób nagual Elias zdobył te wynalazki?


– Zobaczył je w stanie śnienia i je pochwycił – odparł dozorca. – Niektóre z nich to zrobione przez niego kopie wynalazków, których nie mógł zabrać. Inne są prawdziwe. Wynalazki, które wielki nagual sprowadził aż tutaj.

Nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, lecz nie mogłam się powstrzymać, żeby nie dodać:

– Po co nagual Elias je sprowadził?

– Dlatego, że wynalazki go o to poprosiły.

– Dlaczego?

Dozorca machnął na mnie ręką i zaczął nalegać, bym zabrała się do jedzenia. Jego niechęć, by zaspokoić moją ciekawość, tylko jąpodsyciła. Nie miałam pojęcia, dlaczego me chciał mówić o tych wynalazkach, skoro potrafił udzielać tak wymijających odpowiedzi. Mógł mi przecież niczego nie zdradzić.

W chwili, gdy skończyliśmy jeść, poprosił mnie, żebym wyjęła jego łóżko z kredensu. Znając jego upodobania, rozłożyłam je przed zasłoniętym balkonem. Wzdychając z zadowoleniem, położył się, wspierając głowę na prostokątnej poduszeczce przywiązanej do jednego końca łóżka. Była wypchana grochowinami i ziarnami kukurydzy. Według niego poduszka ta sprowadzała słodkie sny.

– Teraz jestem gotowy do drzemki – powiedział, popuszczając paska u spodni. W ten sposób grzecznie mnie odprawiał.

Urażona, że nie chce ze mną rozmawiać o wynalazkach, zebrałam talerze na tacę i wypadłam z pokoju. Jego chrapanie towarzyszyło mi aż do kuchni.

Tej nocy obudziłam się na dźwięk gitary. Automatycznie sięgnęłam po latarkę, którą trzymałam koło mojego nisko zawieszonego hamaka i sprawdziłam godzinę. Było nieco po północy. Otuliłam się szczelnie kocem i na palcach wyszłam na korytarz prowadzący na wewnętrzne patio.

Na patio na plecionym krześle siedział jakiś mężczyzna i grał na gitarze. Nie widziałam jego twarzy, ale wiedziałam, że to ten sam mężczyzna, którego z Isidoro Baltazarem widzieliśmy i słyszeliśmy podczas mojego pierwszego pobytu w tym domu. Podobnie jak wtedy, mężczyzna przerwał grę, gdy tylko mnie zobaczył. Wstał z krzesła i wszedł do domu.

Kiedy tylko wróciłam do swojego pokoju, muzyka znowu się rozległa. Już miałam zasnąć, kiedy usłyszałam czysty, mocny głos. Mężczyzna śpiewał do wiatru, wzywając go z ciszy i pustki.

Jakby w odpowiedzi na jego uporczywe wezwania, wiatr przybrał na sile. Z gwizdem dął przez chaparral. Zrywał zeschnięte liście z drzew i zmiatał je w szeleszczące sterty pod ścianami domu.

Pod wpływem impulsu otworzyłam drzwi na patio. Wiatr wypełnił pokój niewypowiedzianym smutkiem, nie smutkiem łez, lecz melancholijną samotnością pustyni, ziemi i starożytnych cieni. Zawirował po pokoju niczym dym. Wciągałam g° z każdym oddechem. Osiadał ciężko w moich płucach, lecz im głębiej oddychałam, tym lżejsza się czułam.

Wyszłam na dwór i przeciskając się między wysokimi krzakami, ruszyłam na tyły domu. Wybielone ściany przyciągały światło księżyca i odbijały je na zamiecionej przez wiatr rozległej polanie. Obawiając się, że ktoś mnie może zobaczyć, skradałam się od jednego drzewa owocowego do drugiego, kryjąc się w cieniach rzucanych przez ^wiatło księżyca, aż wreszcie dopadłam dwóch kwitnących drzewek pomarańczowych pod ścianą strzegących ścieżki do małego domku.

Wiatr przyniósł ze sobą dźwięk śmiechu i szeptu unoszących się nad chaparralem. Śmiało weszłam na ścieżkę, lecz kiedy tylko stanęłam pod frontowymi drzwiami małego, ciemnego domku, straciłam całą zimną krew. Drżąc z podniecenia, przesunęłam się do otwartego okna. Rozpoznałam głosy Delii i Florindy, ale okno znajdowało się Zbyt wysoko, bym zobaczyła, co robią.

Nasłuchiwałam, spodziewając się, że usłyszę coś niezwykle ważnego, że doznam oszałamiającego olśnienia, które mi pomoże zrozumieć to, po co tu przyszłam – moją umiejętność śnienia. Ale usłyszałam tylko plotki. Tak mnie pochłonęły ich złośliwe uwagi, że parę razy roześmiałam się na głos zapominając, że podsłuchuję.

Początkowo wydawało mi się, że obmawiają kogoś z zewnątrz, ale wkrótce się przekonałam, że mówią o śniących kobietach, a ich najbardziej obraźliwe komentarze Ikierowane były pod adresem Nelidy.

Powiedziały, że po tylu latach wciąż nie potrafi wyrwać się ze szponów świata. Nie tylko była próżna – twierdziły, że całymi dniami siedzi przed lustrem – ale i rozpustna. Robiła wszystko, co w jej mocy, żeby być seksualnie atrakcyjną i omamić Mariano Aureliano. Ktoś złośliwie zauważył, że w końcu tylko ona mogłaby w sobie 'zmieścić jego ogromny, upajający organ.

Potem zaczęły rozmawiać o Clarze. Nazwały ją pompatycznym słoniem, który Jjważa, że jego obowiązkiem jest obdarzać wszystkich błogosławieństwem. Obecnie przedmiotem jej zainteresowania był Isidoro Baltazar, a darem jej nagie ciało. On jednak nie miał go posiąść, a tylko podziwiać. Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, raczyła go widokiem swojej nagości. Była przekonana, że w ten sposób zapewni mło-llemu nagualowi seksualną sprawność.

Trzecią kobietą, o której rozmawiały, była Zulejka. Uznały, że Zulejka uroiła Sobie, że jest świętą i Marią Panną. Jej tak zwana duchowość to nic innego jak tylko Szaleństwo. Co jakiś czas jej odbijało. A za każdym razem, kiedy dostawała ataku Szaleństwa, sprzątała dom od piwnicy aż po dach, myła nawet kamyki na patio lub Wokół domu.

Potem przyszła kolej na Hermelindę. Opisały jąjako bardzo trzeźwą, bardzo przyzwoitą, wzór wartości klasy średniej. Podobnie jak Nelida, i ona po tylu latach nie mogła przestać starać się być kobietą idealną, idealną piastunką domowego ogniska. Chociaż nie potrafiła gotować, szyć, haftować czy grać na pianinie, by zabawić gości, Hermelinda chciała być znana – jak to określiły między napadami śmiechu – jako taki Wzór dobrej kobiecości, jak Nelida chciała być wzorem złej.

Gdyby potrafiły połączyć swoje umiejętności, jak to zauważyła któraś z nich, stałyby się idealną kobietą dla swojego pana i władcy: doskonałą w kuchni i salonie,


w fartuszku lub wieczorowej sukni, i świetną w łóżku z rozłożonymi nogami za każdym razem, kiedy pan by sobie tego zażyczył.

Kiedy ucichły, popędziłam z powrotem do domu, do swojego pokoju i wskoczyłam na hamak. Ale chociaż bardzo się starałam, już nie mogłam usnąć. Czułam, że wokół mnie pękła jakiś bańka ochronna, niszcząc mój zachwyt, oczarowanie pobytem w domu czarownic. Myślałam tylko o tym, że tym razem na własne życzenie tkwię w Sonorze z bandą zwariowanych staruszek, które nic, tylko plotkują, chociaż mogłabym się bawić w Los Angeles.

Przyszłam po radę, ale zamiast tego zostałam zignorowana, a za jedynego towarzysza miałam zgrzybiałego staruszka, którego podejrzewałam o to, że jest kobietą.

Kiedy rano zasiadłam z dozorcą do śniadania, byłam już ogarnięta takim świętym oburzeniem, że nie mogłam przełknąć ani kęsa.

– Co się stało? – spytał staruszek, przyglądając mi się uważnie. Normalnie unikał ze mną kontaktu wzrokowego. – Nie jesteś głodna?

Rzuciłam mu gniewne spojrzenie. Rezygnując ze wszelkich prób samokontroli, dałam upust nagromadzonemu gniewowi i frustracji. Kiedy tak narzekałam, nagle wróciła mi trzeźwość myślenia. Powiedziałam sobie w duchu, że nie powinnam obwiniać tego staruszka, że powinnam być wdzięczna, bo okazał mi tyle dobroci. Było już jednak za późno, by się zatrzymać. Moje małostkowe żale żyły własnym życiem. Coraz ostrzejszym głosem wyolbrzymiałam i zniekształcałam wydarzenia minionych kilku dni. Ze złośliwą satysfakcją powiedziałam mu, że podsłuchałam kobiety.

– One w ogóle nie chcą mi pomóc – stwierdziłam z wielką autorytatywnością. – Ciągle tylko plotkują. Mówiły straszne rzeczy o śniących kobietach.

– Co takiego usłyszałaś?

Z wielkim upodobaniem wszystko mu powtórzyłam. Sama byłam zdziwiona, z jak wielką dokładnością potrafiłam sobie przypomnieć wszystkie szczegóły dotyczące ich złośliwych uwag.

– Najwyraźniej mówiły o tobie – oznajmił w chwili, kiedy skończyłam swoje sprawozdanie. – Oczywiście w symboliczny sposób. – Odczekał, aż przyswoję sobie te słowa, po czym, zanim zdążyłam zaprotestować, spytał niewinnie: – Ani trochę taka nie jesteś?

– Jak jasna cholera! – wybuchnęłam. – 1 nie wciskaj mi tu jakiegoś psychologicznego kitu. Nie życzę sobie wysłuchiwać takich bzdur nawet od wykształconego człowieka, już nie wspominając o takim pieprzonym robolu jak ty.

Dozorca ze zdumieniem wytrzeszczył oczy, a jego kruche ramiona obwisły. Nie czułam dla niego żadnego współczucia, jedynie żal nad samą sobą. Zmarnowałam tylko czas, opowiadając mu, co usłyszałam.

Już miałam powiedzieć, jaki błąd uczyniłam, udając się w tę długą, żmudną podróż i to wszystko na nic, kiedy spojrzał na mnie z takim potępieniem, że zawstydziłam się swojego wybuchu.

– Jeżeli pohamujesz swój temperament zrozumiesz, że ci czarownicy nie robią, niczego po to, by się sabawić, zrobić na kimś wrażenie, czy dać upust swej obsesyjności – powiedział z wielkim spokojem. – Wszystko, co robią lub mówią, ma jakąś przyczynę, jakiś cel. – Spojrzał na mnie tak intensywnie, że aż chciałam się cofnąć, ale nie mogłam. – Niech ci się nie wydaje, że jesteś tu na wakacjach – podkreślił. – Dla czarowników, których ofiarą padłaś, nie istnieje coś takiego jak wakacje.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytałam ze złością. – Nie owijaj w bawełnę, tylko powiedz.

– A czy można to ująć jaśniej? – Jego głos był zwodniczo dobroduszny i naładowany większym znaczeniem, niż mogłam sobie wyobrazić. – Czarownice zeszłej nocy już ci powiedziały, kim jesteś. Użyły czterech kobiet z planety śniących jako wymówki, żeby opisać ciebie, szpicla, którym naprawdę jesteś: szmatą z pretensjami do wielkości.

Mój szok był tak ogromny, że na chwilę odjęło mi mowę. Potem przez moje ciało przetoczył się gniew gorący jak lawa.

– Ty wstrętny, mały gówniarzu! – wrzasnęłam i kopnęłam go w krocze. Jeszcze zanim moja noga go dosięgła, błysnęła mi przed oczami wizja tego okropnego starucha, wijącego się z bólu na ziemi. Z tym, że mój kopniak zawisł w powietrzu. Z szybkością boksera staruszek uskoczył.

Uśmiechnął się ustami, lecz jego oczy pozostały bez wyrazu i zimne, kiedy patrzył, jak się stroszę i warczę.

– Wykorzystujesz na nagualu Isidoro Baltazarze wszystkie te sztuczki, o których mówiły czarownice. Zostałaś do tego wyszkolona. Zastanów się nad tym. Tylko się nie denerwuj.

Otworzyłam usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Mowę mi odjęły nie tyle jego słowa, co druzgocąco obojętny, lodowaty ton. Już bym wolała, żeby na mnie ryknął, bo wtedy wiedziałabym, jak zareagować: ryknęłabym jeszcze głośniej.

Nie było sensu się z nim kłócić. Byłam pewna, że ma rację. Był po prostu zgrzybiałym staruszkiem o ciętym języku. Nie, nie zamierzałam się na niego wściekać, ale też nie chciałam go brać na poważnie.

– Mam nadzieję, że się nie rozpłaczesz – ostrzegł mnie, zanim się otrząsnęłam z szoku. Wbrew swemu postanowieniu, żeby się nie wściec na tego starego dziada, aż poczerwieniałam z gniewu.

– Oczywiście, że nie – warknęłam. Zanim znowu się na niego zamierzyłam, wrzasnęłam, że jest tylko tanim robolem, służącym, który zasłużył sobie na to, żeby go stłuc za impertynencję, ale jego twarde, nieubłagane spojrzenie sprawiło, że straciłam cały impet. W najmniejszym stopniu nie zmieniając grzecznego, choć obojętnego tonu, jakoś zdołał mnie przekonać, że powinnam go przeprosić. – Przepraszam – powiedziałam w końcu, i to zupełnie szczerze. – Mój temperament i złe maniery zawsze zwyciężają.

– Wiem, ostrzegano mnie przed tobą – powiedział poważnie, po czym dodał z uśmiechem: – Zjedz coś wreszcie.

Przez cały czas trwania posiłku byłam zupełnie spokojna. Żując powoli obserwowałam go podejrzliwie. Chociaż nie wykonał żadnego przyjaznego gestu, wiedziałam,


że nie jest na mnie zły. Próbowałam się pocieszyć tą myślą, ale nie bardzo mi się to udało. Wyczuwałam, że jego brak zdenerwowania nie jest rozmyślny czy wystudiowany. Nie starał się mnie ukarać. Nic, co bym powiedziała, czy zrobiła, nie wywarłoby na nim żadnego wrażenia.

Przełknęłam ostatni kęs i z przekonaniem, które zdumiało mnie samą, powiedziałam pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy:

– Nie jesteś dozorcą. Spojrzał na mnie i spytał:

– A jak ci się wydaje, kim jestem? – Na jego twarzy pojawił się uśmiech rozbawienia.

Uśmiech ten sprawił, że straciłam całą ostrożność. Ogarnęła mnie wielka lekkomyślność. Wypaliłam – naturalnie zamierzając go obrazić – że jest kobietą, że jest Esperanzą. Z ulgą, że wreszcie to z siebie wyrzuciłam, westchnęłam głośno i dodałam:

– To dlatego tylko ty masz lustro. Musisz wyglądać przekonywująco jako mężczyzna i kobieta.

– Sonorskie powietrze chyba ci zaszkodziło. – Zamyślił się. – To powszechnie znany fakt, że rzadkie pustynne powietrze ma przedziwny wpływ na ludzi. – Ujął mnie za nadgarstek i ścisnął mocno, a potem dodał: – Albo może masz taką naturę, że jesteś złośliwa, upierdliwa i bez zastanowienia mówisz, co ci ślina na język przyniesie?

– Chichocząc pochylił się ku mnie i zaproponował, żebym się zdrzemnęła razem z nim. – To nam dobrze zrobi. Oboje jesteśmy upierdliwi – powiedział.

– A więc to tak! – wykrzyknęłam, niepewna, czy mam się obrazić, czy wyśmiać jego propozycję. – Chcesz, żebym się z tobą przespała, co? – Dodałam, że Esperanzą już mnie przed nim ostrzegła.

– Dlaczego nie chcesz się ze mną zdrzemnąć, skoro twierdzisz, że jestem Esperanzą? – spytał, głaszcząc mnie po karku. Dotyk jego ciepłej ręki był kojący.

– Wcale nie – zaoponowałam słabo. – Po prostu nie cierpię drzemek. Nigdy nie śpię w ciągu dnia. Podobno nawet w dzieciństwie nie cierpiałam leżakowania.

– Mówiłam szybko i nerwowo, zacinając się i powtarzając. Miałam ochotę wstać i wyjść, ale lekki nacisk jego ręki na mojej szyi przyszpilił mnie do krzesła. – Wiem, że jesteś Esperanzą. – Upierałam się buńczucznie. – Rozpoznaję jej dotyk, ma taki sam kojący wpływ jak twój. – Czułam, jak głowa mi się chwieje, a oczy zamykają wbrew mojej woli.

– To prawda – przyznał łagodnie. – Dobrze ci zrobi, jak się położysz, choćby na chwilę. – Biorąc moje milczenie za zgodę, podszedł do kredensu i wyjął swoje łóżko i dwa koce. Dał mi jeden.

Moje zdumienie było bezgraniczne. Nie wiedząc, dlaczego, położyłam się bez słowa protestu. Przez przymknięte powieki patrzyłam, jak się przeciąga, aż mu trzaskają stawy. Strząsnął buty, rozpiął pasek, po czym położył się koło mnie na łóżku. Pod osłoną cienkiego bawełnianego koca wyplątał się ze spodni i niedbale rzucił je na podłogę koło butów.

Uniósł koc i pokazał mi się. Rumieniąc się spojrzałam na niego z ciekawością i zdumieniem. Jego nagie ciało, podobnie jak ciało Esperanzy, okazało się zaprzeczeniem tego, za co je uważałam. Było jędrne, bezwłose i gładkie. Był szczupły jak trzcina, a jednak umięśniony. I z pewnością był mężczyzną, i to młodym!

Długo się nie zastanawiając wstrzymałam oddech i ostrożnie uniosłam koc.

Na dźwięk cichego kobiecego śmiechu zamknęłam oczy udając, że śpię. Wiedząc jednak, że kobieta nie wejdzie do pokoju, rozluźniłam się. Założyłam ręce za głowę i oddałam się niesamowitemu uczuciu, że dozorca i ciche śmiechy dochodzące z korytarza przywróciły pewną równowagę, odbudowały czarodziejską bańkę wokół mnie. Nie wiedziałam, co przez to rozumiem – poza tym, że im bardziej się rozluźniało moje ciało, tym bliższa byłam odpowiedzi.

XIV

Po powrocie z domu czarownic nie potrzebowałam już przymilania się ani zachęcania. Kobietom tym udało się dać mi dziwną spójność, pewną stabilność emocjonalną, jakiej nie miałam nigdy przedtem. Nie stałam się nagle innym człowiekiem, lecz * moje życie nabrało wyraźnego sensu. Moje przeznaczenie było teraz dla mnie jasne: musiałam uwolnić swoją energię. I to wszystko. Sama prostota.

Nie pamiętałam jednak, ani wyraźnie, ani choćby niejasno, wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu tych trzech miesięcy, jakie spędziłam w ich domu. Zadanie, jakim było przypomnienie sobie tego trwało całe lata, zabrałam się do niego z pełną energią i zdecydowaniem.

Niemniej jednak nagual Isidoro Baltazar przestrzegł mnie przed zwodniczo-ściąjasno wytyczonych celów i przesyconych emocjami postanowień. Powiedział, że pozbawione są one wszelkiej wartości, gdyż prawdziwym polem działania dla czarowników jest codzienne życie, a tam powierzchowne twierdzenia nie zniosły by presji.

Kobiety-czarownice mówiły mniej więcej to samo, lecz w bardziej harmonijny sposób. Tłumaczyły, że ponieważ kobiety są wykorzystywane, łatwo się na wszystko godzą, lecz ich zgoda jest zwykłym ugięciem się pod presją. Jeżeli jednak uda się przekonać kobiety o potrzebie zmiany ich zachowania, to jest to już połowa sukcesu. Jeżeli nie będą się na wszystko zgadzały, ich świadomość będzie nieskończenie trwalsza niż świadomość mężczyzn.

Miałam dwie opinie do rozważenia. Wydawało mi się, że obie są słuszne. Od czasu do czasu wszystkie moje twierdzenia dotyczące czarownictwa kruszyły się pod presją świata codziennego, ale nigdy nie musiałam rewidować swego zaangażowania w świat czarowników.

Krok po kroku zaczęłam nabierać coraz więcej energii koniecznej do śnienia. Oznaczało to, że wreszcie zrozumiałam to, o czym mi mówiły kobiety: Isidoro Baltazar był nowym nagualem. I nie był już mężczyzną. Świadomość ta również dała mi dość energii do tego, by co jakiś czas powracać do domu czarownic.


Miejsce znane jako dom czarownic należało do wszystkich czarowników z grupy Mariano Aureliano. Duży i masywny z zewnątrz, dom był nie do odróżnienia wśród innych budynków w tej okolicy, ledwo się go dostrzegało – pomimo bujnie kwitnącego pnącza zwisającego z muru otaczającego posiadłość. Czarownicy twierdzili, że ludzie mijają ten dom nie zauważając go, dlatego że otula go delikatna mgła, cienka jak woal, widoczna dla oka, lecz niedostrzegalna dla umysłu.

Jednakże po wejściu do domu człowiek stawał się intensywnie i nieubłaganie świadomy tego, iż wkroczył do innego świata. Trzy patio ocienione przez drzewka owocowe wpuszczały senne światło do korytarzy i licznych pokoi. Najbardziej uderzające były podłogi z cegły i płytek ułożonych w wielce skomplikowane wzory.

Dom czarownic nie był ciepłym miejscem, choć bardzo przyjaznym. Trudno go było określić mianem domu, gdyż w jego bezosobowości, surowości było coś druzgocącego. Stanowił miejsce, gdzie stary nagual Mariano Aureliano i jego czarownicy śnili swe sny i realizowali cele. Ponieważ czarownicy ci nie zajmowali się światem codziennym, ich dom odzwierciedlał ich zainteresowanie rzeczami nie z tej ziemi. Dom ten był prawdziwą miarą ich indywidualności, nie jako osób, lecz jako czarowników.

W domu czarownic miałam do czynienia ze wszystkimi czarownikami z przyjęcia naguala Mariano Aureliano. Nie nauczyli mnie czarów czy choćby śnienia. Według nich nie było tu nic do uczenia się. Mówili, że moim zadaniem jest zapamiętać wszystko, co zachodziło między nimi wszystkimi i podczas naszych początkowych spotkań. Miałam zapamiętać zwłaszcza wszystko, co mówiły albo robiły Zulejka i Florinda

– chociaż Zulejka nigdy ze mną nie rozmawiała.

Za każdym razem, kiedy próbowałam prosić kogokolwiek z nich o pomoc, wprost mi jej odmawiali. Twierdzili, że bez niezbędnej energii z mojej strony tylko by się powtarzali, a na to nie mają czasu.

Początkowo ich postawa wydawała mi się niełaskawa i niesprawiedliwa. Jednakże po jakimś czasie zaprzestałam wszelkich prób wybadania ich i po prostu cieszyłam się ich obecnością i towarzystwem. I uświadomiłam sobie, że oczywiście mieli całkowitą rację odmawiając udziału w naszej ulubionej grze intelektualnej, jaką jest udawanie zainteresowania poprzez zadawanie tak zwanych pytań sondujących duszę, które zazwyczaj są pozbawione wszelkiego znaczenia. A są go pozbawione dlatego, że nie mamy energii do tego, by cokolwiek zrobić z odpowiedzią, jaką moglibyśmy usłyszeć

– poza godzeniem się z nią lub zaprzeczeniem.

Poprzez nasze codzienne kontakty zrozumiałam mnóstwo rzeczy dotyczących ich świata. Śniący i myśliwi ucieleśniali dwa całkowicie odmienne rodzaje zachowania.

Początkowo wydawało mi się, że grupa, którą mi opisano jako śniące – Nelida, Hermelinda i Clara – składa się z myśliwych, gdyż stwierdziłam, że moje kontakty z nimi przebiegająna ściśle codziennym, ziemskim poziomie. Dopiero później w pełni zrozumiałam, że sama ich obecność powodowała – choć nie dawały mi żadnych wskazówek – zupełnie inne zachowanie z mojej strony. To znaczy w ich obecności nie miałam potrzeby nieustannego zaznaczania swojej postawy. W takich chwilach nigdy


nie miałam żadnych wątpliwości czy pytań. Kobiety te umiały sprawiać, bym dostrzegła– nawet nie stwierdzając tego werbalnie – absurdalność własnego istnienia. A jednak nie czułam potrzeby bronienia się.

Być może to właśnie dzięki temu brakowi nacisku, bezpośredniości, akceptowałam je, godziłam się na nie bez żadnego oporu. Niedługo potem uświadomiłam sobie, że śniące kobiety kontaktując się ze mną na ziemskim poziomie dawały mi model niezbędny do skanalizowania mojej energii. Chciały, bym zmieniła swą skłonność do skupiania się na tak przyziemnych sprawach jak gotowanie, sprzątanie, pranie, chodzenie do szkoły, czy zarabianie na życie. Mówiły, że trzeba to robić z innych względów. Nie mogą to być przyziemne zajęcia, lecz artystyczne przedsięwzięcia, równie ważne jak inne.

Ponad wszystko jednak dzięki ich interakcjom ze sobą nawzajem oraz z kobieta-mi-myśliwymi uświadomiłam sobie, jak są wyjątkowe. W swym człowieczeństwie, zwyczajności, były pozbawione pospolitych ludzkich uczuć. Ich absolutna świadomość z łatwością współistniała z cechami indywidualnymi: porywczością, zmiennością nastrój ó w, arogancją, szaleństwem czy przymilnością.

I W obecności i towarzystwie którejkolwiek z tych czarodziejek doświadczałam przedziwnego uczucia, że przebywam na nieustających wakacjach. Było to jednak tylko złudzenie. One wciąż znajdowały się na wojennej ścieżce. A wrogiem było pojęcie, ja". ; W domu czarownic poznałam również Yincente i Silvio Manuela, dwóch innych [czarowników z grupy Mariano Aureliano.

Yincente najwyraźniej miał hiszpańskie dziedzictwo. Dowiedziałam się, że jego rodzice pochodzili z Katalonii. Był to szczupły mężczyzna o arystokratycznym wyglądzie, o zwodniczo drobnych dłoniach i stopach. Łaził w kapciach, a od koszul wolał górę od piżamy rozchełstaną nad spodniami khaki. Policzki miał różowe, lecz poza tym był blady. Pięknie przystrzyżona kozia bródka stanowiła elegancki wyjątek w jego niechlujnym wyglądzie.

Nie tylko przypominał naukowca, lecz również nim był. Książki w pokoju, w którym spałam, należały do niego, czy też raczej to on je gromadził, czytał, troszczył się o nie. Jego erudycja robiła ogromne wrażenie – nie było rzeczy, na której by się nie znał – dlatego, że zawsze zachowywał się jak uczeń. Byłam przekonana, że rzadko rzeczywiście jest uczniem, gdyż z całą pewnością wiedział więcej niż inni. Z wielką szczodrością ducha użyczał swej wiedzy innym – zachowując przy tym ogromną naturalność i nigdy nie zawstydzając innych za to, że wiedzą mniej.

Był też Silvio Manuel. Był to mężczyzna średniego wzrostu, korpulentny, pozbawiony brody i brązowoskóry. Ten tajemniczy Indianin o złowrogim wyglądzie był doskonałym przykładem tego, jak sobie wyobrażałam groźnego brujo*. Jego ponury wygląd mnie przerażał, a małomówność kryła w sobie, jak sądziłam, gwałtowną naturę.

Dopiero kiedy go poznałam, uświadomiłam sobie, jak bardzo lubił stwarzać taki wizerunek samego siebie. Był najbardziej otwartym i, moim zdaniem, najbardziej cza* hiszp. – czarownik.


rającym ze wszystkich czarowników. Jego namiętnością były sekrety i plotki, nie miało żadnego znaczenia czy są prawdziwe, czy wymyślone. Wszyscy niezwykle sobie ceniliśmy te jego opowieści. Znał też niezliczoną liczbę, dowcipów, głównie świńskich. Tylko on lubił oglądać telewizję i zawsze był na bieżąco, jeśli chodzi o wiadomości ze świata. Powtarzał je pozostałym, koloryzując przy tym straszliwie i przyprawiając je sporą dawką złośliwości.

Sihdo Manuel wyśmienicie tańczył. Jego znajomość rozmaitych tańców tubylczych, świętych, obrosła legendą. Poruszał się z wielką żywiołowością i często prosił mnie do tańca. Czy to wenezuelskie joropo, cumbia, samba, tango, twist, rock--and-roll czy bolero policzek przy policzku – znał je wszystkie.

Przebywałam również z Johnem, Indianinem, którego przedstawił mi nagual Maria-no Aureliano w Tuscon w Arizonie. Jego okrągłość, luz i jowialność stanowiły tylko fasadę. Był najbardziej nieprzystępnym ze wszystkich czarowników. Jeździł swąpółcię-żarówkąpo sprawunki dla wszystkich. Naprawiał też wszystkie urządzenia w domu.

Jeżeli nie zawracałam mu głowy pytaniami czy komentarzami i siedziałam cicho, zabierał mnie po sprawunki i pokazywał, jak się naprawia różne rzeczy. Od niego się dowiedziałam, jak się wymienia uszczelki i naprawia cieknący kurek albo spłuczkę, jak się naprawia żelazko, włącznik światła, jak się zmienia olej i świece zapłonowe w moim samochodzie. Pod jego przewodnictwem prawidłowe używanie młotka, śrubokrętu, piły, czy wiertarki elektrycznej stało się dla mnie zupełnie naturalną umiejętnością.

Jedyną rzeczą, jakiej żadne z nich dla mnie nie robiło, było odpowiadanie na moje pytania i próby zbadania ich świata. Za każdym razem, kiedy chciałam ich w to wciągnąć, odsyłali mnie do naguala Isidoro Baltazara. Ich standardową reakcją było: “On jest nowym nagualem. Jego obowiązkiem jest się tobą zajmować. My jesteśmy tylko twoimi wujkami i ciociami".

Na początku nagual Isidoro Baltazar był dla mnie co najmniej tajemnicą. Nie miałam pewności, gdzie właściwie mieszka. Niepomny na wszelkie plany i stałe zajęcia, o każdej porze dnia potrafił pojawić się w pracowni lub z niej zniknąć. Dzień i noc niczym się dla niego nie różniły. Spał, kiedy czuł zmęczenie – czyli prawie nigdy – i jadł, kiedy był głodny – czyli prawie zawsze. W przerwach w tej gorączkowej bieganinie pracował ze zdumiewającym skupieniem. Jego umiejętność rozciągania i sprężania czasu była dla mnie czymś niepojętym. Byłam przekonana, że spędziłam w jego towarzystwie godziny, a nawet całe dni, choć w rzeczywistości mogły to być zaledwie chwile, wykradzione mu tu i tam w ciągu dnia lub nocy z tego, co akurat robił.

Zawsze uważałam się za energiczną osobę. Za nim jednak nie potrafiłam nadążyć-Zawsze był w ruchu – a przynajmniej tak mi się wydawało – czujny i aktywny, zawsze gotowy rozpocząć jakieś przedsięwzięcie. Jego wigor był wręcz niewiarygodny.

Dużo później w pełni zrozumiałam, że źródłem nieograniczonej energii Isidoro Baltazara jest fakt, iż nie przywiązywał zbytniej wagi do własnej osoby. To jego niezachwiane wsparcie, niedostrzegalne, choć mistrzowskie machinacje pozwoliły mi utrzymać się.

na właściwej drodze. Cechowała go pewna beztroska, czysta radość o subtelnym, choć silnym wpływie, dzięki któremu niezauważalnie wkroczyłam na nową ścieżkę, na której już nie musiałam grać, udawać czy wykorzystywać swych kobiecych sztuczek.

Jego przewodnictwo było tak nieodparte dlatego, że Isidoro Baltazar nie kierował się żadnym ukrytym motywem. Nie miał w sobie za grosz zaborczości, a jego przewodnictwa nie cechowały żadne obietnice czy sentymentalizm.

Nie popychał mnie w żadnym konkretnym kierunku. To znaczy, nie radził mi, jaką drogę obrać, czy jakie książki czytać. Tę kwestię w całości pozostawił mnie samej.

Istniał tylko jeden warunek, przy którym się upierał: miałam pracować bez żadnego konkretnego celu, oprócz rozwijania przyjemnego procesu myślenia. Zatrważające przedsięwzięcie! Nigdy nie rozważałam myślenia w tych kategoriach, ani w ogóle w żadnych innych. Chociaż nie miałam nic przeciwko chodzeniu do szkoły, niewątpliwie nigdy nie uważałam nauki za coś szczególnie przyjemnego. Był to po prostu mój obowiązek, który wykonywałam zazwyczaj w pośpiechu i po linii najmniejszego oporu.

Nie mogłam się nie zgodzić z tym, co Florinda i jej towarzysze wprost mi powiedzieli podczas naszego pierwszego spotkania: chodziłam do szkoły nie po to, by posiąść jakąś wiedzę, lecz po to, by się dobrze bawić. To, że dostawałam dobre stopnie, było bardziej kwestią szczęścia i wygadania niż pilności. Miałam dość dobrą pamięć. Umiałam nawijać. I wiedziałam, jak przekonać innych.

Kiedy już się otrząsnęłam z początkowego wstydu spowodowanego tym, że musiałam się do tego przyznać i zaakceptować fakt, iż moje intelektualne pretensje to tylko poza, że potrafię myśleć tylko płytko, poczułam wielką ulgę. Byłam gotowa oddać się pod kuratelę czarowników i podporządkować się planowi nauki Isidoro Baltazara. Ku memu wielkiemu rozczarowaniu, plan taki w ogóle nie istniał. Isidoro Baltazar nalegał jedynie, bym przestała się uczyć i czytać poza domem. Uważał, że proces myślenia to prywatny, niemal tajemny rytuał, którego nie można odprawiać poza domem, na widoku publicznym. Porównywał proces myślenia z zaczynem z ciasta. Może wyrosnąć jedynie w domu.

– Oczywiście najłatwiej można coś zrozumieć w łóżku – powiedział mi kiedyś. Wyciągnął się na swoim łóżku, wsparł głowę na kilku poduszkach i założył prawą nogę na lewą, opierając prawą kostkę na uniesionym kolanie lewej nogi.

Nie zastanawiałam się zbytnio nad tym absurdalnym twierdzeniem, lecz wcielałam je w życie za każdym razem, kiedy byłam sama w domu. Z książką opartą o klatkę piersiową, zapadałam w głęboki sen. Przewrażliwiona na punkcie swej tendencji do bezsenności bardziej cieszyłam się snem niż zdobywaniem wiedzy.

Niekiedy jednak, tuż przed utratą przytomności, czułam jakby na mojej głowie zaciskały się czyjeś ręce, delikatnie uciskając moje skronie. Zanim zdążyłam to sobie uświadomić, automatycznie przebiegałam wzrokiem stronę i unosiłam stamtąd całe akapity. Słowa tańczyły mi przed oczami, aż zbitki pojęć eksplodowały w mojej głowie jak objawienie.

Pragnąc rozgryźć tę nową możliwość, jaka się przede mną pojawiła, parłam do przodu jak popędzana przez jakiegoś nieubłaganego nadzorcę. Zdarzały się jednak chwile, kiedy


ten rozwój umysłu i metoda wyczerpywały mnie, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. W takich chwilach pytałam Isidoro Baltazara o wiedzą intuicyjną, o ten nagły błysk wglądu, rozumienia, który czarownicy powinni doskonalić przede wszystkim.

Zawsze mi wtedy mówił, że poznanie w sposób intuicyjny nie ma żadnego znaczenia. Błyski intuicji należy przetłumaczyć na jakąś spójną myśl, inaczej są bezcelowe. Porównywał błyski intuicji do niewytłumaczalnych zjawisk. Obie te rzeczy znika-jąrównie szybko jak się pojawiają. Jeżeli natychmiast się ich nie wzmocni, pojawią się wątpliwości i roztargnienie, gdyż umysł jest tak uwarunkowany, by działać w sposób praktyczny i akceptować tylko to, co jest weryfikowanie i wymierne.

Wyjaśnił mi, że czarownicy to bardziej ludzie wiedzy niż ludzie rozumu. Jak o tacy, o krok wyprzedzaj ą zachodnich intelektualistów, którzy zakładają, że rzeczywistość – często utożsamianą z prawdą – można poznać poprzez rozum. Czarownik twierdzi, że wszystko, co poznawalne poprzez rozum, jest procesem myślowym, lecz tylko przez zrozumienie naszego istnienia na jego najbardziej wyrafinowanym i skomplikowanym poziomie możemy ostatecznie znieść granice, za pomocą których rozum określa rzeczywistość.

Isidoro Baltazar wyjaśnił mi, że czarownicy kultywują całość swego istnienia. To znaczy, że niekoniecznie dokonują rozgraniczenia między stroną rozumową a intuicyjną. Wykorzystuj ą obie te strony do osiągnięcia wymiaru świadomości, który nazywają cichą wiedzą, znajdującą się poza językiem, poza myślą.

Raz za razem Isidoro Baltazar podkreślał, że po to, by wyciszyć racjonalność najpierw należy zrozumieć swój proces myślowy na jego najbardziej wyrafinowanym i złożonym poziomie. Uważał, że filozofia, począwszy od klasycznej myśli greckiej, zapewnia najlepszą drogę do wyjaśnienia tego procesu myślowego. Niezmordowanie powtarzał, że wszystko jedno czy jesteśmy uczonymi, czy laikami, jesteśmy też spadkobiercami intelektualnej tradycji Zachodu. A to oznacza, że pomimo naszego poziomu wykształcenia i wyrobienia, pozostajemy niewolnikami tej intelektualnej tradycji i jej sposobu interpretowania rzeczywistości.

Twierdził, że jedynie powierzchownie jesteśmy skłonni zaakceptować, iż to, co uważamy za rzeczywistość jest tworem kulturowo zdeterminowanym. Musimy zaakceptować na najgłębszym z możliwych poziomie, że kultura jest produktem długiego, wysoce selektywnego, wysoce rozwiniętego i, co nie mniej ważne, bardzo przymusowego procesu, który osiąga swą kulminację w umowie społecznej uniemożliwiającej nam dojrzenie innych możliwości. Czarownicy usiłują zdemaskować fakt, że rzeczywistość jest dyktowana i podtrzymywana przez rozum, że idee i myśli biorące się z rozumu stają się systemami wiedzy nakazującymi nam określony sposób widzenia i postępowania oraz że wszyscy ulegamy niewiarygodnemu naciskowi, by zaakceptować pewne ideologie.

Podkreślał, że czarowników interesuje postrzeganie świata inaczej niż to określa nasza kultura. Kulturalnie zdeterminowane jest to, że nasze osobiste doświadczenia oraz wspólna umowa społeczna dotycząca tego, co nasze zmysły potrafią postrzegać, dyktują to, co postrzegamy. Wszystko spoza tego umownego wymiaru postrzegania jest automatycznie odrzucane i ignorowane przez racjonalny umysł. W ten sposób krucha tarcza założeń nigdy nie zostaje naruszona.

Czarownicy nauczają, że percepcja zachodzi poza wymiarem sensorycznym. Wiedzą, że istnieje coś o wiele rozległejszego niż zdolności percepcyjne naszych zmysłów. Mówią, że percepcja odbywa się w miejscu poza ciałem, poza zmysłami. Ale nie wystarczy po prostu uwierzyć w tę przesłankę. Nie jest to tylko kwestia przeczytania lub usłyszenia o tym. By wcielić to w życie, trzeba tego doświadczyć.

Isidoro Baltazar mówił, że czarownicy przez całe życie aktywnie usiłują zniszczyć tę kruchą tarczę założeń. Nie rzucają się jednak ślepo w ciemność. Są przygotowani. Wiedzą, że za każdym razem, kiedy skaczą w nieznane, muszą mieć dobrze rozwiniętą racjonalną stronę umysłu. Dopiero wtedy mogą wytłumaczyć i zrozumieć wszystko, co przyniosą ze swych wypraw w nieznane.

Dodał, że nie chodzi o to, abym zrozumiała to, co robią czarownicy poprzez czytanie prac filozoficznych. Powinnam raczej dostrzec, że zarówno filozofia, jak i cza-rownictwo są wysoce wyrafinowanymi formami wiedzy abstrakcyjnej. Tak dla czarownika, jak i filozofa, prawda o naszym istnieniu-na-świecie nie pozostaje nieprzemyślana. Czarownik jednak idzie krok dalej. Działa na poziomie odkryć, które znajdują się poza naszymi kulturowo akceptowanymi możliwościami.

Isidoro Baltazar twierdził, że filozofowie to intelektualni czarownicy. Jednakże ich badania i poszukiwania ograniczają się do przedsięwzięć umysłowych. Filozofowie mogą wpływać na świat, który tak dobrze rozumieją i wyjaśniają jedynie w kulturowo zdeterminowany sposób. Filozofowie przyczyniają się do już istniejącej wiedzy. Interpretują i reinterpretują istniejące teksty filozoficzne. Nowe myśli i idee mające swe źródło w intensywnych studiach nie zmieniają ich, może tylko w sensie psychologicznym. Mogą się stać lepszymi, bardziej wyrozumiałymi ludźmi – lub wręcz przeciwnie. Jednakże nic, co robią na poziomie filozoficznym nie zmieni ich sensorycznej percepcji świata, gdyż filozofowie działają w obrębie porządku społecznego. Podtrzymują go, nawet jeżeli nie zgadzają się z nim intelektualnie. Filozofowie to niespełnieni czarownicy.

Czarownicy również oddziałuj ą na już istniejącą wiedzę, lecz nie poprzez akceptację tego, co zostało ustalone i udowodnione przez innych czarowników. Czarownicy muszą na nowo udowadniać samym sobie, że to, co jest akceptowane, rzeczywiście istnieje i rzeczywiście podlega percepcji. By spełnić to monumentalne zadanie, czarownicy potrzebują dodatkowej energii, którą zdobywają odcinając się od porządku społecznego, lecz nie wycofując się ze świata. Łamią umowę społeczną, która definiuje rzeczywistość, ale nie zakłócają samego procesu.

XV

Krótko po tym jak w Mexicali przekroczyliśmy granicę, ogarnęła mnie niepewność. Moje uzasadnienie wyjazdu z Isidoro Baltazarem do Meksyku, które przedtem uznawałam za tak błyskotliwe, teraz wydawało mi się jedynie mętną wymówką, aby zmusić go, by mnie ze sobą zabrał. Teraz wątpiłam, czy – tak jak twierdziłam – będę potrafiła czytać o teoriach socjologicznych w domu czarownic.


Wiedziałam, że będę. robiła dokładnie to samo, co podczas wszystkich poprzednich wizyt: dużo spania, dziwacznych snów i rozpaczliwe próby zrozumienia, czego ode mnie chcą ci ludzie ze świata czarowników.

– Żałujesz? – Na dźwięk głosu Isidoro Baltazara aż podskoczyłam. Patrzył na mnie z ukosa i pewnie przyglądał mi się tak już od dłuższego czasu.

– Oczywiście, że nie – zaprzeczyłam czym prędzej, zastanawiając się, czy chodzi mu o moje ogólne odczucia, czy o milczenie. Wyjąkałam parę głupstw o upale, po czym odwróciłam głowę i wyjrzałam przez okno.

Już się nie odezwałam, głównie dlatego, że byłam przestraszona i przygnębiona. Czułam, jak niepokój pełznie po mojej skórze niczym stado mrówek.

Isidoro Baltazar zaś właśnie się rozgrzewał. Był w euforii. Śpiewał i opowiadał mi zwariowane dowcipy. Recytował wiersze po angielsku, hiszpańsku i portugalsku. Nawet pieprzne ploteczki o naszych znajomych z UCLA nie zdołały rozwiać mojego smutku. Nie przejmował się tym, że nie stanowiłam zbyt wdzięcznej widowni. Nawet kiedy wrzasnęłam, żeby dał mi spokój, nie stracił dobrego nastroju.

– Gdyby ktoś nas obserwował, wziąłby nas za stare małżeństwo – zauważył między dwoma napadami śmiechu.

Pomyślałam ze zniechęceniem, że gdyby obserwowali nas czarownicy, domyśliliby się, że coś jest nie tak. Domyśliliby się, że Isidoro Baltazar i ja nie jesteśmy sobie równi. Ja jestem rzeczowa i stanowcza w podejmowaniu decyzji i działaniu, jego decyzje i postępowanie, niezależnie od wyniku, są płynne, a miarą ich ostateczności jest to, że bierze za nie pełną odpowiedzialność, choćby były trywialne i nic nie znaczące.

Jechaliśmy prosto na południe. Nie kluczyliśmy jak zwykle, by dotrzeć do domu czarownic. Kiedy zostawiliśmy za sobąGuyamas – nigdy przedtem nie wyjechaliśmy tak daleko na południe w drodze do domu czarownic – spytałam:

– Dokąd mnie zabierasz?

– Przed nami długa droga – odparł lekkim tonem. – Nie przejmuj się.

Tak samo odpowiedział, gdy spytałam jeszcze raz podczas obiadu w Navojoa.

Opuściliśmy Navojoa i ruszyliśmy na południe, kierując się w stronę Mazatlan. Nie posiadałam się z niepokoju. Około północy Isidoro Baltazar zjechał z głównej autostrady na wąską nie asfaltowaną drogę. Półciężarówka się kołysała i grzechotała na wybojach i kamieniach. Główna autostrada za nami była widoczna tylko przez chwilę w słabym świetle tylnych świateł, po czym zupełnie zniknęła, pochłonięta przez krzaki obrastające drogę. Po potwornie długiej jeździe raptownie się zatrzymaliśmy i Isidoro Baltazar zgasił reflektory.

– Gdzie jesteśmy? – spytałam, rozglądając się. Przez chwilę nic nie widziałam. Potem, kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, dojrzałam dwie maleńkie białe plamki daleko przed nami. Malutkie gwiazdeczki, które wyglądały tak, jakby spadły z nieba. Intensywny zapach jaśminu pnącego się po dachu i spływającego w dół tak całkowicie został wyparty z mojego umysłu, że kiedy nagle go rozpoznałam, miałam wrażenie, że czułam ten aromat tylko w jakimś śnie. Zaczęłam chichotać. Ogarnęło mnie niemal dziecinne uczucie zachwytu i zdumienia. Byliśmy w domu Esperanzy.

– To tutaj pierwszy raz przyjechałam z Delią Flores – wymamrotałam pod nosem, po czym wzięłam Isidoro Baltazara za rękę i spytałam: – Ale jak to możliwe? – W jednej chwili nieomal zadławiłam się z niepokoju.

– Co? – spytał zdumionym tonem. Był poruszony i wzburzony. Jego ręka, zazwyczaj ciepła, teraz była lodowato zimna.

– Ten dom stał na przedmieściach Ciudad Obregon, ponad sto mil na północ!

– wrzasnęłam. – Sama tu przyjechałam. I w ogóle nie zbaczałam z asfaltowanej drogi.

– Rozejrzałam się w ciemnościach i przypomniałam sobie, że pojechałam z tego domu również do Tuscon i nigdy w życiu nie byłam w Navojoa czy w jego okolicach.

Isidoro Baltazar przez parę minut milczał. Najwyraźniej był pochłonięty poszukiwaniem odpowiedzi. Wiedziałam, że nie znajdzie takiej, która by mnie zadowoliła. Wzruszył ramionami i odwrócił się do mnie twarzą. W jego głosie zabrzmiała jakaś moc – podobna do tej, jaką posiadał nagual Mariano Aureliano – kiedy powiedział, że nie ma żadnych wątpliwości, że śniłam na jawie gdy razem z Delią wyjechałam 2 Hermosillo do domu uzdrowicielki.

– Proponuję, żebyś dała sobie z tym spokój – zaczął mnie namawiać. – Z własnego doświadczenia wiem, jak umysł potrafi kluczyć, by uporządkować to, co jest nie do uporządkowania.

Już miałam zaprotestować, kiedy mi przerwał i wskazał na światło zbliżające się w naszą stronę. Uśmiechnął się z oczekiwaniem, jakby dobrze wiedział, do kogo należy ten ogromny, chwiejący się cień na ziemi.

– To dozorca – wymamrotałam ze zdumieniem, kiedy mężczyzna stanął przed nami. Pod wpływem impulsu zarzuciłam mu ręce na szyję i ucałowałam w oba policzki. – Nie spodziewałam się, że cię tu zobaczę – wyjąkałam.

Uśmiechnął się zarozumiale, ale nie odpowiedział. Objął Isidoro Baltazara, parę razy poklepał go po plecach, jak to przy powitaniu robią Latynosi, po czym coś mu szepnął. Choć nadstawiałam ucha, nie mogłam zrozumieć ani słowa. Zaprowadził nas do domu.

W solidnych drzwiach frontowych było coś złowieszczego. Były zamknięte, podobnie jak okratowane okna. Zza grubych ścian nie wydobywał się żaden dźwięk, żadne światło. Okrążyliśmy dom i znaleźliśmy się na podwórku otoczonym wysokim ogrodzeniem, po czym stanęliśmy pod drzwiami prowadzącymi do czterech pokoi. Nieco się uspokoiłam, kiedy rozpoznałam te drzwi. Był to ten sam pokój, do którego mnie zaprowadziła Delia Flores. Był tak samo skąpo umeblowany, jak to zapamiętałam: wąskie łóżko, stolik i parę krzeseł.

Dozorca postawił lampę naftową na stole, po czym nakłonił mnie, bym usiadła. Odwrócił się do Isidoro Baltazara, otoczył go ramieniem i wyszedł na ciemny korytarz. Nagłość ich wyjścia wprawiła mnie w osłupienie. Zanim całkowicie otrząsnęłam się ze zdziwienia i wahania, czy powinnam pójść za nimi, dozorca pojawił się ponownie. Podał mi koc, poduszkę, latarkę i nocnik.

– Wolałabym korzystać z wychodka – powiedziałam sztywno. Dozorca wzruszył ramionami, po czym wsunął nocnik pod łóżko.


– Na wypadek, gdybyś musiała z niego skorzystać w środku nocy. – Oczy zalśniły mu radośnie, kiedy powiedział, że Esperanza trzyma na zewnątrz wielkiego, czarnego psa obronnego. – Nie cacka się z obcymi, którzy nocą włóczą się po podwórzu. – Jak na zawołanie usłyszałam głośne szczekanie psa.

– Ja nie jestem obca – rzuciłam lekkim tonem, próbując zignorować złowieszczą nutę w tym ujadaniu. – Już tu kiedyś byłam. Znam tego psa. Dozorca ze zdziwieniem uniósł brwi i spytał:

– A czy ten pies zna ciebie?

Spojrzałam na niego gniewnie. Westchnął, wziął ze stolika lampę naftową i odwrócił się do wyjścia.

– Nie zabieraj światła – powiedziałam szybko zachodząc mu drogę. Próbowałam się uśmiechnąć, ale przychodziło mi to z trudem. – Gdzie są wszyscy? – Udało mi się w końcu spytać. – Gdzie Esperanza i Florinda?

– W tej chwili tylko ja tu jestem obecny – powiedział.

– A gdzie jest Isidoro Baltazar? – spytałam, ogarnięta paniką. – Obiecał, że zabierze mnie do domu czarownic. Muszę popracować nad esejem. – Słowa, myśli, mieszały mi się, kiedy zaczęłam tłumaczyć, dlaczego towarzyszę Isidoro Baltazarowi w jego podróży do Meksyku. Byłam bliska łez, kiedy powiedziałam dozorcy, jakie to dla mnie ważne, żeby ukończyć tę pracę,

Bardzo uspokajająco poklepał mnie po plecach, wydając z siebie kojące dźwięki, jakby mówił do dziecka.

– Isidoro Baltazar śpi. Znasz go. Jak tylko przyłoży głowę do poduszki, zasypia jak kamień. – Uśmiechnął się lekko i dodał: – Zostawię swoje drzwi otwarte na wypadek, gdybyś mnie potrzebowała. Zawołaj, jeżeli będziesz miała jakiś zły sen, a zaraz przyjdę.

Zanim zdążyłam mu powiedzieć, że nie miewam złych snów od ostatniego pobytu w Sonorze, dozorca zniknął w ciemnym korytarzu.

Lampa naftowa na stole zaczęła migotać i parę chwil później zgasła. Zapanowały egipskie ciemności. Położyłam się w ubraniu i zamknęłam oczy. Panowała kompletna cisza, tylko z oddali dochodził dźwięk cichego, chrapliwego oddechu. Świadoma tego odgłosu oddychania oraz twardości i wąskości łóżka, wkrótce zaprzestałam prób zaśnięcia.

Z latarką w ręku bezszelestnie wyszłam na korytarz w nadziei, że znajdę Isidoro Baltazara albo dozorcę. Cicho pukałam po kolei do każdych drzwi. Nikt nie otwierał. Z pokoi nie dochodził żaden dźwięk. W całym domu zapanowała dziwna, niemal przytłaczająca cisza. Ucichły nawet szelesty i ćwierkanie na dworze. Tak jak podejrzewałam, zostałam w domu zupełnie sama.

Zamiast się tym martwić, postanowiłam zajrzeć do pokoi. Było to osiem sypialni tej samej wielkości i tak samo urządzonych. Dość małe, idealnie kwadratowe, za jedyne umeblowanie miały tylko łóżko i stolik nocny. Ściany i dwa okna we wszystkich były pomalowane na biało, a płytki na podłodze układały się w skomplikowany wzór. Otworzyłam przesuwane drzwi szaf, delikatnie naciskając stopą ich lewy dolny rógJakimś cudem wiedziałam, że stuknięcie lub delikatne kopnięcie w to miejsce uruchamia mechanizm otwierający.

Schowałam do jednej szafy koce ułożone w stertę na podłodze i podeszłam do sekretnych drzwiczek. Zdjęłam ukryty rygiel zamaskowany jako gniazdko elektryczne w ścianie. Ponieważ nie potrafiłam już się niczemu dziwić, zaakceptowałam to, iż wiedziałam o tych drzwiach, co oczywiście nie mieściło mi się w świadomym umyśle.

Otworzyłam sekretne drzwiczki, przeczołgałam się przez maleńkie przejście i znalazłam się w szafie w pokoju obok. Bez większego zdziwienia – ponieważ już o tym wiedziałam – odkryłam, że przeciskając się przez te ukryte przejścia mogę się przedostać do kolejnych siedmiu pokoi.

Zaklęłam pod nosem, kiedy latarka zgasła. Mając nadzieję, że baterie jeszcze zadziałają, wyjęłam je, a potem wcisnęłam z powrotem. Na nic, wyczerpały się. Ciemność była tak gęsta, że nie widziałam własnych dłoni. Bojąc się, że uderzę się o drzwi albo ścianę, powoli wymacałam drogę na korytarz.

Wysiłek był tak wielki, że sapałam i drżałam, kiedy się wyprostowałam i oparłam o ścianę. Dłuższą chwilę stałam na korytarzu zastanawiając się, w którą stronę iść do swojego pokoju.

Z oddali dobiegły mnie strzępki głosów. Nie wiedziałam, czy dźwięk ten wydobywa się z domu, czy z podwórza. Poszłam za nim. Zaprowadził mnie na patio. Wyraźnie przypomniałam sobie to zielone, niemal tropikalne patio za kamiennym, łukowato sklepionym przejściem, jego paprocie i gęste listowie, zapach kwiatów pomarańczy i winorośl.

Ledwo zrobiłam parę kroków, kiedy zobaczyłam olbrzymią sylwetkę psa odbijającą się cieniem na murze. Bestia zawarczała, na widok jej płonących ślepi przeszedł mi dreszcz po plecach.

Zamiast poddać się strachowi, poczułam, że dzieje się coś przedziwnego. Zupełnie jakbym dotąd była złożona jak japoński wachlarz albo figurka wycięta z papieru, nagle się rozwinęłam. Towarzyszące temu odczucie fizyczne było niemal bolesne.

Pies obserwował mnie, zdezorientowany. Zaczął skamleć jak szczeniak. Położył uszy po sobie i skulił się w kłębek na ziemi. Ja zaś stałam jak wryta. Nie bałam się. Po prostu nie mogłam się poruszyć. Potem, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie, zwinęłam się z powrotem, odwróciłam i poszłam. Tym razem bez żadnego problemu znalazłam swój pokój.

Obudziłam się z bólem głowy i wrażeniem, że przez całą noc nie zmrużyłam oka, które to wrażenie, mając kłopoty z bezsennością, znałam tak dobrze. Bolały mnie wszystkie mięśnie. Jęknęłam głośno, słysząc otwierające się drzwi i widząc światło padające na moją twarz. Słabo spróbowałam przewrócić się na drugi bok, nie spadając przy tym z wąskiego łóżka.

– Dzień dobry! – wykrzyknęła Esperanza, wchodząc do pokoju z naręczem spódnic i halek. – Właściwie to dobre popołudnie! – poprawiła się, pokazując na słońce Wpadające przez otwarte drzwi. Emanowała z niej jakaś cudowna wesołość, a w głosie


zabrzmiała zachwycająca siła, kiedy powiedziała, że to ona wpadła na pomysł, żeby wynieść moje książki i papiery z półciężarówki, zanim Isidoro Baltazar wyjedzie ze starym nagualem w góry.

Usiadłam raptownie. Byłam już w pełni rozbudzona.

– Dlaczego Mariano Aureliano się ze mną nie przywitał? Dlaczego Isidoro Baltazar mi nie powiedział, że wyjeżdża? – wyrzuciłam z siebie.

Wspomniałam jej, że teraz nigdy nie skończę swojego eseju i nie dostanę się na studia doktoranckie.

Esperanza chwilę przyglądała mi się z dziwnym wyrazem twarzy, po czym powiedziała, że pisanie tego eseju to taka interesowność, że nigdy nie zdołam go dokończyć.

Zanim zdążyłam jej powiedzieć, że osobiście nie zależy mi na dostaniu się na studia doktoranckie, dodała:

– Nie piszesz tego eseju, żeby się tam dostać. Robisz to, bo to lubisz. Bo w tej chwili nie ma nic innego, czym wolałabyś się zająć.

– Jest mnóstwo rzeczy, którymi wolałabym się zająć.

– Na przykład? – spytała prowokacyjnie.

Zastanawiałam się przez chwilę, ale nie przychodziło mi do głowy nic konkretnego. Musiałam przyznać, choćby przed samą sobą, że pisanie pracy nigdy mi nie sprawiło większej przyjemności niż teraz. Choć raz wzięłam się do czytania i szukania źródeł na samym początku semestru, zamiast czekać jak zwykle do ostatniej chwili. Radość psuła mi świadomość, że to mój bilet wstępu na studia doktoranckie.

Esperanza znowu jakby znała moje myśli, powiedziała, że powinnam dać sobie spokój ze studiami doktoranckimi i skupić się tylko na napisaniu dobrego eseju.

– Kiedy staniesz się częścią świata czarowników i zaczniesz rozumieć naturę snów, zaczniesz też pojmować, czym w ogóle są czary. A ta wiedza cię uwolni. Spojrzałam na nią, zaskoczona. Nie miałam pojęcia, o czym mówi.

– Uwolni cię od wszystkiego. – Esperanza wymówiła te słowa bardzo wyraźnie, jakbym była głucha. Popatrzyła na mnie z zamyśleniem, po czym dodała: – Chciwość to twoje drugie imię, a jednak niczego nie potrzebujesz ani nie chcesz... – Jej głos ucichł, kiedy zaczęła porządkować na stole moje książki, papiery i stertę zakładek. Jej twarz promieniała, kiedy się do mnie odwróciła. Trzymała kilka ołówków. – Zatemperowałam je dla ciebie żyletką – powiedziała. – Zawsze będę je temperować, kiedy się stępią. – Położyła ołówki koło podkładki do pisania, po czym szeroko rozłożyła ręce, jakby chciała objąć cały pokój. – To wspaniałe miejsce do pracy. Nikt ci tu nie będzie przeszkadzał.

– Na pewno – przytaknęłam. Widząc, że szykuje się do wyjścia, spytałam, gdzie Isidoro Baltazar spał ubiegłej nocy.

– Na swoim słomianym materacu, gdzieżby indziej? – Chichocząc cicho zebrała spódnice i halki i wyszła na podwórze. Patrzyłam za nią, aż zniknęła za kamiennym przejściem. Oczy mnie bolały, oślepione wpatrywaniem się w światło.

Parę chwil później rozległo się głośne pukanie do jednych z drzwi, które wychodziły na korytarz.

– Można wejść? – spytał dozorca, otwierając drzwi, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. – Pokarm dla mózgu – powiedział, stawiając bambusową tacę na stole. Nalał mi filiżankę czystego bulionu, po czym zachęcił mnie do spróbowania machaca Sonorense. – Sam to zrobiłem – poinformował mnie.

Mieszanina jajecznicy, skrawków mięsa, cebuli i pikantnych papryczek chili była przepyszna.

– Kiedy skończysz, zabiorę cię do kina – powiedział.

– Kiedy skończę jeść? – spytałam, podniecona, wpychając sobie do ust całątortillę.

– Kiedy skończysz esej. – Sprecyzował.

Kiedy tylko zjadłam powiedział, że muszę poznać psa.

– Inaczej nie będziesz mogła wychodzić na zewnątrz. Nawet do wychodka.

Już miałam mu powiedzieć, że właściwie to już poznałam psa i zeszłej nocy poszłam do wychodka, kiedy szybkim ruchem brody dał mi znak, bym wyszła za nim na podwórze. Duży czarny pies leżał zwinięty w kłębek w cieniu wysokiego ogrodzenia z plecionej trzciny. Dozorca kucnął koło zwierzęcia i podrapał je za uchem. Schylił się jeszcze niżej i szepnął mu coś do ucha.

Potem gwałtownie się podniósł. Przestraszona cofnęłam się i upadłam na siedzenie. Pies zaskamlał, a dozorca jednym niewiarygodnym skokiem przesadził ogrodzenie. Zerwałam się na równe nogi i już miałam uciec, kiedy pies wyciągnął przednie łapy i oparł je na moich stopach. Czułam ucisk jego łap. Podniósł głowę, spojrzał na mnie i otworzył pysk w szerokim ziewnięciu. Jego język i dziąsła były niebieskoczarne.

– To dowód najlepszego pochodzenia.

Tak się przestraszyłam na dźwięk głosu dozorcy za mną, że zbyt szybko się odwróciłam. Znowu straciłam równowagę i przewróciłam się na psa. Początkowo nie śmiałam się ruszyć, potem powoli przekręciłam głowę na bok. Bursztynowe oczy psa były we mnie wpatrzone. Pies obnażył zęby, nie groźnie, lecz w niemal przyjacielskim, psim uśmiechu.

– Od teraz jesteście przyjaciółmi – oznajmił dozorca, pomagając mi wstać. – A teraz czas, żebyś wzięła się do pisania eseju.

Następne trzy dni były całkowicie wypełnione moim pragnieniem, by dokończyć swe zadanie. Pracowałam długimi zrywami, a jednak jakoś nie czułam upływu czasu. Nie dlatego, żeby praca aż tak mnie pochłaniała, bym utraciła poczucie czasu. To raczej czas przemienił się w rodzaj przestrzeni. Zaczęłam go odliczać jako przerwy między moimi spotkaniami z Esperanza.

Codziennie rano, kiedy jadłam śniadanie – które zostawiała dla mnie w kuchni – nagle się pojawiała. Bezszelestnie materializowała się z niebieskawego dymu, który ciągle unosił się w kuchni niczym chmura. Nieodmiennie czesała moje włosy prostym drewnianym grzebieniem, ale nigdy nie odezwała się ani słowem. Podobnie jak ja sama.

Potem widziałam ją dopiero po południu. Równie bezszelestnie jak w kuchni materializowała się na podwórzu i siadała w robionym na zamówienie fotelu na biegu


nach pod kamiennym przejściem. Godzinami wpatrywała się przed siebie, jakby potrafiła przekroczyć granice ludzkiego wzroku. Poza skinieniem głowy czy przelotnym uśmiechem, o tej porze nie było między nami żadnego kontaktu. Wiedziałam jednak, że jestem chroniona tym milczeniem.

Pies, jakby został pouczony przez dozorcę, nie odstępował mnie. Chodził za mną dzień i noc, nawet do wychodka. Czekałam szczególnie na nasze wyjścia późnym popołudniem, kiedy to ścigałam się z psem przez pola w stronę drzew dzielących działki. Tam siadaliśmy w cieniu, gapiąc się przed siebie tak, jak Esperanza. Niekiedy wydawało mi się, że mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć gór w oddali. Wsłuchiwałam się w wietrzyk szeleszczący w gałęziach i czekałam, aż żółte światło zachodzącego słońca przemieni liście w złote dzwoneczki. Potem liście robiły się niebieskie, wreszcie czarne. Wtedy pies i ja gnaliśmy z powrotem do domu, by uciec przed cichym głosem wiatru opowiadającego o samotności tej jałowej ziemi.

Czwartego dnia obudziłam się, przestraszona. Zza drzwi wychodzących na podwórze usłyszałam wołanie:

– Czas wstawać, śpiochu! – Głos dozorcy był sennie obojętny.

– Może wejdziesz? – zaproponowałam. – Gdzie się podziewałeś przez tyle dni?

Nie padła żadna odpowiedź.

Usiadłam owinięta w koc czekając, aż się pojawi, zbyt spięta i rozespana, żeby wyjść i sprawdzić, dlaczego się chowa. Po jakimś czasie podniosłam się i wyszłam. Na podwórzu było pusto. Chcąc się rozbudzić, wylałam sobie na głowę parę wiader zimnej wody.

Tego ranka śniadanie wyglądało inaczej: Esperanza się nie stawiła. Dopiero kiedy zasiadłam do pracy uświadomiłam sobie, że pies również gdzieś zniknął. Apatycznie wertowałam książki. Miałam bardzo mało energii, a jeszcze mniej ochoty do pracy. Godzinami siedziałam przy stole, gapiąc się przez otwarte drzwi na góry w oddali.

Przezroczystą ciszę tego popołudnia co jakiś czas przerywało ciche gdakanie kur szukających ziaren w ziemi i przenikliwy krzyk cykad wibrujący w niebieskim, przejrzystym powietrzu, jakby wciąż jeszcze było południe.

Już prawie przysypiałam, kiedy usłyszałam jakiś hałas na podwórzu. Szybko podniosłam głowę. Dozorca i pies leżeli na słomianej macie w cieniu ogrodzenia. W ich pozie było coś dziwnego. Leżeli tak nieruchomo, jakby byli martwi.

Z mieszaniną obawy i ciekawości, podeszłam do nich na palcach. Dozorca pierwszy zauważył moją obecność. Szeroko i z przesadą otworzył oczy, po czym jednym szybkim ruchem usiadł i spytał:

– Tęskniłaś za mną?

– Oczywiście! – wykrzyknęłam i roześmiałam się nerwowo. Jego pytanie wydało mi się dziwne. – Dlaczego rano nie wszedłeś do mojego pokoju? – Widząc jego pusty wzrok, dodałam: – Gdzie byłeś przez ostatnie trzy dni?

Zamiast odpowiedzieć, spytał szorstko:

– Jak ci idzie praca?

Tak mnie zaskoczyła jego obcesowość, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie wiedziałam, czy mam mu powiedzieć, że to nie jego sprawa, czy też przyznać się, że utknęłam w miejscu.

– Nie zawracaj sobie głowy wymyślaniem wytłumaczenia – powiedział. – Po prostu powiedz prawdę. Przyznaj się, że potrzebujesz fachowej opinii.

Obawiając się, że wybuchnę śmiechem, przykucnęłam koło psa i podrapałam go po głowie.

– No? – ponaglił mnie dozorca. – Nie potrafisz przyznać, że beze mnie się gubisz?

Nie mając pewności co do stanu jego umysłu, postanowiłam, że lepiej mu ustąpić niż się sprzeciwiać. Powiedziałam więc, że rzeczywiście przez cały dzień nie napisałam ani jednego zdania. Czekałam na niego wiedząc, że tylko on może mnie wybawić. Zapewniłam go, że nie moi profesorowie w szkole, tylko on może zadecydować o moim losie jako studentki.

Dozorca uśmiechnął się do mnie promiennie, po czym poprosił, żebym przyniosła mu esej. Chciał na niego rzucić okiem.

– Jest po angielsku – zauważyłam. – Nic nie zrozumiesz.

Odruchowo chciałam dodać, że nie zrozumiałby nawet, gdyby esej był napisany po hiszpańsku, ale doszłam do wniosku, że w końcu nie jestem aż tak źle wychowana.

Upierał się, żeby mu przynieść esej. Zrobiłam to. Rozłożył wokół siebie kartki, niektóre na macie, inne na gołej ziemi, wyjął z kieszeni koszuli okulary w metalowej oprawce i założył je na nos.

– Ważne, by wyglądać jak człowiek wykształcony – szepnął pochylając się nad psem. Zwierzę postawiło jedno ucho, po czym cicho zawarczało, jakby się zgadzało z dozorcą. Pies zmienił pozycję, a dozorca dał mi znak, bym usiadła między nim a zwierzęciem.

Wyglądał jak sowa, mądra i surowa, kiedy zagłębiał się w luźnych kartkach leżących na ziemi. Zamlaskał językiem z dezaprobatą. Podrapał się po głowie. Przekładał kartki, jakby szukał jakiegoś porządku, który gdzieś mu umknął.

Od siedzenia w tej pozycji rozbolały mnie mięśnie szyi i ramion. Wzdychając ze zniecierpliwieniem, oparłam się o ogrodzenie i zamknęłam oczy. Pomimo rosnącej irytacji musiałam przysnąć, bo nagle przestraszyło mnie ciche, lecz uporczywe brzęczenie. Otworzyłam oczy. Nie opodal siedziała, twarzą do mnie, wysoka, prześlicznie ubrana, piękna kobieta. Powiedziała coś do mnie, ale nie usłyszałam. Brzęczenie w moich uszach przybrało na sile.

Kobieta pochyliła się do przodu, w moją stronę, i głośnym, czystym głosem spytała:

– Nie przywitasz się ze mną?

– Nelida! Kiedy tu przyszłaś? Próbowałam pozbyć się brzęczenia w uszach – wyjaśniłam.

Pokiwała głową, wyciągnęła spod spódnicy długie, kształtne nogi i otoczyła je rękami.

– Dobrze cię zobaczyć – powiedziała sennie.

Marszcząc brwi, dozorca wymamrotał coś pod nosem, studiując kartki leżące przed nim.


– Twoje bazgroły nie tylko trudno odczytać – oznajmił po chwili – ale i nie ma w nich większego sensu.

Nelida spojrzała na mnie wąskimi, krytycznymi oczami, jakby chciała mnie sprowokować do sprzeciwu.

Dozorca z drażniącą powolnością zaczął odczytywać kartki. To, co czytał, brzmiało znajomo, ale nie potrafiłam określić, czy rzeczywiście trzymał się tekstu, bo nie mogłam się skupić. Byłam zbyt zirytowana tym, jak ucinał zdania, zwroty, a niekiedy nawet słowa.

– Podsumowując – stwierdził po przeczytaniu ostatniej strony – to źle napisany esej. – Ułożył luźne kartki w stosik i oparł się o ogrodzenie. Bardzo starannie ugiął kolana i przybrał taką samą pozycję, jakiej nauczył mnie Isidoro Baltazar – prawa noga oparta kostką na lewym udzie – i zamknął oczy. Milczał tak długo, że już myślałam, że usnął, więc przestraszyłam się, kiedy powoli zaczął mówić o antropologii, historii i filozofii. Jego myśli zdawały się przybierać fizyczną formę, a słowa płynęły z jego ust jasno i precyzyjnie, z prostotą, za którą łatwo mi było nadążyć.

Słuchałam go uważnie, lecz jednocześnie nie mogłam się oprzeć myślom: “Skąd on tyle może wiedzieć o zachodnich trendach intelektualnych? Jakie ma wykształcenie? Kim naprawdę jest?"

– Możesz powtórzyć wszystko jeszcze raz? – spytałam w chwili, gdy skończył mówić. – Chciałabym porobić notatki.

– Wszystko, co powiedziałem, znajduje się w twoim eseju – zapewnił mnie. – Jest zakopane pod zbyt licznymi przypisami, cytatami i nie rozwiniętymi ideami. – Pochylił się nade mną aż głową niemal dotknął mojej głowy. – Nie wystarczy zacytować prace innych, by zapewnić twojemu esejowi wiarygodność, jakiej mu brakuje.

Osłupiała, mogłam się tylko na niego gapić.

– Pomożesz mi napisać ten esej? – spytałam.

– Nie, nie mogę tego zrobić – powiedział, spoglądając na mnie poważnie. – Musisz to zrobić sama.

– Ale ja nie potrafię – zaprotestowałam. – Właśnie wykazałeś, jak źle jest napisany ten esej. Wierz mi, to szczyt moich możliwości.

– Nieprawda! – zaprzeczył gwałtownie i spojrzał na mnie ze zdumieniem pomieszanym z przyjacielskim ciepłem. – Jestem pewien, że twoi profesorowie przyjmą ten esej, kiedy zostanie ładnie przepisany na maszynie, aleja bym tego nie zrobił. Nie ma w nim nic oryginalnego.

Byłam tak oszołomiona, że nawet się nie zdenerwowałam.

– Tylko parafrazujesz to, co przeczytałaś – ciągnął. – Żądam, byś bardziej oparła się na własnych opiniach, nawet jeżeli nie zgadzają się z tym, czego się od ciebie oczekuje.

– To tylko praca semestralna – odparłam defensywnym tonem. – Wiem, że muszę jeszcze nad nią popracować, ale muszę też zadowolić swoich profesorów. Nie ma znaczenia, czy zgadzam się z poglądami, które tu wyrażam. Muszę się dostać na studia doktoranckie, a to wymaga przypodobania się wykładowcom.

– Jeżeli chcesz czerpać siłę ze świata czarowników – powiedział – nie możesz dłużej pracować kierując się takimi przesłankami. Ukryte motywy sanie do przyjęcia

w naszym czarodziejskim świecie. Jeżeli chcesz zostać doktorantką, musisz zachowywać się jak wojownik, a nie jak kobieta, którą nauczono, by się wszystkim podobała. Wiesz, nawet kiedy wściekasz się jak dzikie zwierzę, starasz się przypodobać. Ale ponieważ nie wychowano cię po to, byś pisała, możesz w pisaniu zaadoptować nowy nastrój: nastrój wojownika.

– Co to jest nastrój wojownika? – spytałam. – Mam walczyć ze swoimi wykładowcami?

– Nie z wykładowcami – powiedział. – Masz walczyć z samą sobą. Na każdym kroku. I musisz to robić tak umiejętnie i mądrze, by nikt nie zauważył twojej walki.

Nie byłam całkiem pewna, co ma na myśli, ale też nie chciałam wiedzieć. Zanim zdążył cokolwiek dodać, spytałam, skąd tyle wie o antropologii, historii i filozofii.

Z uśmiechem pokręcił głową.

– Nie zauważyłaś, jak to robię? – spytał, po czym odpowiedział na własne pytanie: – Wychwytywałem myśli z powietrza. Po prostu rozciągnąłem swoje włókna energii i złapałem na nie myśli, tak jak się łapie rybę na wędkę, z bezdennego oceanu myśli i idei, który jest tam. – Zrobił rękoma szeroki gest, jakby chciał objąć powietrze wokół siebie.

– Isidoro Baltazar powiedział mi, że po to by wychwytywać myśli, trzeba wiedzieć, które mogą być przydatne – stwierdziłam. – Musiałeś więc studiować historię, filozofię i antropologię.

– Może i kiedyś to robiłem – powiedział niezdecydowanym tonem, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. – Pewnie tak.

– Musiałeś! – obwieściłam, jakbym dokonała wielkiego odkrycia. Wzdychając głośno, oparł się o ogrodzenie i zamknął oczy.

– Dlaczego zawsze musisz mieć rację? – spytała Nełida.

Przestraszona jej głosem, spojrzałam na nią z otwartymi ustami. Kąciki jej ust wygięły się w jakby złośliwym, tajemniczym uśmiechu. Dała mi znak, bym zamknęła usta. Tak byłam pochłonięta tym, co dozorca mówił o moim eseju, że zupełnie o niej zapomniałam, chociaż siedziała tuż przede mną. A może wcale nie siedziała? Myśl, że mogła odejść, a potem wrócić niezauważalnie, przepełniła mnie niepokojem.

– Nie przejmuj się tym – powiedziała cicho Nelida, jakbym na głos wypowiedziała swoje lęki. – Mamy nawyk odchodzenia i przychodzenia niezauważalnie.

Jej ton usunął mrożący krew w żyłach efekt jej stwierdzenia. Przenosząc wzrok z jednego na drugie zastanawiałam się, czy rzeczywiście znikną niepostrzeżenie na moich oczach. Chciałam się upewnić, że tego nie zrobią. Przeciągając się jak kot, położyłam się płasko na słomianej macie i przysunęłam stopę do rąbka sukni Nelidy, która rozpościerała się na ziemi. Rękę wyciągnęłam do kurtki dozorcy. Musiał zauważyć pociągnięcie za rękaw, bo wyprostował się raptownie i spojrzał na mnie. Zamknęłam oczy, ale obserwowałam ich spod rzęs. Nie poruszyli się. Ich wyprostowane sylwetki nie zdradzały najmniejszego zmęczenia, ja zaś musiałam siłą powstrzymywać się przed zamknięciem oczu.

Zerwał się chłodny wietrzyk, niosący ze sobą zapach eukaliptusa. Po niebie przepłynęły smugi kolorowych chmur, a głęboki, przezroczysty błękit powoli zaczynał się mącić. Tak się roztopił, że nie sposób było odróżnić chmury od nieba, dnia od nocy.


Ze stopą na rąbku sukni Nelidy i kurczowo trzymając się kurtki dozorcy, jakby zależało od tego moje życie, zapadłam w sen. Wydawało mi się, że minęło zaledwie parę chwil, kiedy obudził mnie dotyk czyjejś ręki na twarzy.

– Florinda? – szepnęłam, czując instynktownie, że kobieta siedząca koło mnie to ktoś inny. Coś mruczała. Miałam wrażenie, że mruczy tak już od dłuższego czasu i że obudziłam się, żeby usłyszeć, co mówi.

Chciałam usiąść. Łagodnie, lecz stanowczo dotykając mojego ramienia, kobieta mnie powstrzymała. Gdzieś w mroku zamigotał niepewnie mały płomyk. W jego blasku jej twarz wydawała się blada. Wyglądała jak duch. Kiedy się przysunęła, odniosłam wrażenie, że się powiększyła. Jej oczy też zogromniały, kiedy jęły się we mnie wpatrywać. Łuki jej brwi, niczym linie narysowane czarnym flamastrem, zmarszczyły się.

– Nelida! – Westchnęłam z ulgą.

Uśmiechając się lekko, kiwnęła głową.

Chciałam ją spytać o dozorcę i pracę semestralną, ale przycisnęła palce do moich ust i wróciła do swego mruczenia. Dźwięk ten słabł coraz bardziej i bardziej. Zdawał się pochodzić z wielkiej oddali, aż wreszcie całkiem ucichł.

Nelida wstała i dała mi znak, bym zrobiła to samo. Posłuchałam jej. Zauważyłam, że nie jesteśmy na podwórzu, ale w jednej z pustych sypialni położonych wzdłuż korytarza.

– Gdzie mój esej? – spytałam, przerażona, że wiatr mógł rozrzucić kartki. Na myśl, że będę musiała zaczynać wszystko od początku, poczułam dreszcze.

Królewskim ruchem brody Nelida dała mi znak, bym poszła za nią. Była ode mnie o wiele wyższa i wyglądała dokładnie tak jak Florinda. Gdyby nie jej delikatność, nie potrafiłabym ich odróżnić. W tej chwili wyglądała jak niedokończona wersja Florindy – takiej, jaką musiała być w młodości. Było w niej coś niezwykle eterycznego, kruchego, a jednak imponującego. Kiedyś żartowałam z Isidoro Baltazarem, że gdybym była mężczyzną, próbowałabym jąpoderwać. Odparował – miałam nadzieję, że żartem – że może to właśnie dlatego Nelida prawie nigdy ze mną nie rozmawia.

Skierowałyśmy się do mojego pokoju. Wszędzie wokół siebie słyszałam kroki. Doszłam do wniosku, że nie może to być Nelida, bo ona chodzi tak cicho jakby nie dotykała stopami ziemi. Absurdalna myśl, że słyszę własne kroki sprawiła, że zaczęłam iść na palcach, cicho jak kot. Mimo to wciąż słyszałam kroki. Czyjeś stopy poruszały się jak moje, ich kroki w tym samym rytmie odbijały się cichym echem na podłodze. Parę razy obejrzałam się za siebie, ale oczywiście nie zobaczyłam nikogo. Chcąc rozwiać swój strach, zachichotałam głośno.

Nelida odwróciła się gwałtownie. Myślałam, że mnie upomni, ale i ona zaczęła się śmiać. Otoczyła mnie ramieniem. Jej dotyk nie był szczególnie ciepły czy czuły. Nie przejęłam się tym. Lubiłam ją, a jej dotyk bardzo mnie uspokajał. Wciąż chichocząc, i w asyście odgłosu kroków wokół nas, weszłyśmy do mojego pokoju.

W środku panowała jakaś dziwna jasność, jakby przez czworo drzwi do pokoju, którego w tej chwili nie widziałam, przedostała się mgła. Zmieniła jego kształt, nadając mu dziwne kontury, stał się prawie okrągły. Choć mrugałam i mrużyłam oczy.

zdołałam dojrzeć tylko stół, przy którym pracowałam przez ostatnie trzy dni. Zbliżyłam się do niego. Z ulgą stwierdziłam, że mój esej leży ułożony w schludny stosik. Obok leżały wszystkie ołówki; były zatemperowane.

– Nelida! – wykrzyknęłam z podnieceniem, odwracając się na pięcie. Już jej nie widziałam. Mgła zgęstniała. Z każdym moim oddechem zamykała się wokół mnie. Sączyła się do mojego wnętrza, przepełniając mnie głębokim, euforycznym uczuciem lekkości i jasności. Wiedziona jakimś niewidzialnym źródłem, usiadłam przy stole i rozłożyłam kartki wokół siebie. Pod moim bacznym spojrzeniem wyłoniła się cała struktura eseju, nakładając się na pierwotną wersję niczym podwójne naświetlenie klatki filmowej.

Zatraciłam się z podziwie dla umiejętnego rozwinięcia tematu. Zupełnie jakby kierowała nimi jakaś niewidzialna dłoń, która myślała i pisała, paragrafy same się zmieniały, ustanawiając nowy porządek. Wszystko to było tak cudownie jasne i proste, że roześmiałam się radośnie.

– Napisz to.

Słowa te odbiły się cichym echem w pokoju. Zaciekawiona, rozejrzałam się dokoła, ale nikogo nie zobaczyłam. Wiedząc, że to, czego doświadczam, niewątpliwie jest czymś więcej niż tylko snem, sięgnęłam po notes i ołówek i zaczęłam pisać z wściekłą szybkością. Pomysły pojawiały się w moim umyśle z niewiarygodnąjasnością i łatwością. Pulsowały w mojej głowie i ciele jak fale dźwiękowe. Jednocześnie słyszałam i widziałam słowa. A jednak tego, co istniało przede mną, nie postrzegałam oczami czy uszami. Raczej to jakieś włókienka we mnie rozpościerały się na zewnątrz i niczym bezgłośne odkurzacze wsysały słowa lśniące przede mną jak drobinki kurzu.

Po jakimś czasie porządek pojawiający się w moim eseju zaczął się zamazywać. Linijki, jedna za drugą, blakły. Rozpaczliwie próbowałam utrzymać tę wspaniałą strukturę wiedząc, że zniknie bez śladu. Pozostało tylko wspomnienie tamtej cudownej jasności. A potem i ono zgasło jak zdmuchnięta świeczka. W pokoju unosił się kłąb mgły, delikatny jak nitka. Wkrótce rozpłynął się w drobnych falach, a wokół mnie zapadła przytłaczająca ciemność. Byłam wyczerpana i wiedziałam, że zaraz zemdleję.

– Połóż się!

Nawet nie podniosłam wzroku wiedząc, że i tak nikogo nie zobaczę. Z wielkim wysiłkiem wstałam z krzesła i chwiejnym krokiem podeszłam do łóżka.

XVI

Przez chwilę po prostu leżałam, niejasno przypominając sobie ten zdumiewający, cudowny sen, tak różny od tych, które miałam do tej pory. Po raz pierwszy byłam świadoma wszystkiego, co w nim robiłam.

– Nelida? – szepnęłam, kiedy dobiegające z drugiego końca pokoju ciche, chrapliwe mruczenie wdarło się w moje rozmyślania. Usiadłam, lecz szybko znowu się położyłam, gdyż pokój zawirował mi przed oczami. Odczekałam parę chwil i spróbowałam raz jeszcze. Wstałam i zrobiłam parę niepewnych kroków. Upadłam na


podłogę i uderzyłam głową o ścianę. – Cholera! – krzyknęłam, kiedy pokój znowu zawirował wokół mnie. – Zaraz zemdleję.

– Nie dramatyzuj – powiedziała Florinda i zachichotała na widok mojej zdumionej miny. Dotknęła najpierw mojego czoła, a potem szyi, jakby się bała, że mam gorączkę. – Nie zemdlejesz – oznajmiła. – Musisz uzupełnić poziom energii.

– Gdzie jest Nelida?

– Nie cieszysz się, że mnie widzisz? – Ujęła mnie pod rękę i pomogła wrócić do łóżka. – Zasłabłaś z głodu.

– Nieprawda – zaprzeczyłam, bardziej z przyzwyczajenia niż przekonania. Chociaż nie czułam głodu, to jednak byłam pewna, że te zawroty głowy wywołane są brakiem pożywienia. Poza śniadaniem nic nie jadłam przez cały dzień.

– Dziwiliśmy się, że nic nie zjadłaś – powiedziała Florinda w odpowiedzi na moje myśli. – Zrobiliśmy dla ciebie taki dobry gulasz.

– Kiedy tu przyszłaś? – spytałam. – Wołam cię po cichu od wielu dni. Zamykając oczy Florinda wydała z siebie mruczenie, jakby dźwięk ten mógł jej pomóc sobie przypomnieć.

– Myślę, że jesteśmy tu od paru dni – powiedziała w końcu.

Myślisz! – Byłam całkowicie zaskoczona, ale mój temperament wziął górę. Szybko przyszłam do siebie. – Dlaczego nie dałyście mi znać, że tu jesteście? – Większe od poczucia krzywdy było moje zdumienie, że nie dostrzegłam ich obecności. – Jak mogłam być tak nieświadoma? – wymamrotałam, bardziej do siebie niż do niej.

Florinda przyglądała mi się z dziwnym wyrazem twarzy. Sprawiała wrażenie zdziwionej moją dezorientacją.

– Gdybyśmy dały ci znać, że tu jesteśmy, nie mogłabyś się skupić na pracy – zauważyła rozsądnie. – Dobrze wiesz, że zamiast pisać esej, czekałabyś na nasze przyjście. Całą energię poświęciłabyś na próby odkrycia, co robimy, prawda? – Jej głos był niski i ochrypły, a dziwny błysk jeszcze bardziej niż zwykle rozświetlił jej oczy. – To był rozmyślny krok z naszej strony, nie chciałyśmy, żebyś się rozpraszała przy pracy – zapewniła mnie.

Potem wyjaśniła, że dozorca pomógł mi przy pisaniu eseju dopiero, kiedy był zadowolony z tego, co stworzyłam do tej pory. Stwierdziła, że podczas śnienia znalazł ukryty porządek w moich notatkach.

– Ja też dostrzegłam ukryty porządek w moich notatkach – powiedziałam, pełna samouwielbienia. – Ja też go zobaczyłam we śnie.

– Oczywiście – Florinda przytaknęła gorliwie. – Wciągnęłyśmy cię w śnienie, żebyś mogła pracować nad esejem.

– Wciągnęłyście mnie w śnienie? – powtórzyłam. W jej stwierdzeniu było coś przerażająco normalnego. Mimo to sprawiło ono, że zaczęły mi się otwierać oczy. Ogarnęło mnie niesamowite uczucie, że w końcu zaczynam rozumieć, czym jest śnienie na jawie, lecz z jakiegoś powodu nie potrafiłam tego pochwycić. Usiłując wydobyć z tego jakiś sens, opowiedziałam Florindzie o wszystkim, co się wydarzyło od chwili, kiedy zobaczyłam dozorcę z psem na podwórzu.

Trudno mi było mówić składnie, bo nie mogłam się zdecydować, kiedy znajdowałam się na jawie, a kiedy śniłam. Ku swemu najwyższemu zdumieniu przypomniałam sobie dokładny zarys mojego eseju, jakim zastąpiłam jego oryginalną wersję.

– Byłam wtedy zbyt skoncentrowana, by śnić – stwierdziłam.

– Właśnie na tym polega śnienie na jawie – wtrąciła Florinda. – To dlatego tak dobrze to pamiętasz. – Przybrała ton niecierpliwej nauczycielki tłumaczącej prostą, lecz podstawową zasadę niedorozwiniętemu dziecku. – Już ci mówiłam, że śnienie na jawie nie ma nic wspólnego z zasypianiem i przeżywaniem snu.

– Robiłam notatki – powiedziałam, jakby to mogło unieważnić jej stwierdzenie. Widząc, że kiwa głową, spytałam, czy znajdę to, co widziałam w śnieniu na jawie, napisane własną ręką w notesie.

– Znajdziesz – zapewniła mnie. – Ale przedtem musisz coś zjeść. – Wstała, wyciągnęła rękę i pomogła mi się podnieść. By doprowadzić do porządku mój wygląd, wetknęła mój ą koszulę w dżinsy i strzepnęła ze swetra źdźbła słomy. Potem odsunęła mnie na długość ręki i przyjrzała mi się krytycznie. Niezadowolona z rezultatu, zaczęła układać mi włosy, przekładając niesforne kosmyki z jednego miejsca w drugie. – Wyglądasz jak straszydło, kiedy włosy ci tak sterczą na wszystkie strony – oznajmiła.

– Zawsze po przebudzeniu biorę gorący prysznic – powiedziałam i wyszłam za nią na korytarz. Widząc, że kieruje się do kuchni, uprzedziłam, że najpierw muszę pójść do wychodka.

– Pójdę z tobą. – Widząc mojąniezadowolonąminę dodała, że chce tylko dopilnować, żeby mi się nie zakręciło w głowie i żebym nie wpadła do szamba.

Właściwie to się cieszyłam, że mogę się przytrzymać jej ramienia, kiedy wychodziłyśmy na podwórko. Nieomal się przewróciłam, kiedy znalazłyśmy się na zewnątrz

– nie tyle z osłabienia, ile ze zdumienia, że jest już tak późno.

– Co się dzieje? – spytała Florinda. – Słabo ci?

Wskazałam na niebo. Ze światła słonecznego została tylko słaba poświata.

– Nie mogłam chyba stracić całego dnia – powiedziałam. Mój głos ucichł jeszcze zanim skończyłam mówić. Usiłowałam przyswoić sobie myśl, że minęła cała noc i cały dzień, ale mój umysł nie chciał jej zaakceptować. Zupełnie mnie rozstroiło to, że straciłam poczucie czasu odmierzanego w zwykły sposób.

– Czarownicy przerywają upływ czasu – Florinda odpowiedziała na moje myśli.

– Czas, taki, jakim go odmierzamy, nie istnieje, kiedy człowiek śni tak jak to robią czarownicy. Czarownicy na zawołanie potrafią rozciągać lub kondensować czas. Dla nich czas nie jest kwestią minut, godzin czy dni, lecz czymś zupełnie innym.

Kiedy śnimy na jawie, nasza zdolność postrzegania jest zwiększona – ciągnęła cierpliwym, pełnym rozwagi tonem. – Jednakże, gdy przychodzi do postrzegania czasu, dzieje się coś zupełnie innego. Percepcja czasu nie zostaje zwiększona, lecz całkowicie usunięta.

– Dodała, że czas zawsze jest czynnikiem świadomości. To znaczy, że bycie świadomym czasu to stan psychiczny, który automatycznie przekształcamy w fizyczne odmierzanie. Jest to w nas tak zakorzenione, że słyszymy, nawet kiedy nie jesteśmy tego świadomi, cykanie zegara wewnątrz nas, podświadomie odmierzającego czas.


W śnieniu na jawie ta cecha jest nieobecna – podkreśliła. – Zastępuje ją całkowicie nowa, nieznana struktura, której nie da się rozumieć czy interpretować tak jak czas.

– W takim razie o śnieniu na jawie zawsze będę. wiedziała tylko tyle, że czas rozstał rozciągnięty albo skondensowany – powiedziałam, próbując nadążyć za jej tokiem rozumowania.

– Zrozumiesz o wiele więcej – zapewniła mnie z emfazą. – Kiedy już zyskasz wprawę w osiąganiu stanu podwyższonej świadomości, jak to nazywa Mariano Au-reliano, staniesz się świadoma wszystkiego, czego tylko będziesz chciała, bo czarownicy nie zajmują się odmierzaniem czasu. Oni go używają, rozciągając lub kon-densując na zawołanie.

– Wspomniałaś wcześniej, że wszyscy pomogliście mi wejść w stan śnienia – powiedziałam. – W takim razie niektórzy z was muszą wiedzieć, jak długo trwał ten stan,

Florinda powiedziała, że ona i jej towarzysze nieustannie znajdują się w stanie śnienia na jawie, że wspólnym wysiłkiem wciągnęli mnie w ten stan, ale nigdy go nie śledzili.

– Chcesz przez to powiedzieć, że teraz mogę śnić na jawie? – spytałam już wcześniej znając odpowiedź. – Jeśli tak, to co takiego zrobiłam, żeby osiągnąć ten stan? Jakie kroki poczyniłam?

– Najprostsze, jakie tylko można sobie wyobrazić – odparła. – Nie pozwoliłaś sobie być swoim zwykłym , ja". To klucz, który otwiera drzwi. Wiele razy ci mówiliśmy, że czarowanie nie jest tym, za co je uważasz. Stwierdzić, że odejście od swego zwykłego , ja" jest największą tajemnicą czarowników, brzmi idiotycznie, lecz wcale nie jest bzdurą. To klucz do mocy, czyli najtrudniejsza rzecz, jaką może zrobić czarownik. A jednak nie jest to coś skomplikowanego czy niemożliwego do zrozumienia. Stwierdzenie to nie szokuje umysłu i z tego powodu nikt nawet nie podejrzewa znaczenia tej tajemnicy ani nie bierze jej na poważnie.

Sądząc po rezultatach twojego ostatniego śnienia na jawie, mogę powiedzieć, że zgromadziłaś wystarczająco dużo energii, odchodząc od swego zwykłego ,ja". – Poklepała mnie po ramieniu i odwróciła się. – Spotkamy się w kuchni – szepnęła.

Drzwi do kuchni były szeroko otwarte, ale ze środka nie dochodził żaden dźwięk.

– Florinda? – szepnęłam.

W odpowiedzi na moje wołanie rozległ się cichy śmiech, ale nikogo nie zauważyłam. Kiedy tylko moje oczy przyzwyczaiły się do półcienia, zobaczyłam Florindę i Nelidę siedzące przy stole. Ich twarze były nienaturalnie wyraziste w przyćmionym świetle. Jednakowe włosy, oczy, nosy i usta lśniły jak rozświetlone jakimś wewnętrznym światłem. Ich podobieństwo było przedziwne.

– Jesteście takie piękne, że aż przerażające – powiedziałam, zbliżając się do nich.

Kobiety popatrzyły po sobie, jakby sprawdzając moje słowa, po czym wybuch-nęły niepokojącym śmiechem. Dziwny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Zanim zdążyłam skomentować ich śmiech, Nelida skinęła na mnie, bym usiadła na wolnym krześle koło niej.

Wzięłam głęboki oddech. Siadając powiedziałam sobie, że muszę zachować spokój. W Nelidzie było pewne napięcie i szorstkość, które odbierały mi odwagę. Z wazy stojącej pośrodku stołu nalała mi talerz gęstej zupy.

– Chcę, żebyś wszystko zjadła – powiedziała, podsuwając mi masło i koszyczek z ciepłymi tortillami.

Umierałam z głodu. Rzuciłam się na jedzenie, jakbym od wielu dni nic nie miała w ustach. Zjadłam całą zupę z wazy i zmiotłam wszystkie tortille z masłem oraz trzy kubki gorącej czekolady.

Nasycona, opadłam na krzesło. Drzwi na podwórze były szeroko otwarte i chłodny powiew zmieniał cienie w kuchni. Zmierzch zdawał się trwać wiecznie. Niebo jeszcze było poznaczone kolorowymi smugami: cynobrem, głębokim błękitem, fioletem i złotem, a szczególna przejrzystość w powietrzu przybliżała odległe wzgórza. Jakby powodowana jakąś wewnętrzną siłą, noc wystrzeliła prosto z ziemi. Cienie drzew owocowych, rytmicznie i z wdziękiem poruszające się na wietrze, pchnęły mrok w niebo.

Wtedy do pokoju wpadła Esperanza i postawiła na stole zapaloną lampę naftową. Spojrzała na mnie, nie mrugając oczami, jakby miała problemy ze skupieniem wzroku. Sprawiała takie wrażenie, jakby wciąż pochłaniałająjakaś tajemnica nie z tego świata, jakby nie do końca była obecna w tym pokoju. Potem jej spojrzenie stopniało i uśmiechnęła się jakby wiedziała, że wróciła z dalekiej podróży.

– Mój esej! – wykrzyknęłam, odkrywając luźne kartki i mój notes, które trzymała pod pachą.

Uśmiechając się szeroko, Esperanza podała mi notatki.

Z zapałem zaczęłam je przeglądać i roześmiałam się na głos widząc strony zapełnione dokładnymi i szczegółowymi instrukcjami – w połowie po hiszpańsku, w połowie po angielsku – j ak dalej pisać mój ą pracę semestralną. Charakter pisma niezaprze-czenie należał do mnie.

– Wszystko tu jest – powiedziałam podekscytowana. – To samo widziałam we śnie. – Na myśl, że mogłabym bez większego trudu przejść przez studia doktoranckie, zupełnie zapomniałam o swoim wcześniejszym niepokoju.

– Dobrej pracy semestralnej nie można napisać na skróty – powiedziała Esperanza. – Nawet przy pomocy czarnoksięstwa. Powinnaś wiedzieć, że bez wstępnej lektury, robienia notatek, pisania i przepisywania, nigdy nie zdołasz dostrzec w śnieniu struktury i porządku swojej pracy semestralnej.

Bez słowa pokiwałam głową. Mówiła z taką autorytatywnością, że nie wiedziałam, co powiedzieć.

– A dozorca? – zdołałam wreszcie spytać. – Był w młodości profesorem? Nelida i Florinda odwróciły się do Esperanzy, jakby odpowiedź zależała od niej.

– Tego nie wiem – odparła Esperanza wymijająco. – Nie mówił ci, że jest czarownikiem zakochanym w ideach? – Przez chwilę milczała, po czym dodała cicho: – Kiedy nie opiekuje się naszym czarodziejskim światem, jak przystało na dozorcę, czyta.


– Poza książkami – przyłączyła się Nelida – czyta niezliczoną liczbę czasopism naukowych. Mówi kilkoma językami, więc jest na bieżąco we wszystkich aktualnościach. Delia i Clara sąjego asystentkami. Nauczył je angielskiego i niemieckiego.

– Czy ta biblioteka w waszym domu należy do niego? – spytałam.

– Należy do nas wszystkich – powiedziała Nelida. – Jestem jednak pewna, że poza Yincentem tylko on przeczytał każdą książkę, która stoi tam na regale. – Widząc niedowierzanie malujące się na mojej twarzy, doradziła mi, żebym nie dała się zwieść pozorom odnośnie ludzi w świecie czarowników. – Aby osiągnąć pewien poziom wiedzy, czarownicy pracuj ą dwukrotnie ciężej niż zwykli ludzie – zapewniła mnie. – Muszą zrozumieć świat codzienny, a także świat magiczny. W tym celu muszą być wysoce wyrobieni i wyrafinowani – zarówno umysłowo, jak i fizycznie.

– Spojrzała na mnie zwężonymi oczami i zaśmiała się cicho. – Przez trzy dni pracowałaś nad swoim esejem – wyjaśniła. – Pracowałaś bardzo ciężko, prawda? – Poczekała na moje potwierdzenie, po czym dodała, że śniąc na jawie pracowałam nad esejem jeszcze ciężej niż na jawie.

– Wcale nie – zaprzeczyłam czym prędzej. – To było zupełnie łatwe i proste.

– Wyjaśniłam, że zobaczyłam nową wersję eseju, jaka zajęła miejsce starej, i tylko spisałam ją na papierze.

– Potrzebna ci do tego była cała siła, jaką miałaś – utrzymywała Nelida. – Śniąc na jawie skierowałaś całą energię na jeden cel. Cała twoja uwaga i wysiłek skupiły się na dokończeniu eseju. W tamtej chwili nic poza tym nie miało dla ciebie znaczenia. Żadne inne myśli nie zakłócały twojej pracy.

– A czy dozorca śnił na jawie czytając mój esej? – spytałam. – Czyja widziałam to samo, co on?

Nelida wstała i powoli podeszła do drzwi. Przez dłuższą chwilę spoglądała w mrok, po czym wróciła do stołu. Szepnęła coś Esperanzie, czego nie usłyszałam, i z powrotem usiadła.

Esperanza zaśmiała się cicho i powiedziała, że dozorca zobaczył co innego w moim eseju niż to, co ja zobaczyłam i spisałam.

– Co jest zupełnie naturalne, gdyż ma o wiele rozległejszą wiedzę niż ty. – Patrzyła na mnie ruchliwymi, ciemnymi oczami, które sprawiły, że reszta jej twarzy sprawiała wrażenie martwej. – Kierując się jego sugestiami i własnymi umiejętnościami, zobaczyłaś, jak powinien wyglądać twój esej. I to właśnie spisałaś.

– Śniąc na jawie mamy dostęp do ukrytych zasobów, z których normalnie nie korzystamy – powiedziała Nelida, a potem wyjaśniła, że w chwili, gdy ujrzałam swój esej, przypomniałam sobie wskazówki od dozorcy. Widząc niedowierzanie na mojej twarzy przypomniała mi, co dozorca powiedział o moim eseju: – Za dużo przypisów, za dużo cytatów i niechlujnie rozwinięte idee. – Z jej oczu emanowało współczucie i rozbawienie, kiedy dodała, że ponieważ śniłam i nie jestem taka głupia, jaką udaję, natychmiast zobaczyłam wszystkie rodzaje powiązań i skojarzeń, których przedtem nie zauważyłam w swoim materiale. Czekając na moją reakcję pochyliła się ku mnie z półuśmiechem igrającym na ustach.

– Najwyższy czas, żebyś się dowiedziała, co sprawiło, że ujrzałaś lepszą wersję swej pracy. – Esperanza się wyprostowała i mrugnęła do mnie, jakby chciała podkreślić, że zaraz odsłoni przede mną jakąś wielką tajemnicę. – Śniąc na jawie mamy dostęp do wiedzy bezpośredniej.

Dojrzałam rozczarowanie w jej oczach, kiedy mi się przyglądała.

– Nie bądź taka tępa! – niecierpliwie warknęła Nelida. – Dzięki śnieniu na jawie powinnaś sobie uświadomić, że jak wszystkie kobiety, masz unikalną zdolność bezpośredniego nabywania wiedzy.

Esperanza uciszyła ją ruchem ręki i powiedziała:

– Wiedziałaś, że jedną z podstawowych różnic między mężczyznami a kobietami jest ich podejście do wiedzy?

Nie miałam pojęcia, o czym mówi. Powoli i z namysłem wydarła czystą kartkę z mojego notesu i narysowała dwie sylwetki. Jedną głowę zwieńczyła stożkiem i powiedziała, że to mężczyzna. Na drugiej głowie narysowała taki sam stożek, ale do góry nogami, i powiedziała, że to kobieta.

– Mężczyźni zdobywają wiedzę krok po kroku – wyjaśniła, wskazując ołówkiem postać ze stożkiem na głowie. – Mężczyźni sięgają w górę, pną się ku wiedzy. Czarownicy mówią, że mężczyźni idą ku duchowi, ruchem stożkowym zmierzają do wiedzy. Ten proces ogranicza mężczyzn w tym, co mogą osiągnąć. – Obrysowała stożek na pierwszej postaci. – Jak widzisz, mężczyźni mogą osiągnąć tylko pewną wysokość. Ich droga ku wiedzy kończy się w wąskim miejscu: na czubku tego stożka. – Spojrzała na mnie ostro. – Uważaj – ostrzegła mnie i wskazała ołówkiem drugą postać, tę ze stożkiem odwróconym do góry nogami. – Jak widzisz, ten stożek jest odwrócony do góry dnem, jest otwarty jak lejek. Kobiety potrafią otworzyć się bezpośrednio na źródło, czy też raczej to źródło dosięga ich w sposób bezpośredni, przez szeroką podstawę stożka. Czarownicy mówią, że związek kobiet z wiedząjest ekspansywny. Z drugiej strony, związek mężczyzn z wiedzą jest bardzo ograniczony.

Mężczyźni są ściśle związani z konkretami – ciągnęła – i zmierzają ku abstraktowi. Kobiety są ściśle związane z abstraktem, lecz próbują oddawać się konkretom.

– Dlaczego kobiety, skoro są tak otwarte na wiedzę czy abstrakt, uważa się za gorsze? – przerwałam jej.

Esperanza spojrzała na mnie, urzeczona. Wstała szybko, przeciągnęła się jak kot, aż zatrzeszczały jej wszystkie stawy, po czym usiadła z powrotem.

– To, że kobiety uważa się za gorsze albo co najwyżej to, iż cechy kobiece zrównuje się do poziomu uzupełniających cechy męskie, ma związek z tym, w jaki sposób mężczyźni i kobiety podchodzą do wiedzy – wyjaśniła. – Ogólnie rzecz biorąc, kobiety bardziej interesuje władza nad sobą niż nad innymi, której to władzy oczywiście pożądają mężczyźni.

– Nawet wśród czarowników – wtrąciła Nelida, a wszystkie kobiety się roześmiały.

Następnie Esperanza powiedziała, że początkowo kobiety nie widziały potrzeby

wykorzystywania swej umiejętności do tego, by bezpośrednio połączyć się z duchem.


Nie widziały potrzeby rozmawiania o tej naturalnej umiejętności, starczało im bowiem wykorzystywanie jej w działaniu i sama świadomość, że j ą posiadaj ą.

– Niezdolność mężczyzn do bezpośredniego połączenia się z duchem doprowadziła ich do roztrząsania procesu osiągania wiedzy – podkreśliła. – Ciągle o tym mówią. I to właśnie ten upór przy odkrywaniu, w jaki sposób dążą do ducha, przy analizowaniu tego procesu obdarzył ich pewnością, że racjonalizm to typowo męska cecha.

Wytłumaczyła, że konceptualizacja rozumu dokonywana jest jedynie przez mężczyzn i że dzięki niej mężczyźni pomniejszaj ą talenty i osiągnięcia kobiet. I, co gorsza, dzięki niej mężczyźni wykluczają cechy przypisywane kobietom w trakcie formułowania ideałów rozumu.

– Oczywiście teraz już kobiety wierzą w to, co zostało zdefiniowane specjalnie dla nich – powiedziała z naciskiem. – Są wychowywane tak, by wierzyć, że tylko mężczyźni mogą myśleć i postępować w sposób racjonalny i spójny. Mężczyźni zaś przejęli niezasłużony majątek, który automatycznie ich stawia na wyższej pozycji – niezależnie od ich przygotowania i talentu.

– W jaki sposób kobiety utraciły to bezpośrednie powiązanie z wiedzą? – spytałam.

– Kobiety nie utraciły tego związku – poprawiła mnie Esperanza. – Wciąż mają bezpośrednie powiązanie z duchem. Zapomniały tylko, jak go używać, czy też raczej przyjęły założenie mężczyzn, że w ogóle go nie posiadają. Przez tysiące lat mężczyźni robili, co mogli, żeby kobiety o nim zapomniały. Weźmy na przykład Świętą Inkwizycję. Była to systematyczna czystka, która miała na celu wykorzenić przekonanie, że kobiety maj ą bezpośrednie powiązanie z duchem. Cała zorganizowana religia to nic innego jak tylko bardzo udany manewr, by umieścić kobiety na gorszej pozycji. Religie odwołują się do boskiego prawa, które głosi, że kobiety są czymś gorszym.

Spojrzałam na nią ze zdumieniem, zastanawiając się, jak to możliwe, że jest taką erudytką.

– Potrzeba mężczyzn do tego by dominować nad innymi i brak potrzeby u kobiet, aby wyrażać czy formułować to, co wiedzą i w jaki sposób osiągają tę wiedzę, to najbardziej niegodziwy sojusz – ciągnęła Esperanza. – Dzięki niemu kobiety od chwili swoich narodzin są zmuszane do myślenia, że spełnienie ogranicza się do zajmowania się domem, do miłości, małżeństwa, posiadania dzieci i wypierania własnych potrzeb. Kobiety zostały wykluczone z dominujących form myśli abstrakcyjnej i nauczone zależności. Tak silnie im wpojono przekonanie, że mężczyźni muszą za nie myśleć, że w końcu kobiety zupełnie przestały myśleć.

– Kobiety potrafią myśleć – przerwałam jej.

– Kobiety potrafią formułować to, czego się nauczyły – poprawiła mnie. – A to, czego się nauczyły, zostało określone przez mężczyzn. Mężczyźni definiują samą naturę wiedzy, z której wykluczyli wszystko, co kobiece. A jeśli coś pozostało, to zawsze przedstawiane jest w złym świetle. A kobiety to zaakceptowały.

– Jesteś zacofana—wtrąciłam. – W dzisiej szych czasach kobiety mogą robić wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Mająrównie duży dostęp do centrów nauki i do większości miejsc pracy, co mężczyźni.

– Ale jest to całkowicie pozbawione znaczenia, gdyż kobiety nie mają systemu wspierającego, bazy wsparcia – stwierdziła Esperanza. – Jaką wartość ma to, że kobiety mają dostęp do tego samego, co mężczyźni, skoro i tak są uważane za istoty gorsze, które muszą przejmować postawy i sposób zachowania mężczyzn, jeśli chcą osiągnąć sukces? Prawdziwy sukces odnoszą prawdziwi neofici. I oni spoglądają z góry na kobiety.

Zdaniem mężczyzn macica ogranicza kobiety zarówno umysłowo, jak i fizycznie. Z tego powodu kobietom, chociaż mają dostęp do wiedzy, nie pozwala się pomagać w określaniu, czym jest wiedza.

Weźmy na przykład filozofów – zaproponowała. – Myślicieli. Niektórzy z nich wściekle walczą z kobietami. Inni są bardziej subtelni i przyznają, że kobiety mogłyby być równie zdolne, co mężczyźni, gdyby nie fakt, że kobiet nie interesują poszukiwania racjonalne. A nawet jeżeli interesują, to nie powinny. Kobiecie bowiem bardziej wypada być wierną swej naturze: naturze dającej pożywienie, zależnej towarzyszki mężczyzny.

Esperanza powiedziała to wszystko z niekwestionowaną autorytatywnością. Mnie jednak, w ciągu paru chwil, ogarnęły wątpliwości.

– Skoro wiedza jest tworzona jedynie przez mężczyzn, to skąd twój upór, bym chodziła do szkoły? – spytałam.

– Stąd, że jesteś czarownicą i jako taka musisz wiedzieć, co i jak w ciebie uderza – odparła. – Zanim się z czymś nie zgodzisz, musisz wiedzieć, dlaczego się z tym nie zgadzasz.

Widzisz, problem polega na tym, że w naszych czasach wiedza pochodzi z rozumowania. Kobiety idą jednak inną drogą, której nigdy, przenigdy nie brało się pod uwagę. Droga ta może się przyczynić do powiększenia wiedzy, lecz musiałby to być wkład nie mający nic wspólnego z rozumowaniem.

– W takim razie z czym miałby być związany? – spytałam.

– O tym już ty musisz zdecydować, kiedy opanujesz do mistrzostwa narzędzia rozumowania i rozumienia. Miałam mętlik w głowie.

– Czarownicy twierdzą – wyjaśniła – że mężczyźni nie mają wyłącznego prawa do rozumowania. Obecnie wydaje się, że je mają, bo tereny, na których stosuj ą rozumowanie, to tereny, gdzie przeważają mężczyźni. Zastosujmy więc rozum na terenie, gdzie przeważają kobiety. A terenem tym jest, naturalnie, odwrócony stożek, który ci opisałam. Związek kobiet z samym duchem.

Lekko przechyliła głowę na bok, zastanawiając się, co powiedzieć.

– Na związek ten należy spojrzeć wykorzystując inny aspekt rozumowania. Aspekt nie używany nigdy przedtem: kobiecą stronę rozumowania – powiedziała.

– Co to jest kobieca strona rozumowania, Esperanzo?


– Och, to wiele rzeczy. Niewątpliwie jednąz nich jest śnienie. – Spojrzała na mnie pytająco, ja jednak nie miałam nic do powiedzenia. Zaskoczył mnie jej chichot.

– Wiem, czego oczekujesz od czarowników. Chcesz rytuałów, zaklęć. Dziwacznych, tajemniczych kultów. Chcesz śpiewów. Chcesz zjednoczenia z naturą. Chcesz połączenia z duchami wody. Chcesz pogaństwa. Romantyczna wizja czarnoksięstwa. Bardzo germańska.

By skoczyć w to, co nieznane – ciągnęła – musisz mieć śmiałość i umysł. Tylko z nimi zdołasz wytłumaczyć sobie i innym skarby, które być może znajdziesz. – Pochyliła się w moją stronę, najwyraźniej chcąc coś wyznać. Podrapała się w głowę, kichnęła parokrotnie, pięć razy – tak jak kiedyś dozorca. – Musisz postępować zgodnie ze swoją magiczną stroną – powiedziała.

– To znaczy?

– Za pomocą macicy. – Powiedziała to tak obojętnie i spokojnie, jakby nie obchodziła jej moja reakcja, że prawie nie zwróciłam na to uwagi. Nagle, uświadamiając sobie absurdalność jej uwagi, wyprostowałam się i popatrzyłam po innych.

– Macica! – powtórzyła Esperanza. – Macica to najważniejszy organ kobiety. To właśnie macica daje kobietom tę dodatkową ostrość, dodatkową siłę do skanalizowania energii.

Wytłumaczyła, że mężczyźni, w swej pogoni za supremacją, zredukowali tajemną moc kobiety, jej macicę, do ściśle biologicznego organu, którego jedyną funkcją jest reprodukcja, noszenie nasienia mężczyzny.

Jak na jakiś znak, Nelida wstała, obeszła stół i stanęła za mną.

– Znasz historię Zwiastowania? – szepnęła mi do ucha. Chichocząc, odwróciłam się do niej.

-Nie.

Tym samym poufnym szeptem powiedziała, że w tradycji judeochrześcijań-skiej tylko mężczyźni słyszą głos Boga. Kobiety zostały odsunięte od tego przywileju – z wyjątkiem Maryi Panny.

Nelida powiedziała, że anioł szepczący do Maryi był oczywiście czymś naturalnym. Nienaturalny zaś był fakt, że anioł powiedział Maryi tylko tyle, iż będzie nosiła Syna Bożego. Jej macica nie otrzymała potrzebnej wiedzy, jedynie obietnicę otrzymania nasienia Boga. Boga-mężczyzny, który z kolei zrodził kolejnego mężczyznę.

Chciałam pomyśleć, zastanowić się nad wszystkim, co usłyszałam, ale w głowie aż mi się kręciło.

– A czarownicy-mężczyźni? – spytałam. – Nie mająmacicy, a jednak wyraźnie są połączeni z duchem.

Esperanza spojrzała na mnie z nie ukrywaną przyjemnością, po czym zerknęła przez ramię, jakby się bała, że ktoś ją podsłucha, i szepnęła:

– Czarownicy umieją zjednoczyć się z intencją, z duchem, dlatego, że porzucili dokładnie to, co określa męskość. I nie sąjuż mężczyznami.

XVII

Isidoro Baltazar chodził w tę i z powrotem po pokoju jakoś inaczej niż wtedy, gdy tak jak zwykle przemierzał swoją prostokątną pracownię. Przedtem jego chodzenie zawsze mnie uspokajało. Tym razem jednak jego kroki rozbrzmiewały niepokojącym, dziwnie złowieszczym dźwiękiem. Na myśl przyszedł mi tygrys czający się w krzakach – jeszcze nie gotowy, by rzucić się na swą ofiarę, wyczuwający, że coś jest nie tak.

Podniosłam wzrok znad swojej pracy i już miałam go spytać, co się dzieje, kiedy powiedział:

– Jedziemy do Meksyku!

Rozśmieszył mnie. Jego burkliwy i poważny ton sprowokował mnie do zadania żartobliwego pytania:

– Chcesz się tam ze mną ożenić?

Rzucił mi gniewne spojrzenie i raptownie się zatrzymał.

– To nie żarty – warknął ze złością. – Mówię poważnie. – Kiedy tylko wypowiedział te słowa, uśmiechnął się i pokręcił głową. – Co ja wyprawiam? – spytał, gestykulując w żartobliwy, bezradny sposób. – Złoszczę się na ciebie, jakbym miał na to czas. Co za wstyd! Nagual Juan Matus ostrzegał mnie, że do samego końca zostajemy idiotami.

Przytulił mnie gorączkowo, jakbym właśnie wróciła po długiej nieobecności.

– Nie uważam, żeby mój wyjazd do Meksyku był dobrym pomysłem – powiedziałam.

– Odwołaj wszystkie sprawy. Nie mamy czasu. – Mówił jak wojskowy wydający rozkazy. A ja byłam w dobrym nastroju. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odparować: – Jawohl, mein Gruppenfuehrer!

Rozluźnił się i roześmiał.

Kiedy jechaliśmy do Arizony, nagle ogarnęło mnie jakieś przedziwne uczucie. Było to odczucie cielesne, prawie jak dreszcz, które rozciągało się od mojej macicy na całe ciało i wywołało gęsią skórkę: świadomość, że coś jest nie tak. W uczuciu tym znajdował się nowy element, z jakim się nigdy wcześniej nie zetknęłam: absolutna pewność, bez zastanawiania się, czy mam rację, czy też się mylę.

– Właśnie miałam przeczucie. Co jest nie tak! – powiedziałam, wbrew woli podnosząc głos.

Isidoro Baltazar pokiwał głową, po czym powiedział rzeczowym tonem:

– Czarownicy odchodzą.

– Kiedy?! – krzyknęłam mimowolnie.

– Może jutro albo pojutrze – odparł. – Albo za miesiąc, ale ich odejście jest nieuchronne.

Wzdychając z ulgą, opadłam na fotel i rozluźniłam się.

– Od dnia, kiedy ich poznałam, czyli od ponad trzech lat, mówią, że odchodzą – wymruczałam, chociaż czułam, że nie powinnam tak mówić.


Isidoro Baltazar odwrócił się i spojrzał na mnie, na jego twarzy malowała się czysta dezaprobata. Widziałam, z jakim wysiłkiem ukrywa niezadowolenie. Uśmiechnął się, poklepał mnie po kolanie i powiedział cicho:

– W świecie czarowników nie możemy aż tak opierać się na faktach. Jeżeli czarownicy powtarzają coś aż do znudzenia, to dlatego, że chcą cię do tego przygotować. – Na chwilę wbił we mnie twardy wzrok i dodał: – Nie myl ich magicznego zachowania ze swoim idiotycznym zachowaniem.

Bez słowa kiwnęłam głową. Jego stwierdzenie nie rozzłościło mnie. Za bardzo się bałam. Siedziałam cicho.

Podróż minęła w okamgnieniu, a przynajmniej tak mi się wydawało. Na zmianę spaliśmy i prowadziliśmy, i koło południa następnego dnia znaleźliśmy się w domu czarownic. W chwili, gdy zgasł silnik samochodu, oboje wyskoczyliśmy, zatrzasnęliśmy za sobą drzwi i pobiegliśmy do domu.

– Na czym polega ta zabawa? – spytał dozorca. Stał w drzwiach, najwyraźniej zdumiony naszym niespodziewanym i głośnym przybyciem. – Bijecie się, czy bawicie? – Spojrzał na Isidoro Baltazara, a potem przeniósł wzrok na mnie. – Jejku! Ale pędzicie.

– Kiedy wyjeżdżacie? Kiedy wyjeżdżacie? – zaczęłam powtarzać mechanicznie, nie mogąc już dłużej pohamować rosnącego niepokoju i lęku.

Dozorca, śmiejąc się, poklepał mnie uspokajająco po plecach i powiedział:

– Nigdzie nie jadę. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. – Jego słowa brzmiały dość szczerze, ale nie uwolniły mnie od niepokoju.

Zbadałam wzrokiem jego twarz, oczy, by sprawdzić, czy odkryję kłamstwo. Dojrzałam tylko dobroć i szczerość. Kiedy sobie uświadomiłam, że Isidoro Baltazar już koło mnie nie stoi, znowu się spięłam. Zniknął bezszelestnie i szybko jak cień.

Widząc moje podenerwowanie, dozorca ruchem brody wskazał dom. Usłyszałam głos Isidoro Baltazara, podniesiony jak w proteście, a potem jego śmiech.

– Są wszyscy? – spytałam, usiłując wyminąć dozorcę.

– Są w środku – odparł, blokując drogę rozpostartymi rękoma. – W tej chwili nie możesz się z nimi zobaczyć. – Widząc, że chcę zaprotestować, dodał: – Nie spodziewają się ciebie. Chcą, żebym najpierw z tobą porozmawiał. – Wziął mnie za rękę i odprowadził od drzwi. – Chodźmy za dom i pozbierajmy liście – zaproponował. – Spalimy je i zostawimy popiół dla wodnych wróżek. Może przemienia go w złoto.

W ogóle nie rozmawialiśmy, grabiąc liście na sterty, ale aktywność fizyczna, dźwięk grabi skrobiących ziemię, uspokoiły mnie.

Wydawało mi się, że już od paru godzin tak grabimy i palimy liście, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że na podwórzu znajduje się ktoś jeszcze. Szybko odwróciłam głowę i zobaczyłam Florindę. Ubrana w białe spodnie i kurtkę, jak duch siedziała na ławce pod drzewem zapote. Jej twarz ocieniał słomkowy kapelusz z szerokim rondem, a w ręku trzymała koronkowy wachlarz. Nie wyglądała jak człowiek i sprawiała wrażenie tak odległej, że stałam nieruchomo, zupełnie oszołomiona.

Zastanawiając się, czy uzna moją obecność, zrobiłam parę niepewnych kroków w jej stronę. Zauważywszy, że w żaden sposób nie rejestruje mojej obecności, przystanęłam niezdecydowanie. Nie dlatego, że nie chciałam, by mnie odprawiła, czy zlekceważyła. Raczej to jakaś nieokreślona, a jednak nieświadomie rozumiana zasada sprawiła, że powstrzymałam się przed zwróceniem na siebie jej uwagi.

Kiedy jednak obok Florindy na ławce usiadł dozorca, sięgnęłam po grabie oparte o drzewo i zbliżyłam się do tej dwójki. Uśmiechając się z roztargnieniem, dozorca podniósł wzrok i spojrzał na mnie, ale nadal był skupiony na tym, co mówiła Flo-rinda. Rozmawiali w języku, którego nie rozumiałam. Słuchałam ich jednak, jak pogrążona w transie. Nie wiedziałam, czy to przez ten język, czy z powodu uczucia, jakim darzyła staruszka, ale jej ochrypły głos był teraz niezwykle miękki, dziwny i uporczywie czuły.

Raptownie podniosła się z ławki. Niczym pociągana przez jakiś ukryty sznurek, jak koliber zygzakiem przeszła przez polanę, na chwilę zatrzymując się przy każdym drzewie, dotykając to liścia, to kwiatu.

Podniosłam rękę, by zwrócić na siebie jej uwagę, ale mój wzrok przyciągnął intensywnie niebieski motyl, rzucający niebieskie cienie w powietrzu. Leciał wprost na mnie i wylądował na mojej dłoni. Szerokie, drżące skrzydła się rozpostarły, a ich cień położył się na moich palcach. Motyl potarł główkę nóżkami, parę razy rozłożył i złożył skrzydła i znowu odleciał, pozostawiając na moim środkowym palcu pierścionek w kształcie trójkątnego motyla.

Pewna, że doznałam jedynie optycznego złudzenia, kilka razy potrząsnęłam głową.

– To jakaś sztuczka, prawda? – spytałam dozorcę drżącym głosem. – To złudzenie optyczne?

Dozorca pokręcił głową, a na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.

– Piękny pierścionek – powiedział, ujmując moją dłoń. – Wspaniały prezent.

– Prezent – powtórzyłam. Na moment ogarnęło mnie jakieś przeczucie, ale szybko zniknęło, zostawiając mętlik w mojej głowie. – Kto mi założył ten pierścionek? – spytałam, spoglądając na klejnot. Filigranowe czułki i cienki, wydłużony odwłok dzielący trójkąt, były wykute z białego złota i wysadzane maleńkimi brylancikami.

– Nie zauważyłaś przedtem tego pierścionka? – spytał dozorca.

– Przedtem? – powtórzyłam, zdezorientowana. – Przed czym?

– Nosisz go, odkąd go dostałaś od Florindy – odparł.

– Ale kiedy? – spytałam, podnosząc rękę do ust, by zdusić okrzyk zaskoczenia i przerażenia. – Nie pamiętam, żeby Florinda mi go dawała – wymamrotałam bardziej do siebie, niż do niego. – 1 dlaczego go wcześniej nie zauważyłam?

Dozorca wzruszył ramionami, jakby nie potrafił wytłumaczyć mojego przeoczenia i zasugerował, że może go nie zauważyłam, bo był dobrze dopasowany do mojego palca. Już miał dodać coś jeszcze, ale urwał i zaproponował, żebyśmy zagrabili jeszcze trochę liści.

– Nie mogę – powiedziałam. – Muszę porozmawiać z Florinda.


– Naprawdę? – Zadumał się, jakby usłyszał jakiś absurdalny i może nawet szalony pomysł, ale nie spróbował mi tego wyperswadować. – Poszła na spacer – wyjaśnił, wskazując brodą ścieżkę prowadzącą na wzgórza.

– Dogonię ją – stwierdziłam. Widziałam jej odzianą w biel postać co jakiś czas wyłaniającą się zza wysokiego chaparralu w oddali.

– Idzie daleko – ostrzegł mnie dozorca.

– Nie ma problemu – zapewniłam go.

Pobiegłam za Florindą, ale zwolniłam, zanim ją dogoniłam.

Pięknie chodziła. Poruszała się energicznie, jak sportowiec, bez wysiłku, z wyprostowanymi plecami.

Wyczuwając moją obecność, zatrzymała się gwałtownie, odwróciła i wyciągnęła ręce w powitalnym geście.

– Jak się masz, kochanie? – powiedziała, spoglądając na mnie. Jej schrypnięty głos był jasny, wyraźny i bardzo dźwięczny.

Chcąc jak najszybciej poznać prawdę o pierścionku, nawet porządnie się z nianie przywitałam. Spytałam, czy założyła mi ten pierścionek na palec.

– Jest teraz mój? – spytałam.

– Tak – odparła. – Słusznie ci się należy. – W jej głosie brzmiała pewność, która jednocześnie mnie zachwycała i przerażała. Mimo wszystko nawet mi nie przyszło do głowy, żeby odmówić przyjęcia tak kosztownego prezentu.

– Czy ten pierścionek ma jakieś magiczne moce? – spytałam, ustawiając rękę pod światło, aż każdy z kamyków zalśnił oślepiającym blaskiem.

– Nie. – Roześmiała się. – Nie ma żadnych mocy. Ale to wyjątkowy pierścionek. Nie z powodu swojej wartości czy dlatego, że należał do mnie, ale ponieważ osoba, która go zrobiła, była niezwykłym nagualem.

– Był jubilerem? – dopytywałam się. – To ta sama osoba, która stworzyła tamte dziwne figurki w pokoju dozorcy?

– Ta sama – odparła. – Ale nie był jubilerem. Ani rzeźbiarzem. Rozśmieszała go sama myśl, że ktoś mógłby go uznawać za artystę. Mimo to każdy, kto widział jego prace nie mógł się oprzeć myśli, że tylko artysta potrafiłby stworzyć tak niezwykłe dzieła.

Florindą cofnęła się o parę kroków i zaczęła błądzić wzrokiem po wzgórzach, jakby szukała w oddali wspomnień. Potem znowu się do mnie odwróciła i ledwo słyszalnym szeptem powiedziała, że wszystko, co stworzył ten nagual, czy to pierścionek, czy mur z cegieł, płytki na podłodze, tajemnicze wynalazki, czy po prostu tekturowe pudło, nieodmiennie okazywało się niezwykłym dziełem nie tylko w kategoriach biegłego rzemiosła, ale również dlatego, iż było przepełnione czymś nie-wysłowionym.

– Skoro tak niezwykły człowiek zrobił ten pierścionek, to musiał go obdarzyć jakąś mocą. – Uparłam się.

– Pierścionek sam w sobie nie ma żadnych mocy, niezależnie od tego, kto go zrobił – zapewniła mnie Florindą. – Moc leży w tworzeniu. Nagual, który go stworzył, był tak

zjednoczony z tym, co czarownicy nazywają intencją, że mógł wyprodukować ten cudowny klejnot, nie będąc jubilerem. Pierścionek ten był aktem czystej intencji.

Nie chcąc wyjść na idiotkę, nie śmiałam się przyznać, że nie mam zielonego pojęcia, co rozumie przez intencję. Spytałam ją więc, co ją skłoniło do zrobienia mi tak wspaniałego prezentu.

– Myślę, że na niego nie zasługuję – dodałam.

– Będziesz używać tego pierścionka do zjednoczenia się z intencją– powiedziała. Na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech, kiedy dodała: – Ale oczywiście ty już coś wiesz o jednoczeniu się z intencją.

– Nic nie wiem o czymś takim – wymamrotałam defensywnym tonem, po czym wyznałam, że naprawdę nie wiem, czym jest intencja.

– Możesz nie znać znaczenia tego słowa – powiedziała bezceremonialnie – ale coś w tobie wie, jak odblokować tę siłę. – Przybliżyła głowę do mojej i szepnęła, że zawsze używałam intencji do przenoszenia się ze snu w rzeczywistość lub by przenieść sen – czymkolwiek był – w rzeczywistość. Zerknęła na mnie wyczekująco, niewątpliwie spodziewając się, że wyciągnę z tego oczywiste wnioski. Widząc moją ogłupiałą minę, dodała: – Zarówno wynalazki w pokoju dozorcy, jak i pierścionek, zostały stworzone w snach.

– Nadal nie rozumiem – poskarżyłam się.

– Wynalazki cię przerażają – powiedziała spokojnie. – A pierścionek zachwyca. Ponieważ to sny, z łatwością może być na odwrót...

– Przerażasz mnie, Florindo. Co masz na myśli?

– Kochanie, to świat snów. Uczymy cię, jak je wywoływać samodzielnie. – Jej ciemne, lśniące oczy przez chwilę wpatrywały się w moje, po czym dodała: – Wszyscy czarownicy ze strony naguala Mariano Aureliano pomagają ci wkroczyć do tego świata i w nim zostać.

– Czy to jakiś inny świat? Czy też ja sama jestem inna?

– Jesteś taka sama, ale w innym świecie. – Przez chwilę milczała, po czym przyznała, że mam więcej energii niż przedtem. – Energii, która pochodzi z twoich oszczędności z pożyczki, jakiej udzieliliśmy ci wszyscy.

Jej bankowa metafora była dla mnie bardzo zrozumiała. Jednak wciąż jeszcze nie potrafiłam pojąć, co rozumie przez inny świat.

– Rozejrzyj się! – wykrzyknęła, rozkładając szeroko ręce. – To nie jest świat życia codziennego. – Zamilkła na długi czas, po czym głosem zniżonym do łagodnego mruczenia dodała: – Czy w świecie spraw codziennych motyle mogą się przemieniać w pierścionki? W świecie, który został bezpiecznie i rygorystycznie stworzony przez role wyznaczone nam wszystkim?

Nie znajdywałam na to odpowiedzi. Rozejrzałam się wokół, spojrzałam na drzewa, na krzaki, na góry w oddali. Wciąż umykało mi to, co rozumiała przez inny świat. W końcu przyszło mi do głowy, że różnica ta musi być czysto subiektywna.

– Nie jest! – zaprzeczyła Florindą, czytając w moich myślach. – To sen czarownika. Dostałaś się do niego, bo masz energię. – Spojrzała na mnie bezradnie i powiedzia


ła: – Nie istnieje żaden sposób, żeby nauczyć kobiety śnienia. Można je tylko wspierać, uświadomić im ogromny potencjał, jaki w sobie noszą.

Ponieważ dla kobiety śnienie to kwestia dysponowania pewną energią, ważne jest, by ją przekonać o potrzebie zmodyfikowania jej głęboko zakorzenionych przekonań społecznych po to, by kobieta mogła zdobyć tę energię. Akt wykorzystania tej energii jest automatyczny. Kobiety mogą mieć sny czarowników w chwili, gdy zdobędą tę energię.

Stwierdziła, że ważnym problemem odnośnie snów czarowników, jaki ma swoje źródło w jej własnych niedociągnięciach, są duże trudności w obdarzeniu kobiet odwagą niezbędną do wkroczenia na nowe obszary. Większość kobiet – a przyznała, że ona sama jest jedną z nich – woli bezpieczniejsze kajdany od tego, co nowe i nieznane.

– Śnienie przeznaczone jest tylko dla odważnych kobiet – szepnęła mi do ucha. Potem wybuchnęła głośnym śmiechem i dodała: – Albo dla tych kobiet, które nie mają innego wyboru, bo ich położenie jest nie do zniesienia – do tej kategorii należy najwięcej kobiet, nawet o tym nie wiedząc.

Dźwięk jej zachrypniętego śmiechu wywarł na mnie dziwny wpływ. Poczułam się tak, jakbym nagle się przebudziła z głębokiego snu i przypomniała sobie coś, o czym we śnie zupełnie zapomniałam.

– Isidoro Baltazar powiedział mi o waszym nieuchronnym wyjeździe. Kiedy wyjeżdżacie?

– Jeszcze nigdzie nie jadę. – Jej głos był stanowczy, ale pobrzmiewał w nim druzgocący smutek. – Twoja nauczycielka śnienia i ja zostajemy. Reszta odchodzi.

Nie zrozumiałam, co ma na myśli i, by ukryć swą dezorientację, wygłosiłam żartobliwą uwagę:

– Moja nauczycielka śnienia, Zulejka, w ciągu trzech lat nie odezwała się do mnie ani słowem. Nigdy ze mną nie rozmawiała. Tylko ty i Esperanza mnie prowadziłyście i uczyłyście.

Wokół nas zawibrował śmiech Florindy, radosny dźwięk, który przyniósł mi niewymowną ulgę, choć też i zaintrygował.

– Wytłumacz mi coś, Florindo – zaczęłam. – Kiedy mi dałaś ten pierścionek? Jak to się stało, że w jednej chwili grabiłam liście z dozorcą, a już w następnej miałam na palcu ten pierścionek?

Jej twarz promieniała radością, kiedy Florinda mi wyjaśniła, że grabienie liści to jedne z drzwi do snu czarowników – pod warunkiem, że ma się dość energii na przekroczenie progu. Ujęła moją dłoń i dodała:

– Dałam ci ten pierścionek, kiedy przekraczałaś próg, dlatego twój umysł nie zarejestrował tego aktu. Nagle, kiedy już śniłaś, odkryłaś pierścionek na palcu.

Spojrzałam na nią, zaciekawiona. W jej wywodach było coś, czego nie mogłam pochwycić, coś niejasnego, odległego.

– Wracajmy do domu – zaproponowała – i przekroczmy znowu próg. Może tym razem będziesz tego świadoma.

Wolno wróciłyśmy tą samą drogą, zbliżając się do domu od tyłu. Szłam parę kroków przed Florinda, więc doskonale wszystko widziałam. Przyglądałam się drzewom, płytkom na podłodze, ścianom, pragnąc wychwycić zmianę, czy cokolwiek, co mogłoby mi zdradzić moment przejścia.

Nie zauważyłam niczego, poza tym, że dozorcy już nie było na podwórzu. Odwróciłam się, żeby powiedzieć Florindzie, że najwyraźniej przegapiłam moment przejścia, ale nie znalazłam jej za sobą. Nie było jej w zasięgu mojego wzroku. Poszła sobie i zostawiła mnie zupełnie samą.

Weszłam do domu. Był, jak to się zdarzało już wcześniej, zupełnie opustoszały. Uczucie samotności już mnie nie przerażało, już nie miałam wrażenia, że zostałam opuszczona. Automatycznie poszłam do kuchni i zjadłam tamale z kurczakiem, które zostały w koszyku. Potem położyłam się w swoim hamaku i spróbowałam uporządkować myśli.

Obudziłam się i odkryłam, że leżę na rozkładanym łóżku, w małym, ciemnym pokoju. Rozejrzałam się rozpaczliwie szukając jakiegoś znaku, co się dzieje. Poderwałam się, kiedy zobaczyłam wielkie, poruszające się cienie, zaczajone koło drzwi. Chcąc sprawdzić, czy drzwi są otwarte i czy cienie dostały się do środka, sięgnęłam pod łóżko, wyjęłam nocnik – jakimś cudem wiedziałam, że się tam znajduje – i cisnęłam nim w cienie. Nocnik z niespodziewanie głośnym szczękiem wylądował na korytarzu.

Cienie zniknęły. Myśląc, że być może były on tylko wytworem mojej wyobraźni, wyszłam na korytarz. Spojrzałam z niezdecydowaniem na wysokie ogrodzenie z me-sąuite otaczające polanę. I w tej samej chwili, jak błyskawica, pojawiła się w mojej głowie myśl, że wiem już, gdzie jestem: stałam na tyłach małego domku.

Wszystkie te myśli szalały w mojej głowie, gdy szukałam nocnika, który potoczył się pod ogrodzenie. Kiedy się schyliłam, żeby go podnieść, zobaczyłam kojo-ta przeciskającego się przez szczelinę w ogrodzeniu. Odruchowo rzuciłam nocnikiem w zwierzę, lecz trafiłam w kamień. Nie przejmując się głośnym szczęknięciem ani moją obecnością, kojot przebiegł przez polanę. Parę razy zuchwale odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Jego futro lśniło jak srebro, krzaczasty ogon omiatał kamienie niczym czarodziejska różdżka. Każdy kamień, którego dotknął, ożywał. Kamienie z lśniącymi oczami zaczęły skakać i poruszać ustami, zadając pytania głosem zbyt cichym, bym mogła go usłyszeć.

Krzyknęłam. Kamienie zatrważająco szybko zbliżały się w moją stronę.

Od razu się zorientowałam, że śnię. “To jeden z moich koszmarów" – wymamrotałam pod nosem. “Potwory, strach i cała reszta". Przekonana, że gdy tylko rozpoznam problem i go nazwę, zneutralizuję jego wpływ na mnie, już miałam się poddać i przeżyć ten senny koszmar, kiedy usłyszałam głos:

– Wypróbuj tryb snów.

Obróciłam się na pięcie. Pod ogrodzeniem stała Esperanza, zajmując się ogniem rozpalonym na platformie wzniesionej z trzciny grubo pokrytej błotem. Wyglądała


dziwnie i obco w połyskującym, tańczącym świetle ogniska, jakby dzieliła ją ode mnie odległość nie mająca nic wspólnego z przestrzenią.

– Nie bój się – rozkazała mi. Potem obniżyła głos do mruczenia i powiedziała: – Wszyscy śnimy sny innych, ale teraz nie śnisz. – Na mojej twarzy musiało się pojawić niedowierzanie. – Uwierz mi, nie śnisz – zapewniła mnie.

Nieco się zbliżyłam. Jej głos nie tylko brzmiał obco, ale ona sama była jakaś inna. Z miejsca, w którym stałam, była Esperanzą, niemniej jednak wyglądała jak Zulejka. Podeszłam bardzo blisko niej. Była Zulejka! Młodą, silną i bardzo piękną. Nie mogła mieć więcej niż czterdzieści lat. Jej owalną twarz otaczały kręcone, czarne włosy, które zaczynały siwieć. Jej twarz była gładka, blada, a oczy – wilgotne, ciemne i szeroko rozstawione. Jej wzrok był skierowany do wewnątrz, enigmatyczny i bardzo czysty. Krótka, wąska górna warga sugerowała surowość, lecz pełna, niemal lubieżna dolna warga wskazywała na łagodność, a także namiętność.

Zafascynowana tą zmianą, gapiłam się na nią, oczarowana. Pomyślałam, że na pewno śnię.

Jej jasny śmiech uświadomił mi, że czyta w moich myślach. Wzięła mnie za rękę i powiedziała cicho:

-Nie śnisz, kochanie moje. To prawdziwa ja. Jestem twoją nauczycielką śnienia. Jestem Zulejka. Esperanzą to moje drugie ja. Czarownicy nazywająto śniącym ciałem.

Serce waliło mi tak mocno, że poczułam ból w klatce piersiowej. Dusiłam się z niepokoju i podniecenia. Chciałam wycofać dłoń, ale trzymała ją tak mocno, że nie zdołałam jej wyrwać z uścisku. Zacisnęłam oczy. Ponad wszystko chciałam, żeby zniknęła, kiedy je znowu otworzę. Ale oczywiście była nadal, jej usta rozciągały się w promiennym uśmiechu. Znowu zamknęłam oczy, po czym zaczęłam podskakiwać i tupać, jakbym zupełnie zwariowała. Wolną ręką parę razy uderzyłam się w twarz, aż zapiekła mi z bólu. Wszystko na próżno: nie mogłam się obudzić. Za każdym razem, kiedy otwierałam oczy, ona tam była.

– Myślę, że masz już dosyć. – Roześmiała się, a ja jej kazałam, żeby mnie uderzyła.

Chętnie mnie posłuchała i długą, twardą laską wymierzyła mi dwa silne uderzenia w ramiona.

– To na nic, kochanie. – Mówiła powoli, jakby była bardzo zmęczona. Wzięła głęboki oddech i puściła moją rękę. Potem znowu się odezwała. – Nie śnisz. A ja jestem Zulejka. Ale kiedy śnię, jestem Esperanzą i czymś jeszcze. Teraz jednak nie będę się nad tym rozwodzić.

Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek, ale nie mogłam z siebie wydusić ani słowa. Język stanął mi kołkiem i zdołałam wydać z siebie tylko jakieś psie skamlanie. Próbowałam się rozluźnić, oddychając miarowo, jak się tego nauczyłam na zajęciach jogi.

Zachichotała, najwyraźniej ubawiona moimi błazeństwami. Śmiech ten był uspokajający i miał na mnie kojący wpływ. Emanowało z niego takie ciepło, tak dogłębna pewność, że moje ciało w jednej chwili się odprężyło.

– Jesteś myśliwym – podjęła. – 1 ze wszech miar należysz do Florindy. – Mówiła tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Jesteś też lunatyczką i naturalną śniącą, i z powodu tego talentu należysz również do mnie.

Z jednej strony miałam ochotę roześmiać się głośno i powiedzieć, że chyba oszalała, z drugiej jednak całkowicie się zgadzałam z jej stwierdzeniem.

– Którym imieniem mam się do ciebie zwracać? – spytałam z wahaniem.

– Którym imieniem? – powtórzyła, patrząc na mnie tak, jakby to się rozumiało samo przez się. – Jestem Zulejka. Jak ci się wydaje, co to jest? Jakaś zabawa? My się tu nie bawimy.

Zaskoczona jej wybuchem, zdołałam tylko wymamrotać:

– Nie, to nie jest zabawa.

– Kiedy śnię, jestem Esperanzą – ciągnęła głosem ostrym od intensywności. Jej twarz była poważna, lecz rozpromieniona, otwarta, lecz pozbawiona współczucia – wszystko na raz. – Kiedy nie śnię, jestem Zulejka. Ale nie powinno mieć dla ciebie żadnego znaczenia, czy jestem Zulejka, Esperanzą, czy czymś innym. Wciąż jestem twoją nauczycielką śnienia.

Zdołałam tylko idiotycznie pokiwać głową. Nawet gdybym miała coś do powiedzenia, nie potrafiłabym się do tego zmusić. Po bokach płynęły mi strużki zimnego, lepkiego potu wywołanego strachem. Wydawało mi się, że jelita mi zaraz popuszczą, a pęcherz moczowy pęknie. Chciało mi się iść do łazienki, załatwić się i zwymiotować.

W końcu nie mogłam już wytrzymać. Mogłam się skompromitować na miejscu albo pobiec do wychodka. Zostało mi dość energii, by wykonać to drugie.

Śmiech Zulejki brzmiał jak śmiech młodej dziewczyny. Towarzyszył mi przez całą drogę.

Kiedy wróciłam na polanę, kazała mi usiąść koło siebie na pobliskiej ławce. Odruchowo jej posłuchałam i opadłam ciężko na brzeg ławki, nerwowo zaciskając dłonie na kolanach.

W jej oczach była niezaprzeczalna twardość, ale też dobroć. Przyszło mi do głowy, j akbym wiedziała o tym wcześniej, że j ej szorstkość bierze się przede wszystkim z wewnętrznej dyscypliny. Nieugięta samokontrola wycisnęła piętno na całej jej istocie i obdarzyła ją przemożną nieuchwytnością i tajemniczością – lecz nie tajemniczością zamaskowanego i skrytego zachowania, tylko tajemniczością tego, co nieznane. Dlatego, kiedy tylko ją widziałam, chodziłam za nią jak piesek.

– Dzisiaj miałaś dwa przejścia – wyjaśniła Zulejka. – Jedno z ze stanu normalnej jawy do śnienia na jawie i drugie ze śnienia na jawie do stanu normalnej jawy. Pierwsze było gładkie i niedostrzegalne, drugie było koszmarem. To normalna kolej rzeczy. Wszyscy doświadczamy przejścia w ten sposób.

Zmusiłam się do uśmiechu.

– Ale wciąż nie wiem, co zrobiłam – powiedziałam. – Nie jestem świadoma żadnego z kroków, jakie uczyniłam. Przydarza mi się tyle rzeczy, przechodzę w sen nawet nie wiedząc, w jaki sposób.


W jej oczach pojawił się błysk.

– Normalnie – zaczęła – zaczyna się od spania w hamaku lub innym urządzeniu zawieszonym pod sufitem lub na drzewie. Dzięki temu nie mamy kontaktu z ziemią. Ziemia nas uziemia, zapamiętaj to. W pozycji zawieszonej początkujący śniący może się nauczyć, jak energia przenosi się z jawy do śnienia i ze śnienia do śnienia na jawie.

Wszystko to, jak ci już powiedziała Florinda, jest kwestią energii. W chwili, kiedy j ą zdobędziesz, wszystko się zaczyna.

Twój problem polega na tym, czy będziesz umiała zaoszczędzić wystarczająco dużo energii, ponieważ czarownicy nie będą mogli ci jej już użyczać. – Uniosła przesadnie brwi i dodała: – Zobaczymy. Spróbuję ci przypomnieć, kiedy następnym razem będziemy dzielić swoje sny. – Widząc przerażenie na mojej twarzy, roześmiała się z dziecięcą żywiołowością.

– W jaki sposób dzielimy swoje sny? – spytałam, spoglądając w jej zdumiewające oczy. Były ciemne i lśniące, każda źrenica rzucała promyk światła.

Zamiast odpowiedzieć, Zulejka rzuciła jeszcze parę patyków do ognia. Żar buchnął i rozsypał się po stosie, a płomień zajaśniał. Przez chwilę stała nieruchomo, z oczyma utkwionymi w płomieniach, jakby gromadziła światło. Odwróciła się gwałtownie i zerknęła na mnie, po czym przykucnęła i objęła się silnymi, umięśnionymi rękami.

Kołysała się na boki, spoglądając w ciemność i słuchając trzaskającego ognia.

– W jaki sposób dzielimy swoje sny? – spytałam znowu. Zulejka przestała się kołysać. Potrząsnęła głową i podniosła wzrok, przestraszona, jakbym ją wyrwała ze snu.

– To coś, czego nie mogę w tej chwili wytłumaczyć – stwierdziła. – Śnienie jest niepojęte. Trzeba je poczuć, a nie dyskutować o nim. Tak jak w zwyczajnym świecie, zanim coś się wytłumaczy i przeanalizuje, należy tego doświadczyć. – Mówiła powoli i z namysłem. Przyznała, że wyjaśnienia są ważne. – Lecz niekiedy są też przedwczesne. Na przykład teraz.

Któregoś dnia wszystko zrozumiesz – obiecała, widząc rozczarowanie na mojej twarzy.

Szybkim, lekkim ruchem poderwała się na równe nogi, podeszła do ogniska i zapatrzyła się w płomienie, jakby musiała skupić wzrok na świetle. Na ścianie i suficie ramady pojawił się jej ogromny cień, rzucany przez ogień. Nawet nie skinąwszy mi głową odwróciła się, zamiotła spódnicą i zniknęła w domu.

Nie mogąc się poruszyć, stałam jak wryta. Ledwo mogłam oddychać, kiedy coraz bardziej cichł tupot j ej sandałów.

– Nie zostawiaj mnie! – wrzasnęłam spanikowanym głosem. – Muszę się dowiedzieć paru rzeczy.

Zulejka natychmiast zmaterializowała się w drzwiach.

– Czego musisz się dowiedzieć? – spytała obojętnym, niemal roztargnionym tonem.

– Przepraszam – wybełkotałam, spoglądając w jej lśniące oczy. Przyglądałam się jej, niemalże zahipnotyzowana. – Nie chciałam krzyczeć – dodałam przepraszająco. – Myślałam, że poszłaś do innego pokoju. – Spojrzałam na nią błagalnie z nadzieją, że coś mi wyjaśni.

Nie zrobiła tego. Spytała tylko, co chciałam wiedzieć.

– Będziesz chciała ze mną porozmawiać, kiedy znowu się spotkamy? – wypaliłam pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy, obawiając się, że sobie pójdzie, jeżeli czegoś nie powiem.

– Kiedy znowu się spotkamy, nie będziemy w tym samym świecie, co przedtem

– powiedziała. – Kto wie, co tam zrobimy?

– Ale jeszcze przed chwilą sama mówiłaś, że jesteś moją nauczycielką śnienia.

– Upierałam się. – Nie zostawiaj mnie w mroku. Wyjaśnij mi parę rzeczy. Nie mogę już dłużej znieść tej męki. Jestem rozdarta.

– Jesteś – przyznała lekkim tonem. – Z pewnością jesteś rozdarta. – Spojrzała na mnie oczyma promieniejącymi dobrocią. – Ale tylko dlatego, że nie chcesz porzucić swoich starych nawyków. Jesteś dobrą śniącą. Mózg lunatyka ma niesamowity potencjał. To znaczy... jeżeli będziesz rozwijać swój charakter.

Ledwo słyszałam, co mówi. Próbowałam uporządkować myśli, ale nie mogłam. Przez mój umysł z niewiarygodną prędkością przemykały obrazy, które niezbyt dobrze zapamiętałam. Nie miałam żadnej kontroli nad ich porządkiem czy naturą. Obrazy te przemieniały się w odczucia, które, choć szczegółowe, opierały się definicji, ujęciu w słowa, a nawet myśli.

Najwyraźniej świadoma zamętu w mojej głowie, Zulejka uśmiechnęła się promiennie.

– Przez cały czas wszyscy pomagaliśmy nagualowi Mariano Aureliano wepchnąć cię w drugi stan uwagi – powiedziała powoli i cicho. – Tam, podobnie jak w świecie spraw codziennych, znajdujemy biegłość i ciągłość. W obu tych stanach dominuje praktycyzm. W obu stanach działamy efektywnie. Jednakże w stanie drugiej uwagi nie możemy podzielić tego, co doświadczamy, na kawałki, by sobie z tym poradzić, by poczuć się bezpiecznie, by zrozumieć.

Kiedy tak mówiła, myślałam: “Marnuje czas, mówiąc mi to wszystko. Nie wie, że jestem za głupia, żeby zrozumieć jej wytłumaczenia?" Ona jednak mówiła dalej, uśmiechając się szeroko, najwyraźniej wiedząc, że przyznanie się do tego, że nie jestem zbyt bystra oznaczało, że w pewien sposób się zmieniłam. Inaczej nigdy bym się do tego nie przyznała, nawet przed samą sobą.

– W stanie drugiej uwagi – ciągnęła – albo, jak ja to wolę nazywać, w stanie śnienia na jawie, należy wierzyć, że sen jest równie rzeczywisty jak codzienny świat. Innymi słowy, trzeba wyrazić swoje przyzwolenie. Dla czarowników wszystkie sprawy ziemskie lub nieziemskie rządzone są przez nieskazitelne uczynki, a u podstawy wszystkich nieskazitelnych uczynków leży przyzwolenie. Ale przyzwolenie to nie akceptacja. Przyzwolenie zawiera w sobie element dynamiczny: pociąga za sobie działanie. – Jej głos był bardzo cichy, a oczy zabłysły gorączkowo, gdy dokończyła: – W chwili, gdy zaczyna się śnienie na jawie, otwiera się świat pociągających, niezbadanych możliwości. Świat, w którym skończony absurd staje się


rzeczywistością. Gdzie to, co nieoczekiwane, staje się oczekiwane. W tej chwili rozpoczyna się przygoda człowieka. Świat bezgranicznie wypełnia się możliwościami i cudami. – Zamilkła na długi czas. Najwidoczniej zastanawiała się, co jeszcze powiedzieć. – Z pomocą naguala Mariano Aureliano raz ujrzałaś nawet blask surema – zaczęła, a jej cichy, tęskny głos ucichł jeszcze bardziej. – Suremy, magiczne stworzenia, które istnieją tylko w legendach Indian, mogą zobaczyć tylko czarownicy śniąc na jawie na najgłębszym poziomie. To istoty z innego świata. Lśnią jak fosforyzujące istoty ludzkie.

Powiedziała “dobranoc", odwróciła się i zniknęła w domu. Przez chwilę stałam, oniemiała, po czym rzuciłam się za nią. Zanim dotarłam do progu, usłyszałam za sobą głos Florindy:

– Nie idź za nią!

Obecność Florindy była tak nieoczekiwana, że musiałam oprzeć się o ścianę i poczekać, aż moje serce znowu zacznie bić normalnie.

– Dotrzymaj mi towarzystwa – powiedziała Florinda. Siedziała na ławce, dokładając do ognia. Ulotne światło w jej oczach, upiorna białość włosów były bardziej jak wspomnienie niż realny widok. Wyciągnęłam się koło niej na ławce i, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, położyłam głowę na jej kolanach. – Nigdy nie idź za Zulejką, czy kimkolwiek z nas, chyba, że zostaniesz o to poproszona – powiedziała Florinda, przeczesując palcami moje włosy. – Jak już wiesz, Zulejką nie jest tym, czym wydaje się być. Zawsze jest czymś więcej, o wiele więcej. Nigdy nie próbuj jej rozgryźć, bo kiedy pomyślisz, że wzięłaś pod uwagę już wszystkie możliwości, rozłoży cię na łopatki, stając się czymś więcej, niż mogłoby ci się przyśnić w najdzikszych snach.

– Wiem – westchnęłam z zadowoleniem. Czułam, jak napięcie ustępuje z mojej twarzy. Czułam, jak opuszcza moje ciało. – Zulejką to surem z gór Bacatete – powiedziałam z absolutnym przekonaniem. – Cały czas wiedziałam o tych istotach. – Widząc zdumienie na jej twarzy, dodałam śmiało: – Zulejką nie urodziła się jak zwykła ludzka istota. Została stworzona. Jest samym czarnoksięstwem.

– Nie – zaprzeczyła z naciskiem Florinda. – Zulejką została zrodzona. Ale Espe-ranza nie. – Uśmiechnęła się i dodała: – To powinna być dla ciebie niezła zagadka.

– Myślę, że rozumiem – wymruczałam – ale jestem zbyt niewrażliwa i nie mogę sformułować tego, co rozumiem.

– Świetnie ci idzie. – Zaśmiała się cicho. – Żeby być tak niewrażliwą jak ty, trzeba czekać aż się osiągnie stan pełnej, stuprocentowej jawy po to, by zrozumieć. Teraz jesteś tylko w pięćdziesięciu procentach na jawie. Cała sztuczka polega na tym, by pozostać w stanie podwyższonej świadomości. W stanie podwyższonej świadomości nie ma dla nas rzeczy niemożliwych do zrozumienia. – Czując, że za chwilę jej przerwę, zakryła moje usta dłonią i dodała: – Nie myśl o tym teraz. Zawsze pamiętaj, że jesteś obsesyjna, nawet w stanie podwyższonej świadomości, a twój sposób myślenia nie jest zbyt przenikliwy.

Usłyszałam jakieś ruchy w cieniach za domem.

– Kto tam jest? – spytałam, siadając. Rozejrzałam się, ale nikogo nie zobaczyłam. Na podwórzu zabrzmiał śmiech kobiet.

– Nie możesz ich zobaczyć – powiedziała sennie Florinda.

– Dlaczego się przede mną chowają? – spytałam.

– Nie chowają się przed tobą – wyjaśniła z uśmiechem. – Po prostu nie możesz ich zobaczyć bez pomocy naguala Mariano Aureliano.

Nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Na pewnym poziomie miało to sens, ja jednak pokręciłam głową.

– Możesz mi pomóc je zobaczyć? Florinda kiwnęła głową.

– Ale twoje oczy są zmęczone, zmęczone od oglądania zbyt wiele. Musisz się przespać.

Wytrwale trzymałam oczy otwarte, żeby w chwili nieuwagi nie przegapić osoby, która mogłaby wyjść z krzaków. Wpatrywałam się w liście i cienie, nie wiedząc już, co jest co, aż zapadłam w głęboki sen bez snów.

XVIII

Dozorca drzemał na swojej ulubionej ławce w cieniu drzewa zapote. Od ostatnich dwóch dni nie robił nic innego. Już nie zamiatał patio ani nie grabił liści na podwórzu, tylko siedział godzinami na tej ławce, drzemiąc lub gapiąc się przed siebie, jakby miał wgląd w coś, co tylko on potrafił dojrzeć.

W domu wszystko się zmieniło. Czyżbym źle postąpiła, przyjeżdżając tu? – nieustannie zadawałam sobie to pytanie. Jak zwykle miałam poczucie winy. Godzinami spałam bez przerwy. Po przebudzeniu stwierdzałam jednak z niepokojem, że nic nie jest takie samo. Bez celu włóczyłam się po całym domu. Na próżno. Coś umknęło.

W moje rozmyślania wdarło się długie, przeciągłe westchnienie dozorcy. Nie mogąc już dłużej znieść niepokoju, odsunęłam książkę na bok, wstałam i przemierzyłam dzielącą nas odległość.

– Nie będziesz dzisiaj grabił i palił liści? – spytałam.

Dozorca, przestraszony, podniósł głowę, ale nie odpowiedział. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Przez ciemne szybki nie widziałam wyrazu jego oczu. Nie wiedziałam, czy zostać, czy sobie pójść, czy może dalej czekać na odpowiedź. Obawiając się, że znowu przyśnie, spytałam głośno i ze zniecierpliwieniem:

– Jest jakiś powód, dla którego już nie grabisz i nie palisz liści? Zrewanżował się jednym ze swoich pytań:

– A widziałaś, żeby w ciągu ostatnich dwu dni spadł choć jeden liść? – Kiedy uniósł okulary, jego wzrok wwiercał się we mnie.

– Nie – odparłam. Do odpowiedzi skłoniła mnie bardziej powaga w jego głosie i zachowaniu, niż samo stwierdzenie, które uznałam za absurdalne.

Dał mi znak, bym usiadła koło niego na ławce. Pochylił się ku mnie i szepnął mi do ucha:


– Te drzewa dobrze wiedzą, kiedy zrzucić swoje liście. – Rozejrzał się dokoła, jakby się. bał, że ktoś może go podsłuchiwać, po czym dodał tym samym konfidencjonalnym szeptem: – A teraz drzewa wiedzą, że nie ma potrzeby zrzucania liści.

– Liście schną i spadają, niezależnie od wszystkiego – oznajmiłam pompatycznie. – Takie jest prawo natury.

– Te drzewa są niewymownie kapryśne – upierał się. – Mają własny umysł. Nie słuchaj ą praw natury.

– Co je skłoniło do tego, by już nie zrzucać liści? – spytałam, usiłując zachować poważną minę.

– Dobre pytanie. – W zamyśleniu potarł brodę. – Niestety jeszcze nie znam odpowiedzi. Drzewa jeszcze mi nie powiedziały. – Uśmiechnął się do mnie jak szaleniec i dodał: – Już ci mówiłem, te drzewa mają swój temperament.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, spytał, ni tego, ni z owego:

– Zrobiłaś sobie lunch?

Ta nagła zmiana tematu zupełnie mnie zaskoczyła.

– Tak – przyznałam i zawahałam się przez chwilę. Ogarnął mnie niemal buntowniczy nastrój. – Aż tak nie zależy mi najedzeniu. Przywykłam do tego, żeby codziennie jeść to samo. Gdyby nie fakt, że mam skłonność do pryszczy, żywiłabym się samymi czekoladkami i orzeszkami.

Rezygnując ze wszelkiej ostrożności, zaczęłam narzekać. Powiedziałam dozorcy, że chciałabym, żeby kobiety ze mną porozmawiały.

– Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby mi wyjaśniły, co się tu dzieje. Ten niepokój mnie dobija. – Kiedy już wylałam z siebie wszystkie żale, poczułam się o wiele lepiej, ulżyło mi. – To prawda, że wyjeżdżają na zawsze? – spytałam.

– Już wyjechały na zawsze – powiedział dozorca. Widząc dezorientację na mojej twarzy, dodał: – Ale ty o tym wiedziałaś, prawda? Tylko chcesz ze mną porozmawiać, tak?

Zanim zdążyłam otrząsnąć się z szoku, spytał mnie szczerze zaintrygowanym tonem:

– Dlaczego to dla ciebie takie szokujące? – Na chwilę zamilkł, jakby chciał mi dać czas do namysłu, po czym sam odpowiedział na własne pytanie: – A, już wiem! Jesteś wściekła, bo zabrały ze sobą Isidoro Baltazara. – Poklepał mnie po plecach, jakby podkreślając każde słowo. Jego spojrzenie powiedziało mi, że nic go nie obchodzi, czy wpadnę w gniew, czy wybuchnę płaczem.

Świadomość, że nie mam żadnej widowni, przepełniła mnie spokojem.

– Nie wiedziałam o tym – wymruczałam. – Przysięgam, nie wiedziałam. – Spojrzałam na niego z niemą rozpaczą. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Kolana mnie bolały. W piersiach poczułam taki ucisk, że nie mogłam oddychać. Wiedząc, że za chwilę zemdleję, obiema rękoma przytrzymałam się ławki.

Głos dozorcy usłyszałam jakby dochodził z wielkiej oddali:

– Nikt nie wie, czy on w ogóle wróci. Nawet ja tego nie wiem. – Nachylił się nade mną i powoli dodał: – Moim prywatnym zdaniem odszedł z nimi na jakiś czas, ale kiedyś wróci. Jeżeli nie od razu, to któregoś dnia. Takie jest moje zdanie.

Poszukałam wzrokiem jego oczu, zastanawiając się, czy sobie ze mnie kpi. Na jego radosnej twarzy malowała się czysta dobroć i uczciwość. A jego oczy były szczere jak u dziecka.

– Mimo to, kiedy wróci, nie będzie już Isidoro Baltazarem – ostrzegł mnie. – Myślę, że ten Isidoro Baltazar, którego znasz, już odszedł. A wiesz, co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? – Urwał, po czym odpowiedział na własne pytanie: – Brałaś jego obecność za coś tak oczywistego, że nawet mu nie podziękowałaś za jego opiekę, pomoc, uczucie, jakim cię darzył.

Nasza wielka tragedia polega na tym, że jesteśmy bufonami, nie zważającymi na nic poza własną bufonadą.

Byłam zbyt zdruzgotana, by odpowiedzieć.

Dozorca raptownie się podniósł. Bez słowa, jakby za bardzo krępował się zostać ze mną, poszedł w stronę ścieżki prowadzącej do drugiego domu.

– Nie możesz mnie tak po prostu zostawić! – krzyknęłam za nim.

Odwrócił się, pomachał do mnie i zaczął się śmiać. Był to głośny, radosny dźwięk, który odbił się echem w chaparralu. Pomachał raz jeszcze i zniknął, jakby wchłonęły go krzaki.

Nie mogąc za nim pójść, zaczęłam czekać, aż wróci albo nagle pojawi się przede mną i śmiertelnie mnie wystraszy. Spięłam się w oczekiwaniu na strach, który wyczuwałam bardziej ciałem niż umysłem.

Jak to się zdarzało już wcześniej, nie zobaczyłam ani nie usłyszałam nadejścia Esperanzy, tylko wyczułam jej obecność. Odwróciłam się, siedziała na ławce pod drzewem zapota. Na sam jej widok wpadłam w uniesienie.

– Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę. – Westchnęłam. – Już prawie machnęłam ręką. Myślałam, że odeszłaś.

– Wielkie nieba! – złajała mnie, udając konsternację.

– Naprawdę jesteś Zulejką? – wypaliłam.

– Absolutnie nie – odparła. – Jestem Esperanza. Co ty wyprawiasz? Wpędzasz samą siebie w obłęd pytaniami, na które nikt nie potrafi odpowiedzieć?

Nigdy w życiu nie znalazłam się tak blisko załamania nerwowego jak właśnie w tamtej chwili. Czułam, że mój umysł już dłużej nie wytrzyma tej presji. Myślałam, że za chwilę pęknę z niepokoju.

– Weź się w garść, dziewczyno – powiedziała szorstko Esperanza. – Najgorsze jest jeszcze przed tobą. Ale nie możemy cię oszczędzić. Powstrzymanie presji teraz, dlatego, że zaraz sfiksujesz, dla czarowników jest czymś nie do pomyślenia. Dzisiaj zostaniesz przetestowana. Albo przeżyjesz, albo umrzesz. I nie mówię tego w przenośni.

– Nigdy już nie zobaczę Isidoro Baltazara? – spytałam, z powodu łez ledwo mogąc wydobyć z siebie głos.

– Nie mogę kłamać przez wzgląd na twoje uczucia. Nie, on już nigdy nie wróci. Isidoro Baltazar był tylko czarodziejską chwilą. Snem, który zniknął zaraz po tym, jak ci się przyśnił. Isidoro Baltazar, jak ten sen, już odszedł.

Na jej ustach pojawił się niemalże tęskny uśmieszek.


– Nie wiem jeszcze tylko – ciągnęła – czy mężczyzna, nowy nagual, również odszedł na zawsze. Oczywiście rozumiesz, że jeśli wróci, nie będzie już Jsidoro Baltaza-rem. Stanie się kimś innym, kogo będziesz musiała poznać na nowo.

– Będzie dla mnie kimś obcym? – spytałam, nie do końca pewna, czy chcę poznać odpowiedź.

– Nie wiem, moje dziecko – powiedziała ze zmęczeniem wynikającym z niepewności. – Po prostu nie wiem. Ja sama jestem snem. I nowy nagual też. Sny takie jak my są nietrwałe, gdyż tylko nasza nietrwałość pozwala nam istnieć. Nic nas nie zatrzymuje poza snem.

Oślepiona łzami, ledwo ją widziałam.

– By złagodzić swój ból, zatop się głębiej w sobie – powiedziała cicho. – Usiądź z wzniesionymi kolanami, obejmij rękami nogi w kostkach, prawą kostkę lewą ręką. Połóż głowę na kolanach i daj popłynąć smutkowi.

Niech ziemia ukoi twój ból. Niech spłynie na ciebie uzdrawiająca moc ziemi.

Usiadłam na ziemi dokładnie w takiej pozycji, jaką mi zaleciła. W ciągu paru chwil mój smutek zniknął. Niepokój ustąpił miejsca dobremu samopoczuciu, którego doświadczyłam w ciele. Straciłam swój własny obraz – w każdym kontekście, poza obecnym. Bez swej subiektywnej pamięci nie czułam bólu.

Esperanza poklepała miejsce koło siebie na ławce. Kiedy tylko tam usiadłam, wzięła mnie za rękę i przez chwilę pocierała, jakby wykonywała masaż, po czym powiedziała, że to całkiem mięsista dłoń jak na taką chudzinę jak ja. Odwróciła ją wnętrzem do góry i zaczęła uważnie oglądać. Nie powiedziała ani słowa, tylko delikatnie zacisnęła ją w pięść.

Długo siedziałyśmy w milczeniu. Było późne popołudnie. Nie słyszałam nic oprócz rytmicznego odgłosu liści poruszanych przez lekki wietrzyk.

Kiedy tak patrzyłam na Esperanzę, opanowała mnie niesamowita pewność: wiedziałam, że Esperanza i ja już kiedyś odbyłyśmy długą rozmowę o moim przyjeździe do domu czarownic i o odejściu czarowników.

– Co ze mną, Esperanza? – spytałam. – Czyja śnię?

-– No cóż – zaczęła powoli. Oczy jej rozbłysły, kiedy zaproponowała, żebym przetestowała ten sen. – Usiądź na ziemi i go przetestuj.

Zrobiłam tak. Poczułam tylko chłód kamienia, na którym siedziałam. Nie wróciło do mnie żadne odczucie.

– Nie śnię – stwierdziłam. – W takim razie dlaczego mam wrażenie, że już rozmawiałyśmy? – Poszukałam wzrokiem jej twarzy, by sprawdzić, czy odkryję w niej jakiś klucz do rozwiązania swych dylematów. – Widzę cię pierwszy raz od swojego przyjazdu, ale mam wrażenie, że przebywałyśmy razem przez cały dzień – wymamrotałam raczej do siebie. – Minęło już siedem dni.

– O wiele dłużej. Ale tę zagadkę musisz rozwiązać sama, przy minimalnej pomocy – powiedziała Esperanza.

Potakująco kiwnęłam głową. Chciałam jej zadać tyle pytań, ale wiedziałam i akceptowałam to, że rozmowa będzie bezużyteczna. Wiedziałam, nie wiedząc jednocześnie skąd to wiem, że już uzyskałam odpowiedzi na wszystkie pytania. Zostałam zasypana odpowiedziami.

Esperanza przyglądała mi się w zamyśleniu, jakby wątpiła w to, czy zrozumiałam. Potem, bardzo powoli, starannie wymawiając słowa, powiedziała:

– Chcę, żebyś wiedziała, że świadomość, jaką tu zdobyłaś, choć może ci się wydawać niezwykle głęboka i niezmienna, jest tylko tymczasowa. Całkiem szybko wrócisz do swoich bzdur. Taki jest nasz kobiecy los.

– Myślę, że się mylisz – zaprotestowałam. – W ogóle mnie nie znasz.

– Mówię to właśnie dlatego, że cię znam. – Urwała na chwilę, a kiedy znowu się odezwała, jej głos był szorstki i poważny. – Kobiety są bardzo sprytne. Pamiętaj, że wychowane na służące dla mężczyzn, są niezwykle przebiegłe i mądre. – Wybuch jej dźwięcznego śmiechu zniwelował mój ą chęć protestu.

Najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić, to nic nie mówić – oznajmiła. Wzięła mnie za rękę, podciągnęła w górę i zaproponowała, żebyśmy poszły do małego domku na długą, tak bardzo potrzebną rozmowę.

Nie weszłyśmy do domku, tylko usiadłyśmy na ławce przy drzwiach frontowych. Siedziałyśmy tak, milcząc, blisko godzinę. Potem Esperanza odwróciła się do mnie. Sprawiała takie wrażenie, jakby mnie nie widziała. Pomyślałam, że być może zapomniała, że przyszłam z niąi siedzę obok. Ignorując mojąobecność wstała, odeszła parę kroków i spojrzała na drugi dom, zagnieżdżony w kępie drzew. Minęła długa chwila, zanim powiedziała:

– Odchodzę daleko.

Nie wiedziałam, czy to z powodu nadziei, podniecenia czy niepokoju, ale poczułam dziwne, mdlące uczucie w żołądku. Wiedziałam, że nie mówi o odległości w kategoriach mil, lecz w kategoriach innych światów.

– Nie obchodzi mnie, jak daleko odchodzimy – powiedziałam z brawurą, do jakiej mi było daleko. Rozpaczliwie pragnęłam się dowiedzieć, choć nie śmiałam spytać, co będzie na końcu naszej podróży.

Esperanza się uśmiechnęła i szeroko rozłożyła ręce, jakby chciała objąć zachodzące słońce. Niebo na zachodzie było ogniście czerwone, odległe góry – fioletowe. W drzewach szumiał lekki wietrzyk, liście zalśniły i zaszeleściły.

Minęła godzina i wszystko znieruchomiało. Zmierzch zamroził wszystko wokół nas. Ucichły wszelkie dźwięki i ustał ruch. Kontury krzaków, drzew i wzgórz były tak wyraźnie zaznaczone, że wyglądały jak narysowane na niebie.

Podeszłam do Esperanzy, kiedy cienie podpełzły do nas i zaciemniły niebo. Widok drugiego, cichego domu, gdzie w mroku światła migotały jak robaczki świętojańskie, poruszył we mnie jakąś głęboko pogrzebaną emocję. Nie była związana z żadnym konkretnym uczuciem dotyczącym tej chwili, lecz ze smutnym, nostalgicznym wspomnieniem z dzieciństwa.

Chyba całkowicie pogrążyłam się w rozmyślaniach, bo nagle złapałam się na tym, że idę koło Esperanzy. Zmęczenie, wcześniejszy niepokój, wszystko to zniknęło. Przepełniona przemożną energią, szłam jak w ekstazie, w stanie cichego szczęścia, niosły mnie stopy, lecz napędzane nie tylko moją własną wolą.


Ścieżka, którą szłyśmy, skończyła się raptownie. Podłoże zaczęło się wznosić, a nad nami wysoko górowały drzewa. Tu i tam leżały rozrzucone ogromne głazy. Z oddali dochodził dźwięk płynącej wody przypominający ciche, uspokajające nucenie. Wzdychając z nagłego zmęczenia, oparłam się o jedną ze skał pragnąc, by to był już kres naszej podróży.

– Jeszcze nie dotarłyśmy do celu! – krzyknęła Esperanza. Poruszała się po kamieniach ze zwinnością kozicy. Nie czekała na mnie. Nawet się nie obejrzała, czy za nią idę. Krótki odpoczynek pozbawił mnie resztek sił. Łapiąc powietrze zaczęłam się potykać o kamienie, niezdarnie wdrapując się za nią.

W połowie drogi szlak prowadził koło ogromnego głazu. Uschnięta, szorstka roślinność ustąpiła miejsca bujnej zieleni, ciemnej w wieczornym świetle. Powietrze również nie było już to samo. Stało się wilgotne i łatwiej mi się nim oddychało. Esperanza szła pewnym krokiem wąską ścieżką pełną cieni, ciszy i szelestu. Znała każdy z tajemniczych odgłosów nocy. Rozpoznawała jej pulsujące rechoty, krzyki, nawoływania i syczenie.

Ścieżka urwała się przed jakimiś stopniami wyciętymi w skale. Prowadziły do ukrytej sterty kamieni.

– Wybierz jeden – rozkazała – i włóż go do kieszeni.

Gładkie jak żwir w strumieniu, kamienie początkowo wydawały mi się jednakowe. Jednakże po bliższym przyjrzeniu się odkryłam, że każdy jest inny. Niektóre były tak gładkie i lśniące, że wyglądały jak wypolerowane w bębnie do oczyszczania.

Zajęło mi trochę czasu, zanim znalazłam taki, który mi się podobał. Był ciężki, lecz z łatwością mieścił mi się w dłoni. Jego jasnobrązowa, pękata bryła miała kształt klina i była poprzecinana niemalże przezroczystymi mlecznymi żyłkami.

Przestraszona jakimś hałasem, niemal upuściłam kamień.

– Ktoś nas śledzi – szepnęłam

– Nikt nas nie śledzi! – wykrzyknęła Esperanza ze spojrzeniem, w którym było pół na pół rozbawienie i niedowierzanie. Widząc, że chowam się za drzewem, zachichotała cicho i powiedziała, że to pewnie ropucha wyskoczyła z zarośli.

Chciałam jej powiedzieć, że ropuchy nie skaczą w ciemności, ale nie byłam pewna, czy to rzeczywiście prawda. Zdziwiło mnie to, że nie oznajmiłam tego z najwyższą pewnością-jak to kiedyś miałam we zwyczaju.

– Coś jest ze mną nie w porządku, Esperanzo – powiedziałam przestraszonym głosem. – Nie jestem sobą.

– Nic ci nie jest, kochanie – zapewniła mnie z roztargnieniem. – Prawdę mówiąc jesteś bardziej sobą niż kiedykolwiek indziej.

– Dziwnie się czuję... – Mój głos ucichł. Zaczęłam dostrzegać pewien schemat w tym, co się ze mną działo od mojego pierwszego przyjazdu do domu czarownic.

– Trudno się nauczyć czegoś tak nieuchwytnego jak śnienie – powiedziała Esperanza. – Zwłaszcza dla kobiet. Jesteśmy nadzwyczaj przebiegłe i mądre. W końcu przez całe życie służyłyśmy jak niewolnice. Umiemy manipulować, kiedy nie chcemy zburzyć tego, co osiągnęłyśmy z takim trudem: naszego status quo.

– To znaczy, że mężczyźni tego nie robią?

– Oczywiście, że robią, ale są bardziej otwarci. Kobiety walczą po kryjomu. Ich ulubioną techniką walki jest manewr niewolnika: wyłączenie umysłu. Słyszą, nie zwracając uwagi i patrzą, nie widząc. – Dodała, że instruowanie kobiet to osiągnięcie godne pochwały. – Podoba nam się otwartość twojej walki – ciągnęła. – Wiążemy z tobą wielkie nadzieje. Najbardziej się obawiamy uległej kobiety, która nie obawia się tego, co nowe i robi wszystko, o co ją poprosisz, a potem się odwraca i zdradza cię, kiedy tylko się zmęczy lub znudzi nowością.

– Chyba zaczynam rozumieć – powiedziałam niepewnie.

– Oczywiście, że zaczęłaś rozumieć! – Jej przekonanie było tak komicznie triumfalne, że nie mogłam się nie roześmiać. – Zaczęłaś nawet rozumieć, czym jest intencja.

– To znaczy, że zaczynam być czarownicą? – spytałam. Moje całe ciało drżało, kiedy starałam się powstrzymać napad śmiechu.

– Odkąd tu przyjechałaś, cały czas z przerwami śnisz na jawie – stwierdziła Espe-ran/a. – Dlatego tak dużo śpisz. – Na jej uśmiechniętej twarzy nie było ani śladu kpiny czy protekcjonalności.

Przez jakiś czas szłyśmy w milczeniu, po czym Esperanza powiedziała, że różnica między czarownikiem a zwyczajnym człowiekiem polega na tym, że ten pierwszy potrafi na zawołanie wejść w stan śnienia na jawie. Parę razy poklepała mnie po ramieniu, jakby chciała podkreślić swoje słowa, i dodała tajemniczym szeptem:

– A śnisz na jawie dlatego, że chcąc ci pomóc powiększyć zasób energii, pierwszej nocy, kiedy tu przyjechałaś, stworzyliśmy wokół ciebie bańkę.

Następnie powiedziała, że w chwili, gdy mnie spotkali po raz pierwszy, nadali mi przydomek Fosforito, zapałeczka.

– Spalasz się zbyt szybko i bezużytecznie. – Ruchem ręki nakazała mi milczenie i dodała, że nie umiem skupić swojej energii. – Ma ona chronić i podtrzymywać pojęcie twojego, ja". – Znowu kazała mi milczeć i powiedziała, że to, co uznajemy za nasze, ja" to w rzeczywistości tylko pojęcie. Stwierdziła, że dużą część energii trawimy na obronę tego pojęcia. – Uniosła nieco brwi, a na jej twarzy pojawił się uśmiech zachwytu. – Osiągnięcie stanu pewnego dystansu, w którym, ja" jest tylko pojęciem, jakie można zmienić na zawołanie, jest aktem prawdziwego czarnoksięstwa i najtrudniejszą rzeczą na świecie – wyjaśniła. – Kiedy pojęcie, ja" znika, czarownicy zdobywają energię, by zjednoczyć się z intencją i stać się czymś więcej niż tym, co uznajemy za normalne.

Kobiety, ponieważ posiadaj ą macicę, potrafią podczas śnienia skupić swą uwagę z większą łatwością na czymś spoza swych snów – wyjaśniła. – Właśnie to robiłaś przez cały czas, w ogóle o tym nie wiedząc. Ten przedmiot staje się mostem łączącym cię z intencją.

– A jakiego przedmiotu ja używam?

W jej oczach pojawił się błysk zniecierpliwienia. Potem powiedziała, że zazwyczaj było to okno, światła, a nawet łóżko.

– Jesteś w tym tak dobra, że stało się to twój ą drugą naturą– zapewniła mnie. – To dlatego miewasz nocne koszmary. Mówiłam ci o tym wszystkim, kiedy znajdowałaś


się w głębokim stanie śnienia na jawie, a ty zrozumiałaś, że jeżeli przed snem nie skupisz uwagi na żadnym przedmiocie, nie będziesz miała koszmarów. Jesteś wyleczona, prawda? – spytała.

Moją pierwszą reakcją było oczywiście zaprzeczenie, lecz po chwili namysłu musiałam się z nią zgodzić. Po spotkaniu z nimi w Sonorze już nigdy nie miewałam złych snów.

– Nigdy się od nich nie uwolnisz, dopóki będziesz się upierać przy tym, by być sobą – oznajmiła. – Powinnaś celowo i inteligentnie wykorzystywać swój talent do śnienia. Właśnie dlatego się tu znalazłaś. A pierwsza lekcja jest taka, że kobieta musi, poprzez swoją macicę, skupić uwagę na przedmiocie. Nie na przedmiocie z samego snu, lecz na przedmiocie niezależnym, ze świata sprzed snu.

A jednak to nie sam przedmiot ma znaczenie – dodała czym prędzej. – Ważny jest rozmyślny akt skupienia się na nim przed snem, a następnie kontynuowanie snu. – Ostrzegła mnie, że chociaż brzmi to dość prosto, jest niesamowitym zajęciem, którego opanowanie może mi zająć całe lata. – Normalnie zdarza się tak, że człowiek budzi się w chwili, gdy skupia uwagę na przedmiocie z zewnątrz – powiedziała.

– Co to znaczy, wykorzystać macicę? – wtrąciłam. – 1 jak to się robi?

– Jesteś kobietą– powiedziała cicho. – Wiesz, jak się odczuwa macicą.

Chciałam zaprzeczyć, powiedzieć, że nie mam pojęcia o czymś takim. Zanim jednak zdążyłam to zrobić, Esperanza zaczęła tłumaczyć, że u kobiety uczucia powstają w macicy.

– U mężczyzn — stwierdziła – uczucia powstają w mózgu. – Dźgnęła mnie palcem w brzuch i dodała: – Przemyśl to. Kobieta ma serce tylko dla swego potomstwa, bo jej uczucia pochodzą z macicy.

Chcąc skupić uwagę za pomocą macicy, weź jakiś przedmiot i połóż go sobie na brzuchu lub potrzyj nim genitalia. – Roześmiała się hałaśliwie na widok mojego oburzenia, po czym, między dwoma atakami śmiechu, złajała mnie: – Nie byłam aż tak wulgarna. Mogłam powiedzieć, że powinnaś posmarować ten przedmiot swoimi sokami, ale nie powiedziałam.

Kiedy już wejdziesz w dużą zażyłość z tym przedmiotem – ciągnęła znowu poważnym tonem – już zawsze będzie ci służył jako most.

Przez pewien czas szłyśmy w milczeniu. Sprawiała wrażenie pogrążonej w myślach. Korciło mnie, żeby coś powiedzieć, ale wiedziałam, że nie mam nic do powiedzenia. Kiedy się w końcu odezwała, jej głos był poważny, wymagający:

– Nie masz więcej czasu do stracenia – powiedziała. – To bardzo naturalne, że w swojej głupocie potrafimy wszystko spieprzyć. Czarownicy wiedząc tym lepiej niż ktokolwiek inny. Ale wiedzą też, że nie istnieje coś takiego jak druga szansa. Musisz się nauczyć kontroli i dyscypliny, bo nie masz już więcej miejsca na błędy.

Wiesz, dałaś plamę. Nawet nie wiedziałaś, że Isidoro Baltazar wyjechał.

Krucha tama, za którą nagromadziła się lawina uczuć, puściła. Wróciła mi pamięć i znowu ogarnął mnie smutek. Stał się tak intensywny, że nawet nie zauważyłam, że siedzę i wsiąkam w ziemię, jakby była zrobiona z gąbki. W końcu ziemia mnie pochłonęła. Doświadczenie to nie było dławiące, klaustrofobiczne, bo odczucie siedzenia na powierzchni współistniało ze świadomością, że jestem wsysana przez ziemię. To dwoiste wrażenie zmusiło mnie do okrzyku:

– Teraz śnię! – To wypowiedziane na głos stwierdzenie poruszyło we mnie pewną strunę. Zasypała mnie lawina innych wspomnień. Już wiedziałam, co jest ze mną nie tak: spieprzyłam sprawę i nie miałam energii śnić. Co noc od przyjazdu śnił mi się ten sam sen, którego nie pamiętałam aż do tej pory. Śniło mi się, że wszystkie czarownice przyszły do mojego pokoju i zaczęły mi wpajać zasady czarnoksięstwa. W kółko mi powtarzały, że śnienie to druga funkcja macicy – pierwszą jest rozmnażanie i wszystko, co z nim związane. Mówiły, że śnienie to naturalna funkcja kobiet, skutek energii. Obdarzone wystarczającą ilością energii, ciało kobiety samo obudzi wtórne funkcje macicy, a kobieta będzie miała niepojęte sny.

Ta potrzebna energia przypomina jednak pomoc udzieloną zacofanemu krajowi: nigdy nie dociera. Coś w ogólnym porządku naszych struktur społecznych nie pozwala się uwolnić tej energii, dzięki której kobiety mogą śnić.

Czarownice powiedziały, że gdyby ta energia się uwolniła, po prostu wywróciłaby do góry nogami “cywilizowany" porządek rzeczy. Jednak największa tragedia kobiet polega na tym, że ich sumienie społeczne całkowicie dominuje nad sumieniem indywidualnym. Kobiety boją się być inne i nie chcą za bardzo zbaczać z utartej, znanej ścieżki. Naciski społeczne, jakie się na nie wywiera, są po prostu zbyt przytłaczające, więc kobiety zamiast się zmienić, naginają się do tego, czego się od nich oczekuje: kobiety istnieją po to, by służyć mężczyznom. Z tego powodu nie mogą mieć snów czarowników, chociaż są do tego w sposób organiczny predestynowane.

Płeć żeńska zniszczyła szansę kobiet. Zabarwiona religijnie bądź naukowo, wciąż wyciska na kobietach to samo piętno: ich główną funkcją jest reprodukcja, a to, że osiągnęły pewien stopień równości politycznej, społecznej, czy ekonomicznej, jest całkowicie pozbawione znaczenia.

Kobiety mówiły mi o tym co noc. Im więcej zapamiętałam i zrozumiałam, tym większy stawał się mój smutek. Żal mi było już nie tylko samej siebie, lecz całej rasy schizoidalnych istot uwięzionych w porządku społecznym, który przykuł nas niczym kajdanami do naszych własnych niedoskonałości. Jeśli się uwalniamy, to tylko na chwilę, zanim znowu rzucimy się z powrotem – z własnej woli lub przymuszone – w mrok.

– Daj sobie spokój z tymi sentymentalnymi bzdurami. – Usłyszałam czyjś głos. Męski głos. Podniosłam wzrok i zobaczyłam pochylonego nade mną i przyglądającego mi się dozorcę.

– Jak się tu znalazłeś? – spytałam. Byłam zdumiona i nieco wzburzona. – Śledziłeś nas? – Było to raczej oskarżenie niż pytanie.

– Tak, zwłaszcza ciebie. – Rzucił mi lubieżne spojrzenie. Przyjrzałam mu się bacznie. Nie uwierzyłam mu. Wiedziałam, że się ze mnie nabija, a jednak szalony błysk w jego oku ani mnie nie obraził ani nie przestraszył.

– Gdzie jest Esperanza? – spytałam. Nie było jej w zasięgu wzroku. – Dokąd...? – wyjąkałam ze zdenerwowaniem, nie mogąc wykrztusić z siebie słów.


– Jest gdzieś tutaj – powiedział z uśmiechem. – Nie martw się. Ja również jestem twoim nauczycielem. Znajdujesz się w dobrych rękach.

Z wahaniem podałam mu ręce. Bez najmniejszego wysiłku uniósł mnie i posadził na płaskim głazie leżącym nad ogromną, owalną kałużą. Omywał go mruczący strumień, sączący się skądś w ciemności.

– A teraz zdejmij ubranie – powiedział. – Czas na twoją kosmiczną kąpiel!

– Na co? – Pewna, że żartuje, wybuchnęłam śmiechem.

On jednak mówił poważnie. Poklepał mnie po ramieniu, tak jak Esperanza i znowu polecił mi się rozebrać. Zanim się zorientowałam, co robi, już rozwiązał sznurówki w moich adidasach.

– Nie mamy aż tak dużo czasu – upomniał mnie i powtórzył, żebym się pospieszyła. Spojrzenie, jakie mi rzucił, było zimne, kliniczne, bezosobowe. Równie dobrze mogłabym być tą ropuchą, o której mówiła Esperanza.

Pomysł wejścia do tej ciemnej, zimnej wody, niewątpliwie rojącej się od robactwa i całej gamy śliskich stworzeń, wydał mi się pociągający. Chcąc czym prędzej położyć kres tej absurdalnej sytuacji, zsunęłam się z głazu i zanurzyłam palce u nóg w wodzie.

– Nic nie czuję! – wykrzyknęłam, kurcząc się z przerażeniem. – Co się dzieje? To nie woda!

– Nie bądź dzieckiem – upomniał mnie dozorca. – Oczywiście, że to woda. Po prostu jej nie czujesz, to wszystko.

Już otworzyłam usta, żeby wyrzucić z siebie jakieś przekleństwo, ale w samąporę się powstrzymałam. Moje przerażenie zniknęło.

– Dlaczego nie czuję tej wody? – spytałam, chcąc zyskać na czasie, chociaż wiedziałam, że gra na zwłokę nie ma sensu, nie miałam bowiem żadnych wątpliwości, że skończę w wodzie, czy jączuję, czy nie. Nie miałam jednak zamiaru ustąpić tak łatwo. – Czy ta woda bez wody to jakiś płyn czyszczący? – spytałam.

Po długim milczeniu, nabrzmiałym złowróżbnymi możliwościami, powiedział, że można to nazywać płynem czyszczącym.

– Powinienem cię jednak ostrzec, że nie istnieje taki rytuał, który mógłby kogoś oczyścić – podkreślił. – Oczyszczenie musi pochodzić z wewnątrz. To osobista i samotna walka.

– W takim razie dlaczego chcesz, żebym weszła do tej oślizgłej wody, skoro nawet jej nie czuję? – spytałam z całą mocą, jaką zdołałam z siebie wykrzesać.

Usta mu zadrżały, jakby miał się roześmiać, ale najwyraźniej się pohamował, bo twarz mu znowu spoważniała i powiedział:

– Razem z tobą zanurzę się w tym stawie. – I bez chwili wahania rozebrał się do naga.

Stał tuż przede mną, zaledwie jakieś pięć stóp dalej, kompletnie goły. W tym dziwnym świetle, które nie było ani dniem ani nocą, bardzo wyraźnie widziałam jego nagie ciało. Nie próbował się okryć ze wstydu. Wręcz przeciwnie: wydawał się bardziej niż dumny ze swej męskości i paradował przede mną z prowokacyjną bezczelnością.

– Rozbieraj się szybciej – poganiał mnie. – Nie mamy dużo czasu.

– Nie zrobię tego. To szaleństwo! – zaprotestowałam.

– Zrobisz. To decyzja, którą podejmiesz zupełnie sama. – Mówił spokojnie, bez gniewu, choć z cichą determinacją. – Dziś w nocy, w tym dziwnym świecie, można się zachowywać tylko w jeden sposób: jak czarownicy. – Spojrzał na mnie z dziwaczną mieszaniną współczucia i rozbawienia.

Z uśmiechem, który miał mnie uspokoić, lecz tego nie zrobił, dozorca powiedział, że wskoczenie do tego stawu będzie dla mnie wstrząsem. Coś we mnie poruszy.

– Ta zmiana później wyjdzie ci na dobre, pomoże zrozumieć, czym jesteśmy i co robimy.

Jego twarz rozjaśnił przelotny uśmiech, kiedy dozorca stwierdził, że wskoczenie do wody da mi energię potrzebną do samodzielnego śnienia na jawie. Ostrzegł mnie, że niewątpliwie długo potrwa, zanim zgromadzę i wyostrzę energię i że być może nigdy mi się to nie uda.

– W świecie czarowników gwarancje nie istnieją– powiedział. Potem stwierdził, że wskoczenie do wody może odwrócić moją uwagę od spraw codziennych: od trosk, które uznawane są za właściwe kobiecie w moim wieku i w naszych czasach.

– Czy to jakiś święty staw? – spytałam. Uniósł brwi z wyraźnym zdumieniem.

– To staw czarowników – wyjaśnił, spoglądając na mnie spokojnie. Musiał dostrzec, że podjęłam decyzję, bo rozpiął mi zegarek na nadgarstku. – Ten staw nie jest ani święty ani zły. – Wzruszył chudymi ramionami i zapiął mój zegarek na swojej ręce. – A teraz spojrzyj na zegarek – rozkazał mi. – Od lat jest twój. Poczuj go na mojej ręce. – Zachichotał, kiedy zaczęłam coś mówić i nagle zrezygnowałam. – No, zdejmuj ciuchy.

– Myślę, że wejdę do wody w ubraniu – wymamrotałam. Nie byłam pruderyjna, ale jakoś odpychał mnie pomysł stanięcia przed nim nago.

Stwierdził, że będę musiała wysuszyć ubranie, kiedy wyjdę z wody.

– Nie chciałbym, żebyś dostała zapalenia płuc. – W jego oczach pojawił się złośliwy ognik. – To prawdziwa woda, chociaż jej nie czujesz – powiedział. Niechętnie zdjęłam dżinsy i koszulę.

– Majtki też – powiedział.

Obeszłam porośnięty trawą brzeg basenu zastanawiając się, czy powinnam po prostu w nim zanurkować i mieć to z głowy, czy zamoczyć się po trochu, nabierając wody w dłonie i polewając nią nogi, ręce, brzuch i, wreszcie, serce – jak to robiły stare kobiety w Wenezueli przed zanurzeniem się w morzu.

– Wchodzę! – wykrzyknęłam, ale zamiast wskoczyć, odwróciłam się, by spojrzeć na dozorcę.

Jego bezruch mnie przeraził. Wyglądał jakby obrócił się w kamień, taki nieruchomy i wyprostowany siedział na głazie. Tylko w jego oczach tliło się jakieś życie. Lśniły dziwnie przejmująco, choć w pobliżu nie było żadnego źródła światła. Bardziej zdumiało mnie niż zasmuciło, kiedy ujrzałam łzy płynące po jego policzkach. Nie


wiedząc, dlaczego, też zaczęłam cicho szlochać. Pomyślałam, że jego łzy płyną prosto do mojego zegarka. Czułam niesamowity ciężar jego stanu i nagle mój strach i niezdecydowanie zniknęły i zanurzyłam się w stawie.

Woda była oślizgła, ale przejrzysta jak jedwab, i zielona. Nie była zimna. Jak twierdził dozorca, nic nie czułam. Zupełnie jakbym stała się bezcielesną świadomością pływającą w stawie, który był płynny, choć nie mokry. Zauważyłam, że z głębi emanuje jakieś światło. Podskoczyłam jak ryba, by się rozpędzić, po czym zanurkowałam w poszukiwaniu tego światła.

Wynurzyłam się, by zaczerpnąć powietrza.

– Jak głęboki jest ten staw?

Sięga aż do środka ziemi. – Głos Esperanzy był czysty i głośny. Brzmiała w nim taka pewność, że poczułam ochotę wyrażenia swego sprzeciwu. W powietrzu wisiało jednak coś dziwnego, coś, co mnie powstrzymało, jakiś nienaturalny bezruch, napięcie, które nagle wybuchło wokół nas szeleszczącym dźwiękiem, jakimś ostrzegającym szeptem, złowieszczym ostrzeżeniem, że dzieje się coś dziwnego.

Dokładnie na tym samym miejscu, gdzie przedtem znajdował się dozorca, stała Esperanza. Była kompletnie naga.

Gdzie jest dozorca?! – krzyknęłam z paniką.

– Ja jestem dozorcą – odparła.

Przekonana, że robią mi jakiś potworny kawał, jednym ruchem podciągnęłam się na wiszący głaz, na którym stała Esperanza.

– Co się dzieje? – spytałam głosem, który ograniczał się do szeptu, bo ledwo mogłam oddychać.

Ruchem ręki nakazała mi milczenie i zbliżyła się do mnie tym bezkostnym, rozwijającym się ruchem, który był dla niej tak charakterystyczny. Zgięła szyję, by na mnie spojrzeć, po czym podeszła i pokazała mi mój zegarek zapięty na jej ręce.

– Ja jestem dozorcą– powtórzyła.

Odruchowo pokiwałam głową, ale nagle przede mną zamiast Esperanzy pojawił się dozorca, nagi jak przedtem, i wskazywał na zegarek na swojej ręce. Nawet nie spojrzałam na zegarek, całą uwagę skupiłam na jego częściach intymnych. Wyciągnęłam rękę, by go dotknąć, sprawdzić, czy może jest hermafrodytą. Nie był. Wciąż wyciągając rękę bardziej wyczułam, niż zobaczyłam, jak jego ciało zwija się i nagle dotknęłam kobiecej pochwy. Rozchyliłam wargi sromowe, by się przekonać, czy nie jest w nich ukryty penis.

– Esperanza... – Mój głos ucichł, jakby coś się zacisnęło na mojej szyi. Byłam świadoma, że woda się rozstąpią i coś mnie wciągnęło do stawu. Poczułam zimno. Nie było to zimno fizyczne, lecz raczej świadomość braku ciepła, światła, dźwięku, braku ludzkich uczuć w tym świecie, w którym istniał staw.

Obudziło mnie ciche chrapanie. Zulejka spała koło mnie na słomianej macie leżącej na ziemi. Wyglądała pięknie jak zawsze, młodo i silnie, a jednak bezbronnie – inaczej niż pozostałe czarownice – pomimo całej harmonii i mocy, jaka z niej emanowała.

Przyglądałam jej się przez chwilę, po czym usiadłam sztywno, gdy do głowy zaczęły mi napływać wspomnienia wydarzeń poprzedniej nocy. Chciałam nią potrząsnąć

i zażądać, by powiedziała, co się stało, kiedy zauważyłam, że nie znajdujemy się koło stawu na wzgórzach, lecz dokładnie w tym samym miejscu, gdzie siedziałyśmy wcześniej, przy frontowych drzwiach domu czarownic.

Zastanawiając się, czy to wszystko było tylko snem, delikatnie potrząsnęłam ją za ramię.

– Ach, wreszcie się obudziłaś – wymruczała sennym głosem.

– Co się stało? – spytałam. – Musisz mi wszystko opowiedzieć.

– Wszystko? – powtórzyła, ziewając głośno.

– Wszystko, co się wydarzyło nad stawem – warknęłam niecierpliwie. Znowu ziewnęła, po czym zachichotała. Spojrzała na mój zegarek, który miała na ręce i powiedziała, że coś we mnie zmieniło się o wiele bardziej, niż się tego spodziewała.

– W świecie czarowników istnieje naturalna bariera, która nie dopuszcza bojaźli-wych dusz – wyjaśniła. – Czarownicy potrzebują ogromnej siły, by ją przekroczyć. Widzisz, czuwają na niej potwory, latające smoki i istoty demoniczne, które oczywiście są tylko bezosobową energią. My sami, przez nasze lęki, przekształcamy tę energię w piekielne stwory.

– Ale co z Esperanza i dozorcą? – wtrąciłam. – Śniło mi się, że oboje są tobą.

– Bo są – powiedziała, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. – Właśnie ci powiedziałam. Przesunęłaś się głębiej niż się tego spodziewałam i wkroczyłaś w stan, który śniący określaj ą jako śnienie w światach innych niż ten.

Ty i ja śniłyśmy w różnych światach. To dlatego nie czułaś wody. To świat, w którym nagual Elias znalazł wszystkie swoje wynalazki. W tym świecie mogę być mężczyzną albo kobietą. I tak samo jak nagual Elias sprowadził na ten świat swoje wynalazki, tak samo ja sprowadzam Esperanzę albo dozorcę. Czy też raczej czyni to moja bezosobowa energia.

Nie potrafiłam ująć w słowa swoich myśli. Opanowało mnie przemożne pragnienie, by uciec z krzykiem, ale nie mogłam go przełożyć na działanie. Panowanie nad ruchami już przestało być kwestią woli. Spróbowałam wstać i krzyknąć, ale upadłam na ziemię.

Zulejka bynajmniej nie przejęła się ani nie wzruszyła moim stanem. Mówiła dalej, jakby nie widziała, że ugięły się pode mną kolana, jakbym nie leżała na ziemi jak szmaciana lalka.

– Jesteś dobrą śniącą. W końcu przez całe życie śniłaś z potworami. Teraz nadszedł czas, byś zdobyła energię potrzebną do śnienia jak czarownicy, do śnienia o swej bezosobowej energii.

Chciałam jej przerwać, powiedzieć, że w moim śnie o Esperanzie i dozorcy nie było nic bezosobowego, że był w istocie gorszy od potworów z moich nocnych koszmarów, ale nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.

– Dziś w nocy twój zegarek przywrócił cię z powrotem z najgłębszego snu, jaki kiedykolwiek miałaś – ciągnęła Zulejka, nie zważając na dziwne dźwięki wydobywające się z mojego gardła. – 1 nawet kamień może to udowodnić.

Podeszła do miejsca, w którym leżałam z otwartymi ustami, gapiąc się na nią. Wymacała moją kieszeń. Miała rację. Był tam, kamyk, który podniosłam ze sterty.


XIX

Obudził mnie głośny hałas. Usiadłam w swoim hamaku spoglądając w ciemność i zobaczyłam, że drewniane żaluzje zasłaniające okna są opuszczone. Wokół mnie wirował zimny, ssący wiatr. Liście szeleściły na patio za moim pokojem. Szelest przybrał na sile, po czym zszedł do delikatnego szumu. Przez pokój przetoczył się przyćmiony blask i niczym mgła przylgnął do ścian.

– Nagual! – wykrzyknęłam. Na chwilę, jakbym go wywołała, Isidoro Baltazar pojawił się u stóp mojego hamaka. Wyglądał jak prawdziwy, choć było w nim coś nieokreślonego, był jak obraz odbity w wodzie. Odchrząknęłam, chcąc coś powiedzieć, ale z moich ust wydobyło się tylko ciche skrzeknięcie, kiedy obraz rozpłynął się we mgle. Potem mgła odpłynęła, niespokojna i gwałtowna jak wiatr na zewnątrz.

Zbyt spięta, by spać, usiadłam otulona kocem, zastanawiając się, czy dobrze zrobiłam, przyjeżdżając do domu czarownic w poszukiwaniu Isidoro Baltazara. Nie wiedziałam, dokąd jeszcze mogę pójść. Niecierpliwie przeczekałam trzy miesiące, a potem mój niepokój tak się zaostrzył, że w końcu musiałam zacząć działać. Któregoś dnia rano – przed siedmioma dniami – pojechałam, nie zatrzymując się po drodze, do domu czarownic. W moim umyśle nie pojawiło się wtedy najmniejsze nawet pytanie, czy dobrze robię – nawet kiedy musiałam przejść przez mur na tyłach domu i wkradłam się przez otwarte okno. Jednakże po siedmiu dniach oczekiwania moja pewność zaczęła się chwiać.

Wyskoczyłam z hamaka na podłogę, lądując niewygodnie na bosych piętach. Taki wstrząs zwykle pomagał mi rozwiać wątpliwości, lecz nie tym razem. Znowu położyłam się w hamaku.

Jeżeli czegoś się nauczyłam w ciągu tych trzech lat, które spędziłam w świecie czarnoksiężników, to tego, że ich decyzje są ostateczne, zaś moją decyzją było żyć i umrzeć w ich świecie. Teraz nadszedł czas, by to udowodnić.

Z rozmyślań tych wyrwał mnie niesamowity śmiech. Dziwacznie zawibrował w całym domu, po czym znowu ucichł. Czekałam z napięciem, ale nie pojawił się już żaden dźwięk oprócz szelestu suchych liści przesuwających się po patio. Brzmiał jak cichy, ochrypły szept.

Wsłuchiwanie się w ten dźwięk nie tylko ukołysało mnie do snu, ale też wciągnęło w ten sam sen, który śnił mi się przez ostatnie siedem dni.

Stoję na pustyni w Sonarze. Jest południe. Słońce, srebrny dysk tak jasny, że prawie niewidoczny, zatrzymało się pośrodku nieba. Wokół mnie nie rozlega się żaden dźwięk, panuje kompletny bezruch. Wysokie saguaro*, wyciągające swe kolczaste ramiona ku temu nieruchomemu słońcu, stoją niczym strażnicy pilnujący ciszy i bezruchu.

Wiatr, jakby podążał za mną przez cały sen, zaczyna dąć z wielką siłą. Gwiżdże w gałęziach drzew mesąuite i trzęsie nimi w systematycznej furii. Czerwone trąby po* Wysokie kaktusy rosnące w Arizonie i okolicach.

wietrzne wirują wokół mnie, wzbijając tumany kurzu. Stado wron rozsypuje się po niebie jak kropki, a potem opada na ziemię nieco dalej, miękko jak strzępki czarnej woalki.

Wiatr cichnie równie gwałtownie jak się zerwał. Kieruję się w stronę wzgórz w oddali. Wydaje mi się, że idę parę godzin, aż dostrzegam na ziemi ogromny, ciemny cień. Podnoszę głowę. W powietrzu wisi olbrzymi ptak z rozpostartymi skrzydłami, nieruchomo, jak przygwożdżony do nieba. Dopiero kiedy z powrotem spoglądam na jego cień na ziemi uświadamiam sobie, że ptak się porusza. Powoli, niedostrzegalnie, jego cień ślizga się przede mną.

Kierowana jakimś niewytłumaczalnym impulsem, próbuję dogonić cień. Choć biegnę bardzo szybko, cień coraz bardziej się ode mnie oddala. Osłabiona z wyczerpania, potykam się o własne stopy i padam plackiem na ziemię.

Kiedy wstaję, chcąc otrzepać ubranie, dostrzegam ptaka, który przycupnął na pobliskim głazie. Głowę zwrócił lekko w moją stronę, jakby mi się przyglądał. Podchodzę do niego ostrożnie. Jest ogromny i brązowy, pióra mu lśnią niczym wypolerowana miedź. Jego bursztynowe oczy patrzą twardo, nieubłaganie i ostateczniejaksama śmierć.

Cofam się, kiedy ptak rozpościera skrzydła i odlatuje. Wzbija się wysoko w górę i wkrótce staje się jedynie kropką na niebie, lecz jego cień na ziemi jest prostą linią, która ciągnie się w nieskończoność i łączy pustynię z niebem.

Pewna, że jeśli przywołam wiatr, dogonię ptaka, wypowiadam zaklęcie. Nie ma w nim jednak żadnej mocy, żadnej siły. Głos załamuje mi się w szept, który szybko rozpływa się w ciszy. Pustynia odzyskuje swój niesamowity spokój. Zaczyna się kruszyć na brzegach, a potem powoli blaknie wokół mnie...

Stopniowo zaczęłam się stawać świadoma własnego ciała leżącego na hamaku. W przesuwającej się mgle rozpoznałam ściany wyłożone książkami. W końcu całkowicie się rozbudziłam i, jak za każdym razem w ciągu ubiegłego tygodnia, uderzyła mnie świadomość, że nie był to zwyczajny sen i że wiem, co oznaczał.

Nagual Mariano Aureliano kiedyś mi powiedział, że w swoich rozmowach czarownicy często porównują czarnoksięstwo do ptaka. Nazywają je ptakiem wolności. Twierdzą, że ptak wolności fruwa jedynie w linii prostej i nigdy nie pojawia się dwa razy. Mówią też, że to nagual przywabia ptaka wolności. To on nęci go, by rzucił swój cień na ścieżkę wojownika. Bez tego cienia nie ma kierunku.

Znaczenie mojego snu było takie, że straciłam ptaka wolności. Straciłam naguala i, wraz z nim, całą nadzieję i cel życia. A na sercu najbardziej ciążyło mi to, że ptak wolności odleciał tak szybko, że nie zostawił mi czasu na podziękowanie, nie dał mi na czasu na wyrażenie swego bezgranicznego podziwu.

Cały czas zapewniałam czarowników, że nie uznaję ich świata i ich samych za coś oczywistego, a jednak tak robiłam, zwłaszcza w wypadku Isidoro Baltazara. Wydawało mi się, że będzie przy mnie już zawsze. A oni nagle odeszli, odpłynęli jak piórka, zniknęli jak wybuchająca gwiazda. I wzięli ze sobą Isidoro Baltazara.

Tygodniami siedziałam w swoim pokoju, zadając sobie wciąż to samo pytanie: jak to możliwe, że zniknęli tak nagle? Nic nie znaczące, powierzchowne pytanie – zwą


żywszy na to, co przeżyłam i czego byłam świadkiem w ich świecie. Ujawniło tylko mój ą prawdziwą naturę: słabą i wątpiącą. Czarownicy bowiem od lat mi powtarzali, że ich ostatecznym celem jest spłonąć, zniknąć, dać się pochłonąć potędze świadomości. Stary nagual i jego grupa czarowników byli gotowi, lecz ja o tym nie wiedziałam. Niemal przez całe życie przygotowywali się do tego śmiałego wyczynu: śnienia na jawie, przemykania się koło śmierci – takiej, jaką znamy – i do wkroczenia w nieznane, wzmacniając bez niszczenia jedność swej całkowitej energii.

Największy żal mnie ogarnął, kiedy sobie przypomniałam, jak w najmniej oczekiwanych chwilach pojawiały się moje zwykłe wątpliwości. Nie chodziło o to, że nie wierzyłam w ich zdumiewające, niesamowite, a jednak praktyczne cele. Raczej wolałam je jakoś tłumaczyć, integrować, dopasowywać do świata zdrowego rozsądku – może nie do końca, ale tak, by mogły współistnieć z tym, co dla mnie normalne i znajome.

Czarownicy niewątpliwie usiłowali mnie przygotować do obserwacji ich ostatecznej podróży. Byłam niemal świadoma tego, że któregoś dnia znikną. Nic jednak nie mogło mnie przygotować do udręki i rozpaczy, jakie po tym nastąpiły. Zapadłam się w otchłań smutku, z której nie widziałam wyjścia. Z tym musiałam sobie poradzić zupełnie sama.

Obawiając się, że wpadnę w większą rozpacz, jeżeli zostanę jeszcze choć w chwilę w hamaku, wstałam i zrobiłam sobie śniadanie. A raczej odgrzałam to, co zostało z poprzedniego dnia: tortille, ryż i fasolę – mój standardowy posiłek od tygodnia, poza lunchem, do którego dodawałam puszkę norweskich sardynek. Znalazłam je w sklepie spożywczym w pobliskim mieście. Wykupiłam wszystkie puszki, jakie mieli. Fasola była również z puszki.

Zmyłam naczynia i wyszorowałam podłogę. Potem, ze szczotką w ręce, zaczęłam chodzić z pokoju do pokoju, szukając brudu, jakiejś zapomnianej pajęczyny. Od dnia przyjazdu nic, tylko skrobałam podłogi, myłam okna i ściany, zamiatałam patio i korytarze. Sprzątanie zawsze odrywało mnie od problemów, dawało pocieszenie. Ale nie tym razem. Choć z wielkim zapałem oddawałam się rozmaitym pracom, nie mogłam uciszyć niepokoju, wypełnić bolesnej próżni wewnątrz.

Moje porządki przerwał nagły szelest liści. Wyszłam, by sprawdzić, co się dzieje. W drzewach wiał silny wiatr. Jego siła mnie przestraszyła. Już miałam pozamykać okna, kiedy wiatr gwałtownie ustał. Na podwórze, krzaki i drzewa, na kwiaty i grządki warzywne opadła głęboka melancholia. Nawet jaskrawofioletowe pnącze zwisające ze ścian powiększało ten smutek.

Podeszłam do hiszpańskiej fontanny z kolonialnymi motywami, wybudowanej pośrodku podwórza i uklękłam na szerokiej kamiennej półce. Z roztargnieniem zaczęłam zbierać liście i kwiaty, które wpadły do wody. Potem pochyliłam się i poszukałam swego odbicia na gładkiej powierzchni. Obok mojej twarzy pojawiła się bardzo piękna, surowa i koścista twarz Florindy.

Osłupiała, przyglądałam się jej odbiciu, zahipnotyzowana wielkimi, ciemnymi, świetlistymi oczami, które stanowiły oślepiający kontrast ze splecionymi siwymi włosami. Powoli się uśmiechnęła. Odwzajemniłam uśmiech.

– Nie słyszałam, kiedy przyszłaś – szepnęłam bojąc się, że jej wizerunek może zniknąć, że to tylko sen.

Położyła dłoń na moim ramieniu, po czym usiadła koło mnie na kamiennej półce.

– Zostanę z tobą tylko chwilę – powiedziała. – Ale wrócę później.

Odwróciłam się i wylałam z siebie całą boleść i rozpacz, jakie się we mnie nagromadziły.

Florinda spojrzała na mnie. Na jej twarzy odbijał się niezmierny smutek, w oczach nagle pojawiły się łzy, lecz równie szybko zniknęły.

– Gdzie jest Isidoro Baltazar? – spytałam.

Odwróciłam twarz i dałam upust wezbranym łzom. Szlochałam nie z żalu nad samą sobą czy nawet smutku, lecz z głębokiego poczucia porażki, winy i straty. Emocje te zalewały mnie. Kiedyś Florinda mnie ostrzegała przed takimi uczuciami.

– Dla czarowników łzy nie mają żadnego znaczenia – powiedziała swym głębokim, schrypniętym głosem. – Kiedy przyłączyłaś się do świata czarowników musiałaś zrozumieć, że koleje losu, jakie by nie były, to tylko wyzwania, którym czarownik musi stawić czoła – bez urazy czy użalania się nad samym sobą. – Urwała na chwilę, po czym w swój zwykły sposób powtórzyła to, co powiedziała mi ostatnim razem: – Isidoro Baltazar już nie jest mężczyzną, tylko nagualem. Być może będzie towarzyszył staremu nagualowi, a wtedy już nigdy nie wróci. Ale może tak się nie stanie.

– Ale dlaczego... – Mój głos ucichł, zanim zdążyłam dokończyć pytanie.

– W tej chwili naprawdę nie wiem – powiedziała Florinda, wznosząc dłoń, by uprzedzić mój protest. – Twoim zadaniem jest wznieść się ponad to. Jak już wiesz, o wyzwaniach się nie dyskutuje ani nie ma się o nie pretensji. Wyzwaniom stawia się czoła w sposób aktywny. Czarownicy albo zwyciężają, albo ponoszą porażkę zmagając się ze swymi wyzwaniami. I dopóki to oni rządzą, naprawdę nie ma znaczenia, czy zwyciężą, czy przegrają.

– Jak mam rządzić, kiedy umieram ze smutku? Isidoro Baltazar odszedł na zawsze – powiedziałam z żalem, urażona prozaicznością jej uczuć i postawy.

– Skorzystaj z mojej propozycji i nie zważaj na swoje uczucia – odparła surowo. Jej nastrój zmieniał się równie szybko, co jej promienny uśmiech.

– Jak mogę to zrobić? Wiem, że nagual odszedł i gra skończona.

– Nie potrzebujesz naguala, by być idealną czarownicą – zauważyła. – Twoja nieska-zitelność cię do niego zaprowadzi, nawet jeśli naguala już nie ma na tym świecie. Żyć nieskazitelnie w twoim położeniu to twoje wyzwanie. Nie powinno mieć dla ciebie żadnego znaczenia, czy zobaczysz Isidoro Baltazara jutro, za rok, czy pod koniec życia.

Odwróciła się do mnie plecami. Milczała przez długi czas. Kiedy znowu zwróciła się do mnie, jej twarz była spokojna i dziwnie pozbawiona wyrazu, jak maska, jakby Florinda z wielkim wysiłkiem starała się zapanować nad swoimi uczuciami. W jej oczach było coś tak smutnego, że zapomniałam o własnym cierpieniu.

– Opowiem ci pewną historię, moja panno – powiedziała niezwykle szorstkim tonem, jakby w ten sposób próbowała zabić smutek w oczach. – Nie odeszłam z nagu


alem Mariano Aureliano i jego grupą. Zulejka też nie odeszła. Wiesz, dlaczego?

– Zdębiała z napięcia i strachu, gapiłam się. na nią z otwartymi ustami.

– Nie, Florindo, nie wiem – zdołałam w końcu wykrztusić.

– Jesteśmy tu dlatego, że nie należymy do tej grupy czarowników – powiedziała głosem, który teraz był niski i cichy. – To znaczy należymy, ale nie do końca. Nasze uczucia są przy innym nagualu, nagualu Julianie, naszym nauczycielu. Nagual Mariano Aureliano to nasz towarzysz, a nagual Isidoro Baltazar to nasz uczeń.

Podobnie jak ciebie, i nas zostawiono. Ciebie zostawiono, bo nie byłaś gotowa, by pójść z nimi, nas, bo potrzebujemy więcej energii, by zrobić większy skok i może przyłączyć się do innej grupy wojowników, grupy o wiele starszej. Do grupy naguala Juliana.

Czułam, jak osamotnienie Florindy otula mnie niczym delikatna mgiełka. Ledwo śmiałam oddychać.

Z wielką drobiazgowością opowiedziała mi o swoim nauczycielu, nagualu Julianie. Jej opis był skondensowany, a jednak tak wyraźny, że dosłownie widziałam go przed sobą: najbardziej żywotną istotę, jaka kiedykolwiek żyła. Zabawny, błyskotliwy i szybko myślący, niepoprawny figlarz. Gawędziarz, magik, który władał percepcjąjak kucharz ciastem, ugniatając ją w rozmaite kształty i formy, nie tracąc jej z oczu. Florinda zapewniła mnie, że przebywanie w obecności naguala Juliana to niezapomniane przeżycie. Wyznała, że kocha go ponad wszystko. Tak samo kochała go Zulejka.

Milczała przez długi czas, utkwiwszy wzrok w górach w oddali, jakby czerpała siłę z tych ostro zakończonych szczytów. Kiedy znowu się odezwała, jej głos był ledwie słyszalnym szeptem:

– Świat czarowników to świat samotności, a jednak w nim miłość trwa wiecznie. Tak jak moja miłość do naguala Juliana. W świecie czarowników poruszamy się zupełnie sami, polegając jedynie na swoich uczynkach, uczuciach, nieskazitelności.

– Pokiwała głową, jakby chciała podkreślić swoje słowa. – Ja już nie mam żadnych uczuć. To, co miałam, odeszło razem z nagualem Julianem. Została mi tylko wola, poczucie obowiązku i celu.

Może ty i ja płyniemy tą samą łodzią. – Powiedziała to tak gładko, że nawet nie zdążyłam sobie uświadomić znaczenia jej słów.

Patrzyłam na nią i, jak zwykle, oślepiała mnie jej uroda i młodość, które w jakiś czarodziejski sposób pozostały nietknięte przez czas.

– Ja nie, Florindo – powiedziałam w końcu. – Ty miałaś naguala Isidoro Baltaza-ra, mnie i tych innych uczniów, o których tyle słyszałam. Ja nie mam nic. Nie mam nawet swego starego świata. – Nie czułam żalu nad samą sobą, miałam tylko druzgocącą świadomość, że moje życie, takie, jakim je znałam aż do tej pory, skończyło się.

– Nagual Isidoro Baltazar jest mój. Posłusznie poczekam jeszcze trochę, ale jeżeli nie ma go już na tym świecie, to nie ma i mnie. Wiem, co robić! – Mój głos ucichł, kiedy sobie uświadomiłam, że Florinda już mnie nie słucha. Pochłonęła ją obserwacja małej wrony, która szła w naszą stronę po kamiennej półce. – To Dionizy – powiedziałam, sięgając do kieszeni po okruszki tortilli. Nic nie znalazłam. Podniosłam głowę i spojrzałam na cudownie czyste niebo. Tak się pogrążyłam w smutku, że nie

zauważyłam, jak minęło południe i nadeszła pora, kiedy wrona zazwyczaj przychodziła po swoje jedzenie.

– Strasznie się zdenerwował. – Florinda się roześmiała, słysząc gniewne krakanie wrony, a potem spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała: – Ty i ta wrona jesteście do siebie bardzo podobne. Łatwo się denerwujecie i głośno wyrażacie swój gniew.

Ledwo się powstrzymałam, by nie wyrzucić z siebie, że to samo można powiedzieć o niej. Florinda zachichotała, jakby wiedziała ile wysiłku włożyłam w to, żeby nie wybuchnąć płaczem.

Wrona podziobała moją pustą dłoń i spojrzała na mnie z ukosa swymi lśniącymi oczkami jak kamyki. Potem rozłożyła skrzydła, ale nie odleciała. Jej czarne pióra zaiskrzyły się niebiesko w słońcu.

Spokojnie powiedziałam Florindzie, że presja świata czarowników jest nie do zniesienia.

– Bzdura! – zbeształa mnie, jakby mówiła do zepsutego dzieciaka. – Patrz, wystraszyłyśmy Dionizego. – Przez chwilą z zachwytem patrzyła, jak wrona krąży nad naszymi głowami, potem znowu skupiła uwagę na mnie.

Odwróciłam głowę. Nie wiedziałam, dlaczego, gdyż w spojrzeniu jej lśniących, ciemnych oczu nie było nic złego. Były spokojne i niewypowiedzianie obojętne, kiedy powiedziała:

– Gdyby nie udało ci się dogonić Isidoro Baltazara, wówczas ja i pozostali czarownicy, którzy cię uczyli, nie zrobilibyśmy na tobie żadnego wrażenia. Nie udałoby nam się ciebie sprowokować. Nie byłaby to dla nas ostateczna przegrana, lecz dla ciebie z pewnością tak. – Widząc, że zaraz znowu się rozpłaczę, spytała prowokacyjnie: – Gdzie twój nieskazitelny cel? Co się stało z tym wszystkim, czego się od nas nauczyłaś?

– A jeżeli nigdy nie dogonię Isidoro Baltazara? – spytałam płaczliwie.

– Możesz dalej żyć w świecie czarowników, jeżeli nie będziesz się starała tego dowiedzieć? – spytała ostro.

– W tej chwili potrzebuję dobroci – wymamrotałam, zamykając oczy, by łzy mi nie spłynęły spod powiek. – Chcę do mamy. Gdybym tylko mogła do niej dotrzeć.

Zdziwiły mnie własne słowa, a jednak mówiłam zupełnie poważnie. Nie mogąc już powstrzymać łez, zaczęłam szlochać.

Florinda się roześmiała. Nie drwiła sobie ze mnie, w jej śmiechu pobrzmiewała nuta dobroci, współczucia.

– Jesteś tak daleko od matki – powiedziała cicho, w jej wzroku była zaduma i coś odległego – że już nigdy jej nie odnajdziesz. – Jej głos zszedł do cichego szeptu, kiedy powiedziała, że życie czarowników wznosi wokół nas bariery nie do pokonania. Przypomniała mi, że czarownicy nie znajdują ukojenia we współczuciu innych lub w użalaniu się nad samym sobą.

– Myślisz, że całe moje cierpienie wynika z żalu nad samą sobą, prawda, Florindo?

– Nie. Nie tylko z żalu nad samą sobą, ale również z chorobliwości. – Otoczyła


ręką moje ramiona i przytuliła mnie jakbym była małym dzieckiem. – Wiesz, większość kobiet jest cholernie chorobliwa – wymruczała. – Ty i ja należymy do nich.

Nie zgadzałam się z nią, lecz nie chciałam się jej sprzeciwiać. Za dobrze mi było w jej objęciach. Pomimo swego trzeźwego nastroju, musiałam się uśmiechnąć. Florin-dzie, jak wszystkim innym kobietom w świecie czarowników, brakowało umiejętności wyrażania uczuć macierzyńskich. A ja, chociaż zawsze lubiłam całować i przytulać ludzi, których kochałam, sama nie potrafiłam dłużej niż chwilę pozostać w czyichś objęciach. Uścisk Florindy nie był tak ciepły i kojący jak mojej matki, ale nie mogłam się spodziewać niczego więcej.

Potem poszła do domu.

Nagle się obudziłam. Przez chwilę leżałam na ziemi u stóp fontanny, usiłując sobie przypomnieć coś, co powiedziała Florinda, zanim zasnęłam w blasku słońca upstrzonym liśćmi. Najwyraźniej przespałam parę godzin. I chociaż niebo było jeszcze jasne, na podwórze już zaczynały wkradać się wieczorne cienie.

Już miałam zacząć szukać Florindy w domu, kiedy na podwórzu rozległ się jakiś nieziemski śmiech. Był to ten sam śmiech, który słyszałam poprzedniej nocy.

Czekałam, nasłuchując. Wokół mnie panowała niczym nie zakłócona cisza. Żadnego ćwierkania, żadnego szumu, żadnego ruchu. A jednak wyczuwałam za sobą czyjeś bezszelestne kroki, ciche jak cienie.

Obróciłam się na pięcie. Na drugim końcu podwórza ujrzałam jakąś postać siedzącą na ławce, niemal całkowicie przesłoniętą przez kwitnące pnącze. Była do mnie odwrócona plecami, ale rozpoznałam ją natychmiast.

– Zulejka? – szepnęłam niepewnie, bojąc się, że dźwięk mojego głosu może ją wystraszyć.

– Tak się cieszę, że znowu cię widzę – powiedziała, dając mi znak, bym usiadła koło niej.

Jej głęboki, czysty głos, dźwięczny w rześkim, pustynnym powietrzu, zdawał się wydobywać nie z jej ciała, lecz z oddali. Miałam ochotę ją przytulić, ale się rozmyśliłam. Zulejka nigdy nie lubiła, gdy jej dotykano, więc tylko usiadłam koło niej i powiedziałam, że ja też bardzo się cieszę, że znowu ją widzę. Ku memu zdumieniu ujęła moją rękę w swoją małą, delikatną dłoń. Jej blada, miedzianoróżowa, piękna twarz była dziwnie pozbawiona wyrazu. Całe życie skupiło się w jej niewiarygodnych oczach: ani czarnych, ani brązowych, dziwnej czystej mieszaninie tych dwóch kolorów. Na dłuższą chwilę wbiła we mnie wzrok.

– Kiedy tu przyszłaś? – spytałam.

– Dosłownie w tej chwili – odparła, wyginając wargi w anielskim uśmiechu.

– Jak się tu znalazłaś? Czy Florinda przyszła z tobą?

– Och, wiesz – powiedziała niejasno – czarownice przychodzą i odchodzą niepostrzeżenie. Na kobiety nikt nie zwraca uwagi, zwłaszcza jeśli są stare. Z kolei piękna młoda kobieta zwraca na siebie uwagę wszystkich. Dlatego właśnie kobiety-czarow-nice zawsze powinny się przebierać, jeśli są atrakcyjne. Jeżeli zaś odznaczają się przeciętną urodą, nie mają się czym martwić.

Aż podskoczyłam, czując na ramieniu delikatne dotknięcie ręki Zulejki. Znowu uścisnęła moją dłoń, jakby chciała rozwiać moje wątpliwości, po czym spojrzała na mnie spokojnie i łagodnie i powiedziała:

– Być w świecie czarowników oznacza cudownie śnić. – Odwróciła wzrok. Nad górami w oddali wisiał księżyc w niemal idealnej pełni. – Większość ludzi nie ma tyle rozumu ani ducha, by śnić. Potrafią widzieć świat tylko zwykłym i powtarzalnym. A wiesz, dlaczego? – spytała, wbijając we mnie bystry wzrok. – Dlatego, że jeżeli nie będziesz z tym walczyć, świat rzeczywiście pozostanie zwykły i powtarzalny. Większość ludzi tak jest pochłonięta własnymi sprawami, że kompletnie idiocieje. Idioci zaś nie mają potrzeby walki ze zwyczajnością i powtarzalnością.

Zulejka podniosła się z ławki i założyła sandały. Obwiązała sobie szal wokół talii, by długa spódnica nie ciągnęła jej się po ziemi i poszła na środek patio. A ja wiedziałam, co zrobi, jeszcze zanim zaczęła. Jęła wirować. Zamierzała wykonać taniec, by zgromadzić kosmiczną energię. Kobiety-czarownice wierzą, że poruszając ciałem mogą zdobyć siłę potrzebną do śnienia.

Ledwo dostrzegalnym ruchem brody przywołała mnie do siebie i nakazała naśladowanie jej ruchów. Ślizgała się po ciemnych, brązowych meksykańskich płytkach i brązowych cegłach ułożonych przez samego Isidoro Baltazara w stary toltecki* wzór, czarnoksięski wzór łączący pokolenia czarowników i śniących w sieć tajemnic – wzór, w który i wokół którego wplótł samego siebie, z całą swoją mocą, całą intencją, wprowadzając mit i sen w rzeczywistość.

Zulejka poruszała się z pewnością i zwinnością młodej tancerki. Jej ruchy były proste, a jednak wymagały tak wielkiej szybkości, równowagi i koncentracji, że zupełnie mnie wyczerpały. Wirowała zręcznie i szybko, z dala ode mnie. Przez chwilę zachwiała się w cieniu drzew, jakby chciała się upewnić, czy podążam za nią, a potem skierowała się ku cofniętej bramie wbudowanej w mur otaczający ziemie za domem. Na chwilkę zatrzymała się między dwoma drzewami cytrusowymi rosnącymi za murem, tymi, które stały jak dwóch strażników po obu stronach ścieżki prowadzącej do małego domku za chaparralem.

Bojąc się, że stracę ją z oczu, rzuciłam się wąskim, ciemnym szlakiem. Potem, zaciekawiona i pełna zapału, podążyłam za nią do domu i poszłam do pokoju na tyłach. Zamiast zapalić światło, Zulejka sięgnęła po lampę naftową wiszącą na jednej z krokwi. Zapaliła ją. Lampa zapłonęła chwiejnym światłem, lecz kąty pokoju nadal pozostały w cieniu. Zulejka uklękła przed jedynym meblem w pokoju, drewnianą komodą pod oknem, i wyciągnęła matę i koc.

– Połóż się na brzuchu – powiedziała cicho, rozkładając matę na podłodze.

Z głębokim westchnieniem pogrążyłam się w przyjemnej bezradności, kiedy się położyłam, twarzą do dołu, na macie. Po moim ciele rozeszło się uczucie spokoju. Na plecach poczułam jej ręce. Nie masowała mnie, tylko lekko poklepywała.

* Totekowie – Indianie mieszkający w środkowym Meksyku; przypisuje się im położenie podwalin pod kulturę aztacką.


Chociaż często bywałam w tym małym domku, to jednak nie wiedziałam, ile jest w nim pokoi, ani jak jest umeblowany. Raz Florinda mi powiedziała, że ten dom to centrum ich przygody. Stwierdziła, że to tam stary nagual i jego czarownicy tkają swą czarodziejską sieć. Niczym pajęczyna, niewidoczna, lecz mocna, trzymała ich, kiedy rzucali się w nieznane, w ciemność i światło, jak to zwykle robią czarownicy.

Powiedziała też, że ten dom to symbol. Czarownicy z jej grupy nie musieli być w tym domu czy nawet w jego pobliżu, kiedy poprzez śnienie rzucali się w nieznane. Wszędzie, dokąd szli, nieśli ze sobą w sercu atmosferę, nastrój tego domu. I to właśnie ta atmosfera, ten nastrój, dawały im siłę do tego, by z zachwytem i rozkoszą mogli zmagać się z codziennym światem.

Przestraszyło mnie mocne uderzenie w ramię.

– Odwróć się na plecy – rozkazała mi Zulejka.

Zrobiłam to.

Kiedy się nade mną pochyliła, jej twarz promieniała energią i zdecydowaniem.

– Mity to sny nadzwyczajnych śniących – powiedziała. – Potrzeba ogromnej energii i koncentracji, by je zachować. A ponad wszystko, potrzeba ogromnej wyobraźni. Przeżywasz mit, który dano ci na przechowanie. – Mówiła niemal z nabożną czcią. – Możesz otrzymać ten mit tylko wtedy, jeśli jesteś bez zarzutu. W innym wypadku mit po prostu się od ciebie odsunie.

Otworzyłam usta, chcąc się odezwać, powiedzieć, że rozumiem to wszystko, ale zobaczyłam w jej oczach jakąś twardość. Nie zamierzała prowadzić ze mną rozmowy.

Odgłos gałęzi uderzających o mur na zewnątrz ucichł i przeszedł w pulsujący dźwięk, który bardziej wyczuwałam niż słyszałam. Znajdowałam się na skraju snu, kiedy Zulejka powiedziała, że powinnam spełnić wymogi tego powtarzającego się snu, który kiedyś miewałam.

– Skąd wiesz, że miałam ten sen? – spytałam, przestraszona, próbując usiąść.

-Nie pamiętasz, że dzielimy swoje sny? – szepnęła, popychając mnie z powrotem na matę. – To ja sprowadzam twoje sny.

– To był tylko sen, Zulejka. – Mój głos drżał, bo ogarnęła mnie przemożna chęć rozpłakania się. Wiedziałam, że to nie był tylko sen, ale chciałam, żeby skłamała. Kręcąc głową, popatrzyła na mnie. – Nie. To nie był tylko sen – powiedziała cicho. – To był sen czarowników, wizja.

– Co powinnam zrobić?

– Czy sen ci powiedział, co robić? – spytała prowokacyjnym tonem. – Nie powiedziała ci tego Florinda? – Przyglądała mi się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Potem się uśmiechnęła, nieśmiało, po dziecinnemu. – Musisz zrozumieć, że nie możesz biec za Isidoro Baltazarem. Jego już nie ma na świecie. Nie możesz mu już nic dać ani nic dla niego zrobić. Nie możesz związać się z nagualem jak z rzeczywistą osobą, ajedynie jak z istotą mityczną. – Jej głos był cichy, a jednak rozkazujący, kiedy powtórzyła, że przeżywam mit. – Świat czarowników to mityczny świat oddzielony od codziennego tajemniczą barierą zrobioną ze snów i zobowiązań.

Tylko wtedy, gdy nagual jest wspierany przez swych towarzyszy w śnieniu, może ich poprowadzić do innych światów, z których potrafi wywabić ptaka wolności. – Jej słowa gasły w cieniach pokoju, kiedy dodała, że wsparcie, jakiego potrzebuje Isidoro Baltazar to energia pochodząca ze śnienia, a nie ziemskie uczucia czy uczynki. Po dłuższym milczeniu odezwała się znowu:

– Byłaś świadkiem tego, jak stary nagual, a także Isidoro Baltazar, samą swą obecnością wpływają na każdego, kto znajduje się w ich pobliżu, czy są to ich towarzysze w śnieniu czy zwykli ludzie, jak im uświadamiają, że świat to misterium, gdzie niczego i w żadnych okolicznościach nie można brać za oczywiste.

Potakująco pokiwałam głową.

Długo nie potrafiłam zrozumieć, jak czarownicy poprzez samą swą obecność mogą mieć taki wpływ na innych. Po uważnej obserwacji, porównawszy swoje zdanie ze zdaniem innych i po niekończących się introspekcjach, doszłam do wniosku, że wpływ ten ma swoje źródło w porzuceniu przyziemnych trosk. W naszym codziennym świecie również mamy przykłady mężczyzn i kobiet, którzy wyrzekli się ziemskich spraw. Nazywamy ich mistykami, świętymi, ludźmi religijnymi. Naguale to ziemscy ludzie bez krzty troski o sprawy przyziemne.

Na poziomie podświadomym ta sprzeczność ma ogromny wpływ na każdego, kto znajduje się w ich obecności. Umysły osób obcujących z nagualem nie potrafią pojąć, co na nie wpływa, a jednak czują ten wpływ w swych ciałach jako pewne uczucie nieprzystosowania, jakby gdzie indziej miało miejsce coś transcendentnego, a oni nie mogli do tego dotrzeć.

Jednakże umiejętność wpływania na innych czarowników polega nie tylko na ich braku zainteresowania sprawami przyziemnymi lub na sile ich osobowości, lecz raczej na sile ich nieskazitelnego zachowania. Czarownicy są bez zarzutu w swych uczynkach i uczuciach, nie baczą na zasadzki – ziemskie czy nieziemskie – zastawione na ich drodze bez końca. Nie chodzi o to, że naguale stosują się do określonego z góry wzorca zasad i przepisów, by zachowywać się bez zarzutu, gdyż wzorzec taki nie istnieje. Raczej wykorzystują swoją wyobraźnię do adaptowania się do tego, co niezbędne, aby nadać płynność ich postępowaniu.

W przeciwieństwie do przeciętnych ludzi, naguale nie szukają za swe uczynki aprobaty, szacunku, słów pochwały czy jakichkolwiek innych form uznania, włączając w to swych towarzyszy w śnieniu. Pragną jedynie uczucia własnej nieskazitelno-ści, niewinności, prawości.

Właśnie dlatego towarzystwo naguali staje się takim nałogiem. Człowiek jak od narkotyku uzależnia się od ich wolności. Dla naguala świat jest zawsze zupełnie nowy. W jego towarzystwie człowiek zaczyna patrzeć na świat, jakby ten został stworzony dopiero przed chwilą.

– To dlatego, że naguale stłukli lustro ukazujące ich własne oblicze – powiedziała Zulejka, jakby podążała za moim tokiem myśli. – Naguale potrafią zobaczyć swoje odbicie w lustrze z mgły, które odbija tylko to, co nieznane. To lustro, które już nie ukazuje naszej normalnej ludzkości, lecz odsłania oblicze nieskończoności.


Czarownicy uważają, że kiedy ich własne oblicze i oblicze nieskończoności się połączą, nagual będzie całkowicie gotowy, aby pokonać granice rzeczywistości i zniknąć, jakby nie był stworzony z materii. Isidoro Baltazar już od dawna był gotowy.

– On nie może mnie zostawić! – wykrzyknęłam. – To by było zbyt nieuczciwe.

– Kompletną głupotą jest oceniać to w kategoriach uczciwości i nieuczciwości

– powiedziała Zulejka. – W świecie czarowników istnieje tylko moc. Czy nie uczyliśmy cię tego?

– Nauczyłam się wielu rzeczy – przyznałam ponuro. Po paru chwilach wymamrotałam pod nosem: – Ale w tej chwili nie są nic warte.

– Teraz właśnie mają największą wartość – zaprzeczyła Zulejka. – Jeżeli czegoś się nauczyłaś, to na pewno tego, że w najsmutniejszych chwilach wojownicy zbierają w sobie wszystkie siły, by iść dalej. Wojownik nie poddaje się rozpaczy.

– Nic z tego, czego się nauczyłam i czego doświadczyłam, nie może ukoić mojego smutku i rozpaczy – powiedziałam cicho. – Wypróbowałam nawet duchowe zaklęcia, których się nauczyłam od swojej niani. Florinda mnie wyśmiała. Uważa mnie za idiotkę.

– Florinda ma rację – oznajmiła Zulejka. – Nasz magiczny świat nie ma nic wspólnego z zaklęciami, z rytuałami i dziwacznym zachowaniem. Nasz magiczny świat, który jest snem, staje się bytem poprzez skoncentrowane pragnienie tych, którzy w nim uczestniczą. Pozostaje nietknięty dzięki wspólnej woli czarowników. Tak samo jak świat codzienny trzyma się w całości dzięki wspólnej woli wszystkich ludzi.

Urwała raptownie. Najwyraźniej złapała się wpół myśli, której nie chciała wyrazić. Potem się uśmiechnęła. Wykonała humorystyczny gest bezradności i dodała:

– By śnić nasz sen trzeba być martwym.

– Czy to znaczy, że tu i teraz muszę paść trupem? – spytałam ochrypłym głosem.

-Wiesz, że jestem gotowa, w każdej chwili.

Jej twarz się rozjaśniła i Zulejka się roześmiała, jakbym powiedziała jakiś wyborny dowcip. Widząc jednak, że mówię zupełnie poważnie, czym prędzej wyjaśniła:

– Nie, nie. Umrzeć to znaczy porzucić swe rzeczy, zostawić wszystko, co posiadasz w tej chwili, wszystko, czym jesteś.

– To nic nowego – powiedziałam. – Uczyniłam to w chwili, kiedy się przyłączyłam do waszego świata.

– Najwyraźniej nie zrobiłaś tego. Inaczej nie miałabyś takiego zamętu w głowie. Gdybyś umarła tak, jak tego wymagają czarownicy, nie czułabyś teraz cierpienia.

– Co w takim razie bym czuła?

– Obowiązek! Cel!

– Moje cierpienie nie ma nic wspólnego z poczuciem celu! – krzyknęłam. – Jest czymś zupełnie osobnym, niezależnym. Jestem żywa i czuję smutek i miłość. Jak mogę tego uniknąć?

– Nie powinnaś tego unikać – wyjaśniła Zulejka – tylko to pokonać. Jeżeli wojownik nie ma nic, niczego nie czuje.

– A cóż to za pusty świat? – spytałam buntowniczo.

– Pusty jest świat folgowania sobie, gdyż folgowanie wyklucza wszystko poza samym folgowaniem. – Spojrzała na mnie z entuzjazmem, jakby się spodziewała, że się zgodzę z jej stwierdzeniem. – Jest to więc świat wykoślawiony. Nudny, powtarzający się. Dla czarowników antidotum na folgowanie sobie jest umieranie. I nie tylko o tym myślą, lecz również to robią.

Po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. Przełknęłam ślinę i zamilkłam, patrząc na cudowne światło księżyca wlewające się przez okno.

– Naprawdę nie rozumiem, o czym mówisz, Zulejko.

– Doskonale rozumiesz – stwierdziła. – Twój sen zaczął się, kiedy mnie spotkałaś. Teraz nadszedł czas na inny sen. Ale rym razem śnij jak martwa. Twój błąd polegał na tym, że śniłaś żywa.

– Ale co to znaczy? – spytałam z niepokojem. – Nie męcz mnie zagadkami. Ty sama powiedziałaś, że tylko mężczyźni-czarownicy doprowadzają się do szału zagadkami. Teraz sama mi to robisz.

Śmiech Zulejki odbił się między ścianami. Zaszeleścił niczym suche liście poruszane wiatrem.

– Śnić żywym oznacza mieć nadzieję. To znaczy, że ze wszystkich sił czepiasz się kurczowo snu. Śnić martwym oznacza, że śnisz bez nadziei. Śnisz, nie czepiając się snu.

Wolałam się nie odzywać, kiwnęłam tylko głową.

Florinda kiedyś mi powiedziała, że wolność to całkowity brak troski o samego siebie, który osiąga się, kiedy bryła energii uwięziona w naszym wnętrzu, zostaje uwolniona. Powiedziała, że ta energia uwalnia się tylko wtedy, gdy potrafimy wyzbyć się egzaltowanego pojęcie o samych sobie, o swoim znaczeniu, którego zwykle nie chcemy narażać na niebezpieczeństwo czy ironię.

Głos Zulejki był wyraźny, lecz zdawał się pochodzić z wielkiej odległości, kiedy dodała:

– Cena wolności jest bardzo wysoka. Wolność można osiągnąć tylko śniąc bez nadziei, będąc skłonnym utracić wszystko, nawet sam sen.

Dla niektórych z nas śnić bez nadziei, walczyć bez celu, to jedyny sposób na dogonienie ptaka wolności.

KONIEC


home | my bookshelf | | Życie we śnie |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу